Hanna

20160518_194043

Wszystko pomiędzy nami było tamtej jesieni jakby last minute. Podany mi w ostatniej chwili numer telefonu, wizyta w tawernie ostatniego dnia. Pierwsze spotkanie zupełnie przypadkowe, kiedy stałaś oparta o ścianę tego nadmorskiego baru, a ja czekałem, kiedy ściągniesz okulary, żebym mógł zobaczyć Twoją całą twarz i oczy. – Ładna – pomyślałem, kiedy słoneczne okulary odsłoniły Twoje oblicze. Regularne rysy twarzy i piękne usta… i jakaś emanująca pogoda. I głos, trochę inny niż przez telefon, ale taki charakterystyczny i ciepły, asamitny.
Wzruszyło mnie, kiedy pytałaś o Turgieniewa, a bibliotekarka nie umiała znaleźć dla Ciebie Wiosennych wód, bo nie wiedziała, w jakim tomie dzieł zebranych ich szukać… i później to spotkanie w Sopocie, kiedy wiozłem dla Ciebie tę książkę, a Ty dałaś mi specjalną kartkę wykonaną przez ciebie dla mojej córeczki.
- Nie lubię swojego imienia – powiedziaś, kiedy siedzieliśmy w restauracji, a ja cytowałem Ci fraszki Kochanowskiego do Hanny, żebyś te imię polubiła. Siedziałaś do mnie bokiem, a ja miałem ochotę wsunąć dłoń w Twoje włosy. Myślałem, że nie ma już kobiet, z którymi można rozmawiać o Kunderze, Mozarcie. Tylko jesień mogła być tłem dla naszego uczucia. Nie maj, nie lipiec, ale tylko październik. Myślałem o Tobie: jesienna dziewczyna i z każdym dniem coraz śmielej myślałem o Tobie: moja.
I tkwiąca w Tobie wciąż gotowość do uczucia, brak wyrachowania, które teraz rządzi wszystkim. Kto chce kochać, musi rzucić serce za przeszkodę i skoczyć. Nie ma innej drogi.
I pod koniec magicznego dnia całowaliśmy sie na przystanku autobusowym, w biały dzień, wśród ludzi, jakby świat nie istniał… Moja H.

