Ławeczka c.d.

portrait-of-women-gustav-klimt

Niewidoma była ubrana w ciemnozielony trencz, dżinsy i wysokie jasnozielone modne kalosze. Mimo, że podtrzymywana przez siostrę, omiatała drogę przed sobą białą, cienką teleskopową laseczką używaną przez niewidomych. Jej jasne włosy były rozpuszczone i opadały swobodnie na ramiona. Oczy zasłoniła ciemnymi okularami o obszernych szkłach zasłaniających większość twarzy, która jak zwykle sprawiała wrażenie pogodnej. Kreska delikatnego uśmiechu rysowała się na jej pięknie zarysowanych  ustach pomalowanych czerwoną pomadką.

Jej siostra miała na sobie modną jaskrawoniebieską pikowaną kurtkę, czarne dżinsy i jesienne skórzane kozaczki na zamek. Szły wolno, ale poruszały się elegancko. „ Idą, jakby tańczyły”- przebiegło mi przez myśl. A chwilę później: „Kobiety Klimta”.

Usiadłem na ławce przy klombie. Kobiety przeszły, a raczej przepłynęły alejką . Głupio mi było gapić się na nie bez przerwy, więc rzucałem na nie okiem, a potem przez chwilę patrzyłem w innym kierunku. Usiadły na mojej ławeczce przy łabędziach i zaczęły rzucać kawałeczki bułki do wody. Wszystkie ptaki przypłynęły do unoszących się na zielonkawej powierzchni stawu kulek pieczywa. Kobiety wyciągały ze środka miąższ i zanim wyrzucały pokarm, długo formowały go w palcach. Prawie wcale ze sobą nie rozmawiały. Czasami padały jakieś pojedyncze słowa, czego domyślałem się po ruchu warg. Promienie słońca schowanego za koronami drzew rozświetlały liście nasycając barwy do ich najbardziej jaskrawych odcieni. Pomiędzy widlasto rozchodzącymi się alejkami stał kilkusetletni dąb. Jego liście od południowej strony miały kolor  złocisto-szafranowy, od północnej różne odcienie brązu od ciemnego burgunda, poprzez szarobrunatny do barwy minii. Miałem wrażenie, jakby rozłożyste drzewo uwięziło słońce tylko dla siebie. Jednak zmieniający położenie cień pnia mówił o tym, że ten jesienny romans i niedługo się skończy, a słońce wyplątawszy się z barwnej pułapki podąży dalej swoja drogą.

Jedna z sióstr, niewidoma, oparła swoją laseczkę o ławkę i zdjęła swój malachitowy jesienny płaszcz. Przewiesiła go przez oparcie, odchyliła głowę do tyłu i wyprostowała nogi. Druga z kobiet siedziała wyprostowana, jakby spięta z dłońmi schowanymi w kieszeni kurtki.

Ławeczka

 Hania 2016-07-29 d

Ławeczka

                               Albowiem piękno jest tylko

                               przerażenia początkiem, który jeszcze znosimy

                               z takim podziwem, gdyż beznamiętnie pogardza

                               naszym unicestwieniem.

                               Rilke.

Zawsze w październiku chodziłem do parku i siadałem na ławeczce, z której miałem dobry widok na pałac, aleję różaną i staw z łabędziami.

            W parku nie było zbyt wielu spacerowiczów. Czasami przeszła jakaś parka, czasami rodzinka z wózkiem, z jednym albo dwójką biegnących w dziecinny sposób, przeskakujących z nogi na nogę brzdąców.

            Chłonąłem spokój jesieni. Październikowe światło o konsystencji mgiełki rozlewało się po parku jak mleko. Światło jesieni jest zupełnie inne od ostrego światła lata – nagiego i surowego; miękkie jakby puszyste, rozproszone. Mgiełkowate i powabne. Najkrócej można powiedzieć, że powietrze wygląda tak, jakby ktoś rozpylił aerozol.

