Hymn

Starajcie się gorliwie o większe dary Boże; ja wskażę wam drogę jeszcze doskonalszą.
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się miedzią dźwięczącą
lub cymbałem brzmiącym.
Gdybym posiadał dar przemawiania z natchnienia Bożego
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadł wszelką wiedzę,
i wiarę miał taką, żebym mógł góry przenosić,
a miłości bym nie miał,
niczym jestem.
Gdybym cały swój majątek rozdał na żywienie ubogich
i własne ciało wydał na spalenie,
a miłości bym nie miał,
nic mi nie pomoże.
Miłość jest cierpliwa,
uprzejma jest.
Miłość nie zazdrości, nie przechwala się,
nie unosi się pychą,
nie zachowuje się nietaktownie,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego,
nie cieszy się z nieprawości, lecz raduje się z triumfu prawdy.
Miłość wszystko znosi,
każdemu wierzy,
każdemu ufa,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
chociaż dar przemawiania z natchnienia Bożego zaniknie,
chociaż dar modlenia się w obcych językach przeminie,
chociaż wiedzy zabraknie.
Niedoskonała jest nasza wiedza,
niedoskonałe nasze przemawianie z natchnienia Bożego.
Gdy przyjdzie życie doskonałe,
niedoskonałe zniknie.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
myślałem jak dziecko,
rozumowałem jak dziecko.
Gdy stałem się dojrzałym człowiekiem,
pozbyłem się cech dziecinnych.
Teraz widzimy niejasno jak w zwierciadle,
potem zobaczymy bezpośrednio – twarzą w twarz.
Teraz poznaję częściowo,
potem poznam [całkowicie],
tak jak sam jestem poznany.
Teraz ważne są trzy rzeczy:
wiara,
nadzieja,
miłość.
A z nich największa jest miłość.

Dla H.

Uśmiech

  Dla Hani

 

Nie wiedziałaś, że na ciebie patrzę.

Nie wiedziałaś nawet, że jestem obok.

Zapomniałaś, że jest jakieś inne patrzenie

Oprócz twojego.

Czytałaś coś z uśmiechem.

Nagle pojaśniało, ucichł zgrzyt planet na orbitach,

W chwili czystej mógłbym odejść wtedy

Albo przyjść po raz drugi

Jak po raz pierwszy.

Lampko uśmiechu, która zabierasz strach

Świeć się światło twoje.

Rozwiń się na pokój,

Dywan, komodę z szufladami mroku,

Parkiet. Wyjdź z mieszkania.

Idź przed siebie.

Rozsiej się na jutro,

Żebym cię spotkał

We wtorkach i środach,

Gdyniach, Sopotach,

Zaświatach i okolicach.

Nawet tam,

Gdzie ciebie nie będzie.

 

 

Bransoletka

Jeszcze o zgubionej bransoletce

                                                                                         Dla Hani

 

To tylko rzecz.

Wiążąca nas ze światem

jak psa z budą.

Bransoletki, auta,

buty na szpilkach,

Zegary, obrazy.

Et cetera.

Nie żałuj.

Są gorsze zgubienia.

Zawieruszyło się nam niebo

na przykład.

Dusza, nawet Bóg.

Potężne straty.

Nikt nie szuka.

Chętniej wpełzamy pod szafę

za zatoczonym groszem.

Co teraz?

Po zgubionej bransoletce?

Nic się nie stało.

Daję ci za to

kawałek na przykład

tego księżyca nad lasem.

Nikt nie powie: nie

i się nie zgubi.