Józef

Wiersz Józef doczekał się w maju konfrontacji z publicznością na żywo. Sądząc z komentarzy i mojego wrażenia podczas czytania tego tekstu, jego przesłanie jest prawie zupełnie nieczytelne u wielu słuchaczy, którym brakuje bazy, czy jako takiej wiedzy historyczno – kulturowej. W pewnym momencie sam zwątpiłem w sens tego, co napisałem i przez pół nocy zastanawiałem się, czy w tym wierszu rzeczywiście znajdują się jakieś pokłady godne odkrycia. Tak się zamotałem, że w pewnej chwili nie byłem pewien, o co mi samemu chodziło. Poczułem coś w rodzaju zażenowania, jak ktoś, kto ubrał się w nieodpowiednie spodnie i buty z niemodnym noskiem; wszedł na salony i poczuł na sobie wzrok obecnych, wzrok który mówił: to co, że spodnie z dobrego materiału i buty z niezłej skóry, ale ubiór nie pasuje do sytuacji i czasów. Dzisiaj trzeba głupiej i pospoliciej.
Wiersz Józef odnosi się do postaci Józefa z Arymatei, postaci z czasów Jezusa, świadka jego męki; człowieka, który wykazał się tym co dzisiaj nazywamy empatią, czyli nieegoistycznym gestem skierowanym w stronę bliźniego. W sumie nie wiemy wiele o tej postaci, oprócz tego, że był członkiem Sanhedrynu, wysokiej Rady Żydowskiej, człowiekiem zamożnym. Wyimaginowałem sobie, że Józef uczestniczył w spotkaniach Jezusa z ubogim ludem nad jeziorem Genezaret ( w wierszu Kinneret), i że został przymuszony do zdawania relacji z tego, co usłyszy. Pomyślałem, że któryś z kapłanów zastosował w stosunku do Józefa chytrą manipulację, która mogła odnieść odwrotny skutek – Rozsądź w swoim sercu… Skierowanie do kogoś słów, żeby o czymś sądził w sercu jest odwołaniem się do najwyższej instancji, która w nas samych bezbłędnie rozpoznaje dobro i zło, prawdę i nieprawdę, fałsz i szczerość. Tą instancją jest miłość. (Przypomina mi się, nota bene, przysięga na prawdę z mojego dzieciństwa: trzy palce na sercu…)
Józef wobec takich słów musiał dokonać wyboru, tego, co było dla niego w tamtej chwili najważniejsze. Uwiedziony miłośnie słowami Jezusa zdecydował się na całkowitą przemianę wewnątrz samego siebie, na zmianę o sto osiemdziesiąt stopni. Józef interesował mnie jako neofita, czyli ktoś, kto zmienia wiarę, porzuca nagle wszystko, w to co wierzył… i co najważniejsze w tym wypadku, zdecydowały same słowa, które miały dla Józefa większe znaczenie niż świątynie z kamienia, podejrzewam, że również pieniądze, władza i zaszczyty (stąd w wierszu słowa: ulam, hekam, debir – elementy świątyń Jerozolimskich).
Kiedy usłyszał pełne nienawiści krzyki z ulicy podczas tragicznej drogi Chrystusa, poczuł zwierzęcy lęk, paniczny strach, które potem zmieniają się, jak to często albo rzadko bywa… w odwagę. Heraklit mówił, że w świecie ducha wszystko zmierza ku swoim przeciwieństwom. Tak rodzi się odwaga. Ze strachu. Tylko ludzie, którzy zaznali strachu, są zdolni do odwagi, do czynów pełnych niewyobrażalnego poświęcenia.
Zawsze starałem się dowiercić istoty odwiecznego nienawistnego sporu pomiędzy Judaizmem a Chrześcijaństwem. Teraz rozumiem organiczną nienawiść ówczesnych Żydów do Chrystusa. Nic tak nie boli, jak uderzenie w skostniałą, konformistyczną formę, tym bardziej religijną. Przecież Chrześcijaństwo wzięło sobie łacinę jako język liturgii na wieki, język wrogów i ciemiężców tamtej Palestyny, co jeszcze dolało oliwy do ognia.
Do czego piję w tym wierszu? Oczywiście do współczesności. Rozmemłanej, bezideowej. Powiedz dzisiaj, że istnieje obiektywna Prawda, to ci się roześmieją w twarz. Prawda jest dzisiaj jak dziura w tyłku… każdy ma swoją. Brakuje mi dzisiaj odwagi. Urzędnicy drżący o swój stołek, sprzedajni dziennikarze, politycy na usługach.
Jeszcze jedno. To skąd się wzięła odwaga Józefa nie należy rozpatrywać w kategoriach psychologicznych. Fragment w wierszu: i czegoś tam jeszcze/ trudnego do nazwania, eufemistycznie strywializowane przeze mnie dotyczy, trudnego do logicznej klasyfikacji działania Ducha Świętego – vide, np cassus Św. Pawła… Spiritus flat ubi vult.
To tyle.

Józef

Chadzał nad jezioro
Przebrany w liche szaty.
Kazano mu słuchać
Tego, który buntuje lud.
Niedawno pogrzebał ojca
I nie mógł otrząsnąć się z nocy.
Mrok wlał się w jego krew.
Też zaczął szykować się do drogi.
Wykuwał w skale własny grób.
Wchodził do środka,
Ale w cieniu wciąż
Spijał słodycz światła.

II
Idź, posłuchaj nieprawego słowa,
Mówił arcykapłan
I rozsądź w swoim sercu.
Czaple i rybołowy krążyły nad Kinneret
I słońce kąpało się w drobnych falach.
Siedział wśród takich,
Którymi nauczył się pogardzać
I wciąż odwracał głowę
Od zapachu ich ciał.
Zawsze wiedział, co myślą.
Chcieliby zjeść więcej,
Niż mogą pomieścić ich usta.
Chcieliby sądzić o tym,
Czego nie rozumieją.
I woleliby przebywać w niebie marzeń oczekujących na spełnienie
Niż plewić ziemskie cmentarze niespełnionych oczekiwań.

III

Tamten człowiek usiadł jak inni,
Mówił spokojnie, jak do dzieci.
A stary nagle pomyślał,
Że mógłby się mylić
We wszystkim,
Co wiedział przedtem
I że wcale go
To nie martwi

IV

Odszedł pełen niepokoju.
Prawda?… Nawet przeciwko sobie?
Ale musiał wrócić do miasta,
Zdać relację, stanąć
Po właściwej stronie…
I jak to tak?
I jak to tak?
Świątynia bez ścian,
bez ulam, bez hekam, bez debir?
Ze samych słów,
ze samych słów?