            Często myślałem: światło omdlewa, usuwa się, robiąc coraz więcej miejsca nocy, ciemności, czerni.

            Siedziałem prawie każdego dnia na ławeczce półtorej do dwóch godzin. Czasami czytałem, ale przeważnie nic nie robiłem, pozwalając czasowi przenikać przeze mnie, przez skórę jak przez sito i głęboko oddychałem. Wciagałe powietrze aż do brzucha i liczyłem oddechy. Po stu takich haustach całkowicie się uspokajałem, opadał ze mnie zgiełk świata jak ostatnie igły ze świerka przed zimą. Wtedy przymykałem oczy i chłonąłem świat, dawałem mu przystęp do siebie. Oczy otwierały się na barwy, na ciemną zieleń traw, na srebrzystą korę buków od południowej strony, na omszałą zieleń od północnej; na rdzawą rudość wiewiórek wspinających się po żołędzie; na przybrudzoną biel łabędzich piór; ceglasto-amarantową barwę elewacji barokowego pałacu.

            W pierwszych dniach października na kilka dni powróciło lato. Zrobiło się bardzo ciepło jak w lipcu. Lato tego roku nie było udane, zimne i deszczowe, więc ta rekompensata ucieszyła mnie i spotęgowała przyjemność przebywania na mojej ławeczce.

            Pewnego dnia moją uwagę zaintrygowały dwie kobiety, które przyszły zapewne tak jak ja pozbierać w parku te okruchy lata. Zauważyłem je z daleka i od razu przykuły moją uwagę. Zbliżały się powoli od wejścia przy grobli nieopodal pałacu. Jedna siedziała na wózku inwalidzkim, druga pchała ją po parkowych alejkach. Przeszły obok mnie powoli, tak, że zdążyłem im się dokładnie przyjrzeć. Mimo, że obie miały słoneczne okulary, bez trudu domyśliłem się, że są siostrami. Obie były bardzo ładne, mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że były piękne. Ta na wózku, była blondynką z rozpuszczonymi włosami do ramion, o wyrazistych rysach twarzy, z których emanowała łagodność. Nie mogłem oczywiście domyślić się od razy przyczyny niedyspozycji, czy kalectwa; ale mimo tego jej oblicze nie wyrażało bólu czy, rozczarowania swoim stanem. Była ubrana w kolorową sukienkę i sweterek w pastelowych barwach. Siedziała spokojnie i niewiele się rozglądała, jej twarz skierowana była prawie czas w jedną stronę, przed siebie, jakby niewiele ją interesowało z tego, co znajduję się wokół niej i obserwowała tylko drogę przed sobą – alejkę wysypaną żwirem. Ta prowadząca wózek była szatynką i miała włosy upięte w kok. Mimo że bardzo podobna do siostry, (tego byłem pewien niemal w stu procentach, że łączą je więzy krwi, kiedy znalazły się na mojej wysokości i mogłem im się przyjrzeć z bliska), różniła się od niej rysami twarzy napiętymi, bardziej surowymi, wyrażającymi stanowczość. Kiedy przeszły, długo jeszcze na nie patrzałem, aż zniknęły za zakrętem. Przez chwilę zastanawiałem się, czy będą wracały tą samą drogą. Miałem ochotę jeszcze raz im się przyjrzeć. Obie miały niewiele ponad czterdzieści lat. Ich dojrzałe piękno wywarło na mnie duże wrażenie i naruszyło spokój, którego tutaj szukałem, rozproszyło uwagę. Zapaliłem papierosa. W parku panował spokój, była wpół do dwunastej przed południem. Odgłosy wrzącego życia nie docierały tutaj. Park znajdował się na obrzeżach miasta. Praktycznie rzecz biorąc łączył się z lasem, który zamykał granice miasta od południa. Słońce przesuwało się nisko i powoli, chowając się za koronami drzew. Minęło może z piętnaście, dwadzieścia minut, kiedy zauważyłem, że kobiety wracają. Ale teraz obie szły obok siebie. Nie było już wózka. Zmierzały powoli znów w moim kierunku, trzymając się pod ramię. Ta o jasnych włosach szła niepewnie i to raczej ona potrzebowała ramienia siostry. Jej głowa nadal była nieruchoma. Patrzała tylko przed siebie i kiedy znalazły się na łuku ścieżki, a ta druga, szatynka lekko odciągnęła  siostrę od krawężnika, domyśliłem się, że ona po prostu nie widzi. Zatrzymały się przy stawie z łabędziami. Chwilę rozmawiały o czymś nerwowo, a potem znowu przeszły wolnym krokiem przede mną.

            Odprowadziłem je wzrokiem aż do wyjścia z parku. Skręciły w prawo, pewnie w stronę parkingu przy pałacu. Nie widziałem ich potem przez tydzień, przez kilka kolejnych dni padało i nie wychodziłem z domu. Rano pisałem, a wieczorem czytałem. Na stoliku przy łóżku zawsze leżało kilka książek z założonymi między kartkami zakładkami. W taki sposób czytam. Znajduję w jednej książce jakiś wątek myślowy, szukam pozycji, do której ten wątek prowadzi i tak dalej, aż na biurku piętrzy się stos ksiąg, dopóki nie wyczerpię intrygującego mnie zagadnienia. Kiedy odkładałem czytanie albo pracę, piłem kawę i paliłem. Lało porządnie. Nie wychylałem nosa z mieszkania. Czasami z dołu wpadał mój gospodarz i gawędziliśmy. Przynosił najświeższe wiadomości z miasta, czyli właściwie nic ciekawego. Tam zapchana studzienka odpływowa, zalało chodnik i kawiarnię w suterynie przy Sobieskiego, gdzie indziej spadła gałąź, ale nikomu nic się nie stało. Czasami przychodził i mówił: „wiesz, kto nie żyje”, ja na to: „kto?”. On siadał w fotelu, chwilę milczał i potem, nie patrząc mi w oczy mówił: „ ten i ten, na pewno go znałeś”. Zawsze odpowiadałem, że znałem, nawet jak nie miałem pojęcia, o kogo chodzi. Nie chciałem w jego oczach uchodzić za ignoranta, zamkniętego w sobie snoba. Lustrował stosy książek i kartki rękopisów leżące na biurku. Wiedział, że piszę, ale nie zdawał sobie sprawy, co. Nie chciał i nie miał ochoty w to wnikać. Mówił, że w życiu przeczytał tylko jedną książkę: „Hrabiego Monte Krysto…”, i że nie pamięta treści, kiedy próbowałem go o to zagadnąć. Za to cały dzień, kiedy siedział u siebie w kuchni na dole, oglądał wszystkie seriale, opery mydlane i inne takie wytwory telewizora. Żył z wynajmu i renty inwalidzkiej na powykręcane podagrą palce. Miałem wrażenie, że nigdy nie trzeźwiał. Namawiał mnie na „kielicha” często, ale po kilkunastu odmowach dał sobie spokój. „Jesteś dziwny” powiedział raz i dał mi spokój. I tak obaj nurzaliśmy się w swojej mizantropii, on na dole, ja na piętrze.

            Krople spływały po szybach, a ja myślałem o tych dwóch kobietach. Zaintrygowała mnie nie tylko ich uroda. Czułem, że w ich zawziętym milczeniu, wyniosłej obojętności tej na wózku, nieustannym zakłopotaniu jej siostry kryje się jakaś tajemnica ich relacji, być może bolesna i rzucająca cień na ich stosunki.