Przed bramami miasta
Dudniło mu w uszach:
Słowo, które padnie
Na skałę…

V

Kiedy słyszał na ulicach
Krzyki i obelgi,
Zamknął się w domu.
Po prostu się bał.
Poczuł znowu ten zwierzęcy lęk
Przed światem i ludźmi.
Zrobią wszystko, co zechcą,
Nic ich nie powstrzyma.
Zawsze to samo:
Płaszczenie się, wygoda, uległość,
Prawomyślna, tchórzliwa lojalność.

Aż lęk zmienił się w gniew i odwagę.
Tylko ten może mieć rację,
Kto jest sam przeciwko wszystkim.

Wyszedł z domu,
Wmieszał się w tłum.
Patrzył. Jeszcze nie wiedział, że
Z tumanów kurzu, wrzasków nienawiści,
Zapachu krwi i czegoś tam jeszcze,
Trudnego do nazwania
Wzbierze fala.
A odrzucony szczep
Przyjmie się hymnicznie się w języku wroga
A fructibus eorum cognoscetis eos

Od H.

Kocham Cię nie tylko w wieczornym przytulaniu

czy pocałunkach na dzień dobry, na do widzenia.

Kocham Cię, jak ceruję Twoje ubrania,

jak robię Ci kanapki, wkładam karteczki- niespodzianki.

Kocham Cię i na spacerze ze rękę, ale i jak oglądasz swoje „meczyki”

i jak słuchasz Marillion’u i „z kogutem” na głowie

i jak opowiadasz o swojej pracy i jak smaruję Cię Bengayem.

Każda najmniejsza rzecz, którą robię dla Ciebie sprawia mi radość,

bo jest DLA CIEBIE.

Każda chwila z Tobą jest dla mnie ważna,

bo jest Z TOBĄ.

Czy Ty też mnie tak widzisz na co dzień ?

– Twoje Serduszko

Most iskry

Most iskry
Przyjechali do myjni swoim starym autem. Niespecjalnie urodziwi. Kiedy grat był myty, nie spuszczali go z oka. Na pewno nierozłączni od wielu lat. Ona, samicza, milkliwa, podporządkowana,wystraszona jak mysz; on trochę bardziej śmiały, ale też nie za bardzo. Przeciwieństwo współczesnych snobów mąjacych aspirację zostania celebrytami. Szarzy, ale ujmujący. Prostolinijność uczuć i zachowań, których już nie ma w dzisiejszych czasach. Oczyma wyobraźni ujrzałem ich, jak rano piją kawę w kuchni i opowiadają sobie nawzajem o oznakach wiosny, które zauważyli wczoraj. Pokorni, zakładający swoją niewiedzę i brak kompetencji, żeby oceniać ludzi i świat. On jej tłumaczy, co znaczy święto ruchome, jakim jest Wielkanoc. Nigdy nie mogła tego pojąć i zapamiętać, bo zawsze przed świętami pyta go o to. Planują, co zrobią na święta, ile przeznaczą na to pieniędzy. Myślą o dzieciach, które są daleko, i które są do nich podobne. Cisi i pokornego serca… Chciałbym ich sfotografować, w ich szarym splendorze zwyczajności. Ona robi mu codziennie od lat śniadanie do pracy. On pastuje jej buty i psika skórę półkozaczków impregnatem, żeby nie zmoczyła nóg w wiosennych kałużach.
Nie szukają wyrafinowania w swoim istnieniu, strojeniu się w pawie pióra; na pierwszy rzut oka widać, że kieruje nimi szlachetna naiwność odruchów, jakaś niewspółczesna łatowowierność, ale nie infantylna, raczej prostoduszna. Jeśli gdzies hula jeszcze duch miłości to właśnie w nich, w takich ludziach. Myślę, że na temat tego swojego uczucia nie za wiele dywagują. Kiedy rano wspólnie wychodza do pracy, chwytają się za rękę i to jest pieczęć na ich odnawianym codziennie kontrakcie. Każdego dnia przechodzą przez ten sam most, most iskry.

Godzilla, dziewczynka i smutek

Codziennie jestem blisko tego budynku. Stojac u jego podnóża, zauważam jego absolutną brzydotę i brak jakiejkolwiek formy, odniesienia do jakiegoś stylu, ciemnoszare bezkształcie. Jakby to coś wypełzło z morza albo jeszcze lepiej zostało wyplute przez Lewiatana w postaci bezkształtnej pulpy i rosło samo dla siebie jak jakieś koszmarne drożdże. Ale dobrze. To symbol czasów. Nikogo to właściwie nie drażni, nie prowokuje do sprzeciwu intelektualno-estetycznego. Bo któż by się żachnął, jak wszyscy już wypłukani, bez zęba zaczepno-krytycznego w stosunku do czegokolwiek. Cały świat jest albo masakra, albo super. Jakie jest więc Sea Towers w Gdyni? Właściwie jest super, ale może być masakra… Takie mam zasady, ale jak ci się nie podobają, mam też inne. Kogo obchodzi koszmarek architektoniczny nad Bałtykiem, skoro u większości ludzi rezonans estetyczny zawiera się pomiędzy słowami masakra i super. Tak sobie rozmyślam, paląc fajkę u stóp tego pałacu Saurona i czuję coś w rodzaju stracho-obrzydzenia.
A może to dobrze dobrany symbol Gdyni, najbrzydszego grodu z Trój Miasta. Miasta bez centrum, serca, rynku. Jakby budowniczym zabrakło wyobraźni. I tak miasto bez charakteru dostało symbol -Smutną Godzillę, która wyczłapała na brzeg i nie może się otrząsnąć z szarego błota.
Wieczorem jadę autobusem. Naprzeciwko mama z córeczką. W oczach dziewczynki głęboki smutek. Nie jest to ten chwilowy smutek dziecka, które nie dostało zabawki. Nie rozumiem tego smutku i jest mi żal dziewczynki. Jej dusza jest chora, a dzieciaki nie powinny mieć chorych dusz. Ale to też znak czasów. Dzieci wychowują się same. Bez ojców, czasami bez matek. Dzieci wychowuje laptop i smartfon. To chytry plan jakiegoś Saurona. Takie plany rodzą się z pojedynczego chuchnięcia i rozprzestrzeniają się jak gazy bojowe pod Ipres. Świat mówi nam każdego dnia: samotność twoim celem, smutek twoim stanem naturalnym. W autobusie prawie wszyscy nachyleni nad smartfonami. Jestem chyba ostatnim Mohikaninem, który lubi przyglądać sie ludziom. Dziewczynce robią się ciężkie powieki. Opiera główkę o szybę, ale mama mówi do niej, nie śpij. Uśmiecham się, patrząc w szybę. W głowie gra mi nagle Bach Z notatnika Anny Magdaleny. Piękno przychodzi z pomocą przeciwko brzydocie i smutkowi.

Wojciech Kass – Przestwór. Godziny

Nowy tom Wojciecha Kassa, czyli otwieranie Przestworu

Po lekturze najnowszego tomu Wojciecha Kassa „Przestwór. Godziny” zaczęła za mną podążać jakaś dręcząca swoją obrazoburczą śmiałością refleksja. Pomyślałem oto, że Wojciech Kass wbrew utartym schematom krytycznego myślenia jest coraz bardziej niedojrzały w tym, co pisze. I ta niedojrzałość nie jest bynajmniej czymś pejoratywnym, wręcz odwrotnie. Krytycy często mówią o coraz większej dojrzałości po lekturze kolejnego tomu jakiegoś poety. Zacząłem się zastanawiać, co to znaczy. Co chcą powiedzieć przez tę ewolucję poety w stronę dojrzałości. Czym jest poetycka dojrzałość? Czy tym samym, co dojrzałość życiowa albo rutynowa dojrzałość pracownika skręcającego auta na taśmie produkcyjnej? Kiedyś podczas spaceru z moja małą córeczką weszliśmy do centrum handlowego i ona powiedziała: Tatusiu, tylko nie idziemy na te zwykłe schody, idziemy na te latające. Bardzo mi się to spodobało. Latające schody. Nie, ruchome ale właśnie latające. Dziewięćdziesięciu ośmiu ludzi na stu powie: ruchome, dwoje natomiast, dziecko i poeta powiedzą: latające. Stąd właśnie ta refleksja. Czyż ewolucja duchowa poety, jej kierunek, wektor nie jest skierowany właśnie w przeciwną stronę niż wektor dojrzałości biologicznej, opieranie się jej, przeciwstawianie; szukanie takich zestawień słów, które nie funkcjonują na co dzień, nie są wypadkową dojrzałości, przyzwyczajenia? Kiedy najlepiej funkcjonuje geniusz poetyckiej wynalazczości? W oparach dojrzałej rutyny, czy naiwnej obrazoburczej dzięcinnej śmiałości?
Tak więc Kass jako poeta jawi mi się jako coraz bardziej niedojrzały, przez to lepszy, ciekawszy, bardziej zapładniający czytelnika, rozpalający jego wyobraźnię. Posłuchajmy:
Więc dobrze; do wsi wchodzi się
przez grab, aleję grabową, gęst gaj grabów?
a może przez cmentarz nagrobków
pni, które postawiła piła?