            Kiedy zaczynałem o nich myśleć, przypominała mi się strofka Irlandczyka:

                        „Dzień się pomału ku nocy słania,

                        W oknach otwartych na popołudnie dwie kobiety,

                        Obie piękne, jedna jak łania”

            W sobotę przestało padać i wyszło słońce. Ale nie było już tak ciepło jak kilka dni temu. Zjadłem śniadanie, wypiłem kawę, zapaliłem i zacząłem sie szykować do mojego codziennego spaceru. Gospodarz złapał mnie na schodach. Odór alkoholu dotarł już na górę pod moje drzwi. Stary stał na dole i wygladał na dwór przez szybkę w drzwiach. Kiedy usłyszał kroki, odwrócił się. Oczy mu błyszczały od wódki.

            – O, pan Piotruś… dzisiaj w końcu spacerek.

            – Dzień dobry – odpowiedziałem mu omijając jego oddech – w końcu trzeba nabrać powietrza w płuca po tylu dniach siedzenia w domu.

            – A pewnie, pewnie. Ja mam też dzisiaj sprawy na mieście. Muszę iść do ZUS-u i zrobić jakieś zakupy. Może i dla pana coś kupić?

            – Nie, dziękuję, sam sobie coś tam kupię na mieście – odpowiedziałem uprzejmie. Stary usunął mi się z drogi, przekręcił zamek w drzwiach, a ja wyszedłem w końcu na powietrze.

            Park wyglądał po deszczach ponuro. Trawa zległa i zrobiła się ciemnozielona, drzewa już na dobre pozbyły się liści, a na tych, które jeszcze trzymały się gałęzi błyszczały w promieniach słońca krople wody po ostatnich opadach. Przeszedłem wolnym krokiem wszystkie alejki. Nie spotkałem nikogo. Poczułem smutek zimnej jesieni. Nie wiem skąd i dlaczego usłyszałem w głowie muzykę, początek „Stabat Mater” Dworzaka. Dostojne, pełne żalu akordu dobrze układały się z obumierającą naturą. Nie siadałem na mokrej ławce przy stawie, okrążyłem klomb, na którym wiosną i latem rosły bratki i już miałem wracać, kiedy nagle zobaczyłem siostry. Szły powoli w moim kierunku, trzymając się pod rękę.

/cdn/

Lato 2016

6

Dusza z duszą, głowa z głową, serce z sercem, oko z okiem
Wzniosą się w tę błękitną przestrzeń ponad chmurami
Tam gdzie kłopoty umierają
A łzy schną
kierując się ku zachodowi i wspinając się na to miejsce
gdzie słońce nigdy nie przestaje świecić
Deszcz jest pod nami…..

Hanna

20160518_194043

Wszystko pomiędzy nami było tamtej jesieni jakby last minute. Podany mi w ostatniej chwili numer telefonu, wizyta w tawernie ostatniego dnia. Pierwsze spotkanie zupełnie przypadkowe, kiedy stałaś oparta o ścianę tego nadmorskiego baru, a ja czekałem, kiedy ściągniesz okulary, żebym mógł zobaczyć Twoją całą twarz i oczy. – Ładna – pomyślałem, kiedy słoneczne okulary odsłoniły Twoje oblicze. Regularne rysy twarzy i piękne usta… i jakaś emanująca pogoda. I głos, trochę inny niż przez telefon, ale taki charakterystyczny i ciepły, asamitny.
Wzruszyło mnie, kiedy pytałaś o Turgieniewa, a bibliotekarka nie umiała znaleźć dla Ciebie Wiosennych wód, bo nie wiedziała, w jakim tomie dzieł zebranych ich szukać… i później to spotkanie w Sopocie, kiedy wiozłem dla Ciebie tę książkę, a Ty dałaś mi specjalną kartkę wykonaną przez ciebie dla mojej córeczki.
- Nie lubię swojego imienia – powiedziaś, kiedy siedzieliśmy w restauracji, a ja cytowałem Ci fraszki Kochanowskiego do Hanny, żebyś te imię polubiła. Siedziałaś do mnie bokiem, a ja miałem ochotę wsunąć dłoń w Twoje włosy. Myślałem, że nie ma już kobiet, z którymi można rozmawiać o Kunderze, Mozarcie. Tylko jesień mogła być tłem dla naszego uczucia. Nie maj, nie lipiec, ale tylko październik. Myślałem o Tobie: jesienna dziewczyna i z każdym dniem coraz śmielej myślałem o Tobie: moja.
I tkwiąca w Tobie wciąż gotowość do uczucia, brak wyrachowania, które teraz rządzi wszystkim. Kto chce kochać, musi rzucić serce za przeszkodę i skoczyć. Nie ma innej drogi.
I pod koniec magicznego dnia całowaliśmy sie na przystanku autobusowym, w biały dzień, wśród ludzi, jakby świat nie istniał… Moja H.