(Bądź uważniej)

Piła postawiła pnie… Tak tylko może odezwać się przewrotna poetycka naiwność najwyższej klasy. Jeżeli będziemy układać puzzle według nacięć na brzegach zawsze uzyskamy ten sam obraz. Jeśli jednak postąpimy jak dziecko i przestawimy tekturowe klocki, wciskając je trochę na siłę, (wbrew niezadowoleniu „dojrzałych”: którzy powiedzą, nie wolno tak robić) uzyskamy inny, zaskakujący nas samych i innych obraz, który będzie zasługiwał na miano odkrywczego. Czy poecie wolno to i tamto? Otóż jak najbardziej. Obraz poetycki nie może nudzić swoją przewidywalnością. Puzzle w ostateczności ułoży każdy, ale poecie nie wolno, jeśli nie chce umrzeć; ergo poeta powinien kierować wskazówkę swojego kompasu zawsze w przeciwną stronę niż dojrzałość oraz zawsze stawiać na odwagę, nawet jeśli tylko on sam na świecie w danej chwili miałby podżyrować efekty swojego językowego projektu.
Śledzę twórczość Kassa od lat dokładnie. Obserwuję kierunki jego poszukiwań, znam tereny jego poetyckiej eksploracji. Jeśli gdziekolwiek są skierowane wektory jego twórczego ruchu, to na pewno nie w kierunku dojrzałej stoickiej mądrości podszytej rezygnacją i brakiem energii, przejawiającej się skostnieniem poetyckiej formy, ustaleniem raz na zawsze gramatyki i struktury wiersza oraz ugrzęźnięciem w aforystycznym, dydaktycznym rezonerstwie oczekującym na nagrody i pomruki podziwu. Jeśli poeta staje się konformistą w tym , co pisze i jak żyje, może sobie pomału strugać deski, jak to potwierdza casus niektórych poetów współczesnych, którzy staniem na dwóch łapach przed pewnymi określonymi kręgami polityczno-społecznymi, starają się zasłużyć na miskę pełną nagród.
Moja teza o podświadomym dryfowaniu poety w kierunku mentalnej niedojrzałości potwierdza już otwierający tom wiersz: Z całej jaskrawości swojej niemoty, który pozwolę sobie przytoczyć w całości.
A czy taka cisza jest możliwa,
dookolna cisza, kiedy zamierają
godziny, rzeczy, pory, głosy
w twoim wnętrzu rodzi się
poruszenie, pierwsze z najpierwszych

jakby je wywołało chuchnięcie
od zarania błądzące w kosmosie
a zaraz potem słyszysz dźwięk
tak czysty, jakby na srebrne kowadełko
świtu opadła łza. Czyja to łza?

(Z całej jaskrawości swojej niemoty)

Poszukiwanie przez Kassa poruszenia pierwszego z najpierwszych jest moim zdaniem próbą cofnięcia się do stanu dziecięcej niewinnej nieświadomości. O ile przekleństwem poety jest tragiczne wyobcowanie z teraźniejszości, niemożność duchowego zakotwiczenia w danej chwili, co jest bez trudnu możliwe do osiagnięcia przez normalnego śmiertelnika, o tyle poeta bez wątpienia posiada dar takiej ewokacji przeszłości, że staje się ona dla niego i poprzez poetyckie dzieło dla czytelnika jak najbardziej rzeczywista. Często w wierszach Kassa daje się odczuć tę tęsknotę zrodzoną z niemożności uczestniczenia w celebrum chwili, brak duchowej symetrii pomiędzy momentalnym odczuciem piękna a zdolnością do natychmiastowej jego absorbcji i twaniu w stanie szczęścia.
Poruszenie pierwsze z najpierwszych prowadzi poetę do sformułowania zasady swojej kosmogonii. Na początku było chuchnięcie – tak zabrzmiałyby pierwsze słowa poetyckiej, swoistej ewangelii Kassa; nie słowo, ale chuchnięcie, wyraz czułości i miłości do wszystkiego, co trwa w swoim zimnym bezruchu oczekującym na ożywienie. Skąd nagle ta potrzeba kosmicznej egzegezy? Próby ustalenia kosmogonii są charakterystyczne dla stanu nieszczęśliwej świadomości człowieka. Seria bolesnych pytań, która próbuje nas zaprowadzić do początku czasu. Boska nieświadomość dziecka nie potrzebuje kosmogonii. Pytania dziecka, są kwestiami konstytuującymi rzeczywistość, a nie podważającymi ją, jak u dorosłych.
Otóż Kass wychodzi z domu i w czasie podejmowania poetyckiego dyskursu ze światem zdaje się rozpatrywać bolesną kwestię, czy jestem zdolny zobaczyć świat, jak go widziałem kiedyś, dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Twórcza intuicja podpowiada mu ten odległy, zapomniany smak, dlatego próbuje się do niego zbliżyć. Szaty dojrzałości są dla niego ciężkie i nieznośne, stąd tęsknota do kogoś innego w samym sobie, do innej perspektywy: kto teraz do mnie zdąża/lecz dąży po kryjomu [...] kto chwyta łuk Ogrodowej/kto cięciwę Grunwaldzkiej/kto nakłada strzałę światła/lecz trafić w cel nie może. (Kto)
Po przekroczeniu życiowej granicy cienia rzeczywistość szarzeje i popieleje. Rozpoczyna się bezwładne dryfowannie w niewiadomym kierunku. Poeta w stanie inercji czeka na wiatr poezji, na duchowe poruszenie. Dla poety każda próba „zakotwiczenia” w CHWILI, zanurzenie się w każdej sekundzie bytu staje się bolesnym paradoksem. Jednym z fundamentalnych pytań stawianych przez Kassa jest oto takie: jak żyć? Jak żyć, kiedy egzystencja poety jest boleśnie rozpięta na krzyżu czasu teraźniejszego, przyszłego i przeszłego. Jak poradzić sobie ze światem, kiedy jest się wyalienowanym z TERAZ, przed sobą ma się zupełnie nieczytelną i przerażajacą przyszłość, a za sobą natomiast przeszłość, która nie może zastygnąć w swoim bolesnym, domagającym się poetyckiego zagospodarowania ruchu? A w głowie ciemno jak w jamie,/ aż strach wiersz pisać, mieć go na stanie. (Zbudź, proszę)
Tak oto Kass otwiera Przestwór, jak w pieśni Mahlera: Ich leb’ allein in meinem Himmel, in meinem Lieben, in meinem Lied. Ale w przypadku poety z Prania nie jest to akt łagodnej rezygnacji, czy stoickiego pogodzenia. Tom otwiera motto Z Gottfrieda Benna, gdzie niemiecki poeta stawia pytanie o źródła łagodności i dobroci. U Kassa otwarcie Przestworu oznacza otwarcie Czułości.
Wklęsłe przylega do wypukłego,
nic nie odbija i nie dzieli niczego,
nikt nie odbija i nie dzieli nikogo,
zewnętrzność nieruchomieje,
a w moim postnym wnętrzu

wiruje igiełka nie większa niż świerkowa,
nie będąca z świerka ani z igiełki.
Wiruje i znaczy pierwszą, potem drugą rysę
i znów wiruje tak przepraszająco,
jakby była nieświadomą ciała
czułością.