Józef

Wiersz Józef doczekał się w maju konfrontacji z publicznością na żywo. Sądząc z komentarzy i mojego wrażenia podczas czytania tego tekstu, jego przesłanie jest prawie zupełnie nieczytelne u wielu słuchaczy, którym brakuje bazy, czy jako takiej wiedzy historyczno – kulturowej. W pewnym momencie sam zwątpiłem w sens tego, co napisałem i przez pół nocy zastanawiałem się, czy w tym wierszu rzeczywiście znajdują się jakieś pokłady godne odkrycia. Tak się zamotałem, że w pewnej chwili nie byłem pewien, o co mi samemu chodziło. Poczułem coś w rodzaju zażenowania, jak ktoś, kto ubrał się w nieodpowiednie spodnie i buty z niemodnym noskiem; wszedł na salony i poczuł na sobie wzrok obecnych, wzrok który mówił: to co, że spodnie z dobrego materiału i buty z niezłej skóry, ale ubiór nie pasuje do sytuacji i czasów. Dzisiaj trzeba głupiej i pospoliciej.
Wiersz Józef odnosi się do postaci Józefa z Arymatei, postaci z czasów Jezusa, świadka jego męki; człowieka, który wykazał się tym co dzisiaj nazywamy empatią, czyli nieegoistycznym gestem skierowanym w stronę bliźniego. W sumie nie wiemy wiele o tej postaci, oprócz tego, że był członkiem Sanhedrynu, wysokiej Rady Żydowskiej, człowiekiem zamożnym. Wyimaginowałem sobie, że Józef uczestniczył w spotkaniach Jezusa z ubogim ludem nad jeziorem Genezaret ( w wierszu Kinneret), i że został przymuszony do zdawania relacji z tego, co usłyszy. Pomyślałem, że któryś z kapłanów zastosował w stosunku do Józefa chytrą manipulację, która mogła odnieść odwrotny skutek – Rozsądź w swoim sercu… Skierowanie do kogoś słów, żeby o czymś sądził w sercu jest odwołaniem się do najwyższej instancji, która w nas samych bezbłędnie rozpoznaje dobro i zło, prawdę i nieprawdę, fałsz i szczerość. Tą instancją jest miłość. (Przypomina mi się, nota bene, przysięga na prawdę z mojego dzieciństwa: trzy palce na sercu…)
Józef wobec takich słów musiał dokonać wyboru, tego, co było dla niego w tamtej chwili najważniejsze. Uwiedziony miłośnie słowami Jezusa zdecydował się na całkowitą przemianę wewnątrz samego siebie, na zmianę o sto osiemdziesiąt stopni. Józef interesował mnie jako neofita, czyli ktoś, kto zmienia wiarę, porzuca nagle wszystko, w to co wierzył… i co najważniejsze w tym wypadku, zdecydowały same słowa, które miały dla Józefa większe znaczenie niż świątynie z kamienia, podejrzewam, że również pieniądze, władza i zaszczyty (stąd w wierszu słowa: ulam, hekam, debir – elementy świątyń Jerozolimskich).
Kiedy usłyszał pełne nienawiści krzyki z ulicy podczas tragicznej drogi Chrystusa, poczuł zwierzęcy lęk, paniczny strach, które potem zmieniają się, jak to często albo rzadko bywa… w odwagę. Heraklit mówił, że w świecie ducha wszystko zmierza ku swoim przeciwieństwom. Tak rodzi się odwaga. Ze strachu. Tylko ludzie, którzy zaznali strachu, są zdolni do odwagi, do czynów pełnych niewyobrażalnego poświęcenia.
Zawsze starałem się dowiercić istoty odwiecznego nienawistnego sporu pomiędzy Judaizmem a Chrześcijaństwem. Teraz rozumiem organiczną nienawiść ówczesnych Żydów do Chrystusa. Nic tak nie boli, jak uderzenie w skostniałą, konformistyczną formę, tym bardziej religijną. Przecież Chrześcijaństwo wzięło sobie łacinę jako język liturgii na wieki, język wrogów i ciemiężców tamtej Palestyny, co jeszcze dolało oliwy do ognia.
Do czego piję w tym wierszu? Oczywiście do współczesności. Rozmemłanej, bezideowej. Powiedz dzisiaj, że istnieje obiektywna Prawda, to ci się roześmieją w twarz. Prawda jest dzisiaj jak dziura w tyłku… każdy ma swoją. Brakuje mi dzisiaj odwagi. Urzędnicy drżący o swój stołek, sprzedajni dziennikarze, politycy na usługach.
Jeszcze jedno. To skąd się wzięła odwaga Józefa nie należy rozpatrywać w kategoriach psychologicznych. Fragment w wierszu: i czegoś tam jeszcze/ trudnego do nazwania, eufemistycznie strywializowane przeze mnie dotyczy, trudnego do logicznej klasyfikacji działania Ducha Świętego – vide, np cassus Św. Pawła… Spiritus flat ubi vult.
To tyle.