(Tryptyk godziny pełni)

Wywołany onegdaj kosmicznym chuchnięciem, otwiera sie u Kassa Przestwór czułości. Poeta w Całym tomie unika metafor, jakby chciał dać do zrozumienia, że metafora z samej swojej istoty jest gwałtem na języku, agresją, naruszeniem spokoju, walką, , konfrontacją, przystawianiem wklęsłych i wypukłych luster, przeciwieństwem czułości. Poezja to odlew oddechu, to miłość, która ogarnia/ bezbronne. Powtarzaj dozgonnie jak echo., powtarzaj po mnie. (To jest)
Pozja Kassa nie jest poezją metafory i gramatycznej dekonstrukcji. Wiersz poety z Prania ma strukturę czułego oddechu, lirycznej inkantacji o proweniencji biblijnej: Salve, światło wrześniowe/ – będę ciebie adorował i brał na język/ jak miodową hostię, jak żywiczny koral. (Pierwszego września, trzy)
Czym tak naprawdę jest niedojrzałość Kassa wynikająca z tezy, którą postawiłem na poczatku niniejszej recenzji? Otóż poeta ucieka od nieznośnego stanu constans, że sparafrazuję Kunderę. Dojrzałość jawi się jako permanentne osiągnięcie jakiegoś punktu, zamknięcie, ogranicznie się do pewnego zakresu zakreślonego przez kierunki, trendy czy mody literackie. W tym kontekście Kass nie polemizuje z całym hermetycznym interiorem współczesnej poezji, podszytym agnostycyzmem, kokietowaniem nicości i psychologizowaniem. Kass nie boi się powiedzieć: dusza, nie lęka sie topora posądzeń o reakcyjność; jest odważny, bo nie dba o literackie mody, a w jego otwarciu na metafizyczny Przestwór jest więcej chęci do poetyckiego dialogu na przykład z Kochanowskim i Mickiewiczem niż Różewiczem. [...] chciałbym śpiewać Panu,/ chciałbym grać mu na kamieniach/ rzecznych, na skałach z pumeksu, wapnia[...] chciałbym grać Panu memu/ z gór śmieci, hałd odpadów/ radioaktywnych, na puszce,/ grzebieniu [...] (Psalm gościnny).
Jesli istnieje we współczesnym świecie tak zwana political correctess, to istnieje też literary correctness, groźny smok uwity z mgły duchowego minimalizmu literatów, pragmatycznego termostatu we wnętrzach ich dusz, który przestrzega przed emfazą, epatowaniem niewidzialnego, przekraczaniem granic. Niestrudzeni pracownicy Nicości przeżuwają literackie schematy i produkują opasłe tomy w oczekiwaniu na taki czy inny zysk, według schematu – jak mówił Miłosz – Trochę popisać, trochę pomacać.
Poezja Kassa jest w nieustannych ruchu. Poeta daleko zarzuca wędkę i chwała mu za to. Wciąż ma sprawę z Bogiem i Kosmosem, ergo nazywam go poetą metafizycznym. Poeci takiej proweniencji to we współczesnej literaturze coraz rzadsze ptaszki. Jakby nie było, że powołam się na przykład z innego rodzaju literackiego, Dostojewski wciąż będzie rezonował we mnie podczas lektury i wywoływał transcendentny głód, podczas gdy Kundera, na przykład, jest interesującą, ale w sumie czczą gadaniną.
Po lekturze tomu Kassa „Przestwór. Godziny” myślę, że największym laurem dla poety nie jest Nagroda Nobla, ale miara rezonansu, jaki jest w stanie wywołać w czytelniku i zmusić go do spojrzenia w głąb siebie i zadarcia głowy w niebo.
Leszek Szulc
Wojciech Kass, Przestwór. Godziny, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Biblioteka Toposu t. 118, 2015.

Erotyk

dla Hani
… i o Niej

Dla twoich drżących kolan,
Kiedy pijemy kawę ciemną jak zmierzch,
Chociaż jest już jutro a nie dziś.
Więc weźmy ślub, więc weźmy pogrzeb.
Wyjdź za mnie, wyjdź przede mnie
Albo stań obok mnie, wszystko jedno.
To tylko zwroty języka, protezy.
Dla twoich drżących kolan -
Czułość moja, więc nie podniosę głosu na ciebie.
Nie będę forsował swoich racji
Będę strofował raczej rząd akacji.
Dla twoich drżących kolan.
Logika wywodu staje się pragnieniem władzy,
Więc rozcieńcz aforyzm, dodaj kroplę sadzy.
Skulony kot na parapecie
Sierścią pisze erotyk:
Weźmiemy życie, ślub, pogrzeb.
Stań więc obok mnie
Tak blisko, na dotyk.