Józef

Chadzał nad jezioro
Przebrany w liche szaty.
Kazano mu słuchać
Tego, który buntuje lud.
Niedawno pogrzebał ojca
I nie mógł otrząsnąć się z nocy.
Mrok wlał się w jego krew.
Też zaczął szykować się do drogi.
Wykuwał w skale własny grób.
Wchodził do środka,
Ale w cieniu wciąż
Spijał słodycz światła.

II
Idź, posłuchaj nieprawego słowa,
Mówił arcykapłan
I rozsądź w swoim sercu.
Czaple i rybołowy krążyły nad Kinneret
I słońce kąpało się w drobnych falach.
Siedział wśród takich,
Którymi nauczył się pogardzać
I wciąż odwracał głowę
Od zapachu ich ciał.
Zawsze wiedział, co myślą.
Chcieliby zjeść więcej,
Niż mogą pomieścić ich usta.
Chcieliby sądzić o tym,
Czego nie rozumieją.
I woleliby przebywać w niebie marzeń oczekujących na spełnienie
Niż plewić ziemskie cmentarze niespełnionych oczekiwań.

III

Tamten człowiek usiadł jak inni,
Mówił spokojnie, jak do dzieci.
A stary nagle pomyślał,
Że mógłby się mylić
We wszystkim,
Co wiedział przedtem
I że wcale go
To nie martwi

IV

Odszedł pełen niepokoju.
Prawda?… Nawet przeciwko sobie?
Ale musiał wrócić do miasta,
Zdać relację, stanąć
Po właściwej stronie…
I jak to tak?
I jak to tak?
Świątynia bez ścian,
bez ulam, bez hekam, bez debir?
Ze samych słów,
ze samych słów?

Przed bramami miasta
Dudniło mu w uszach:
Słowo, które padnie
Na skałę…

V

Kiedy słyszał na ulicach
Krzyki i obelgi,
Zamknął się w domu.
Po prostu się bał.
Poczuł znowu ten zwierzęcy lęk
Przed światem i ludźmi.
Zrobią wszystko, co zechcą,
Nic ich nie powstrzyma.
Zawsze to samo:
Płaszczenie się, wygoda, uległość,
Prawomyślna, tchórzliwa lojalność.

Aż lęk zmienił się w gniew i odwagę.
Tylko ten może mieć rację,
Kto jest sam przeciwko wszystkim.

Wyszedł z domu,
Wmieszał się w tłum.
Patrzył. Jeszcze nie wiedział, że
Z tumanów kurzu, wrzasków nienawiści,
Zapachu krwi i czegoś tam jeszcze,
Trudnego do nazwania
Wzbierze fala.
A odrzucony szczep
Przyjmie się hymnicznie się w języku wroga
A fructibus eorum cognoscetis eos

Od H.

Kocham Cię nie tylko w wieczornym przytulaniu

czy pocałunkach na dzień dobry, na do widzenia.

Kocham Cię, jak ceruję Twoje ubrania,

jak robię Ci kanapki, wkładam karteczki- niespodzianki.

Kocham Cię i na spacerze ze rękę, ale i jak oglądasz swoje „meczyki”

i jak słuchasz Marillion’u i „z kogutem” na głowie

i jak opowiadasz o swojej pracy i jak smaruję Cię Bengayem.

Każda najmniejsza rzecz, którą robię dla Ciebie sprawia mi radość,

bo jest DLA CIEBIE.

Każda chwila z Tobą jest dla mnie ważna,

bo jest Z TOBĄ.

Czy Ty też mnie tak widzisz na co dzień ?

– Twoje Serduszko

Most iskry

Most iskry
Przyjechali do myjni swoim starym autem. Niespecjalnie urodziwi. Kiedy grat był myty, nie spuszczali go z oka. Na pewno nierozłączni od wielu lat. Ona, samicza, milkliwa, podporządkowana,wystraszona jak mysz; on trochę bardziej śmiały, ale też nie za bardzo. Przeciwieństwo współczesnych snobów mąjacych aspirację zostania celebrytami. Szarzy, ale ujmujący. Prostolinijność uczuć i zachowań, których już nie ma w dzisiejszych czasach. Oczyma wyobraźni ujrzałem ich, jak rano piją kawę w kuchni i opowiadają sobie nawzajem o oznakach wiosny, które zauważyli wczoraj. Pokorni, zakładający swoją niewiedzę i brak kompetencji, żeby oceniać ludzi i świat. On jej tłumaczy, co znaczy święto ruchome, jakim jest Wielkanoc. Nigdy nie mogła tego pojąć i zapamiętać, bo zawsze przed świętami pyta go o to. Planują, co zrobią na święta, ile przeznaczą na to pieniędzy. Myślą o dzieciach, które są daleko, i które są do nich podobne. Cisi i pokornego serca… Chciałbym ich sfotografować, w ich szarym splendorze zwyczajności. Ona robi mu codziennie od lat śniadanie do pracy. On pastuje jej buty i psika skórę półkozaczków impregnatem, żeby nie zmoczyła nóg w wiosennych kałużach.
Nie szukają wyrafinowania w swoim istnieniu, strojeniu się w pawie pióra; na pierwszy rzut oka widać, że kieruje nimi szlachetna naiwność odruchów, jakaś niewspółczesna łatowowierność, ale nie infantylna, raczej prostoduszna. Jeśli gdzies hula jeszcze duch miłości to właśnie w nich, w takich ludziach. Myślę, że na temat tego swojego uczucia nie za wiele dywagują. Kiedy rano wspólnie wychodza do pracy, chwytają się za rękę i to jest pieczęć na ich odnawianym codziennie kontrakcie. Każdego dnia przechodzą przez ten sam most, most iskry.