Impresje codzienne

W telewizorni kątem oka obejrzałem kawałek „Titanica”. Moją uwagę przykuły kapelusze kobiet ozdobione kwiatami, suknie kloszowe i kolorowe. Tak. Kiedyś kobieta wyglądała jak kobieta. Moda była taka sto lat temu, żeby wyglądać jak dzieło sztuki. A dzisiaj na mieście panuje w modzie bolszewizm. Kobiety w spodniach obcisłych aż do przesady. Kobiety w spodniach jak czekistki albo traktorzystki, w dżinsach dziurawych. Najważniejsza ekspozycja tyłka. Chude, szersze zupełnie rozłożyste; tyłki dyptyki, tyłki tryptyki i fałda brzuszna wylewajaca się na guzik dżinsów. Sto lat temu moda kobieca była taka, żeby mężczyzna zwracał uwagę na twarz i dłonie. Przede wszystkim. No i oczywiście na to, co kobieta mówi. Estetyczne niechlujstwo i obrzydlistwo codziennej mody jest związane z niechlujstwem i obrzydlistwem języka i mowy, sztampą myślenia, brakiem poglądów, terrorem głupich celebrytów, którzy stali się opiniotwórczą awangardą współczesności i którzy uwodzą swoją głupotą całe masy społeczeństwa, które spija z ich ust banał i brzydotę. Szczyt bzdury wygłosił ostatnio Grzegorz Turnau, który wydawał mi się rozumnym człowiekiem, a okazał się tylko typowym produktem celebryckiej elity. Napisał on tak:

jakiś czas temu przypiąłem magnesami do mojej ulubionej lodówki ten cytat.
Moje płyty i koncerty nigdy nie miały i nie będą miały politycznego podtekstu. Nie mam temperamentu politycznego i nie mam właściwie żadnych poglądów poza – jak powiedział Pan Słonimski – „Gdy nie wiesz, jak się zachować, na wszelki wypadek zachowaj się przyzwoicie”.
Czuję jednak potrzebę powiedzenia wprost: jestem przeciw temu, co dzieje się w polskim państwie. Dzięki ojcu poznałem książki Orwella, Koestlera, Weissberga-Cybulskiego już jako dziecko i potrafię sobie wyobrazić, czym był stalinizm. Żyjemy tylko w takich czasach, jakie sami sobie urządzamy. Ale urządzamy je też naszym dzieciom. Wnukom. Kotom i psom.
Nie udawajmy, że pada deszcz. Jesteśmy pokoleniem, dla którego świat jest kolorowy, nie czarno-biały. Mówię „my” – ale świadomie.

Jednym słowem, na niczym się nie znam, ale mówię nie. Ponieważ należę do pewnej elity i będę wtórował im, choćby pletli nie wiadomo jakie bzdury. No tak, pomyśli każdy obywatel bez ukształtowanych poglądów, skoro taki Grzegorz Turnau jest przeciw temu, co się dzieje w Polsce, to i ja jestem. Ja też nie mam żadnych poglądów i jestem przeciw.

Grzegorz Turnau jest rasowym durniem, osłem, który powinien milczeć, a nie obnosić się ze swoją głupotą. Jako śpiewak jest do zniesienia, ale jako myśliciel jest na poziomie ucznia szkoły podstawowej. Ale jest wyrocznią dla całej masy kobiet w obcisłych i podartych spodniach i ich mężczyzn pozbawionych poglądów, rivierujących (od Galeria Riviera w Gdyni) codziennie do upadłego. Nieposiadanie poglądów jest dzisiaj wyrazem najwyższego człowieczeństwa, „osobowości absolutnej” jak wyraziła się prezenterka w telewizji przedstawiająca gwiazdę operetki. Banał pomnożony przez masło maślane jest odpowiednim pokarmem dla baranich mas, którym jest wszystko jedno, których język zaczyna się ograniczać do kilku słów: super ekstra i masakra. A których „Mojżeszem” od dzisiaj staje się Grzegorz Turnau ze swoim: nie mam właściwie żadnych poglądów prowadzący swój naród wybrany na intelektualną rzeź.

26 października

Sprzątanie nagrobka

 

Jesienne liście przyklejone do skóry marmuru

Zmyłem wodą przyniesioną w baniaku z plastiku.

Nie znałem zmarłej ani ona mnie. Z ziemskich chórów

Polubiłem ciszę cmentarzy. Znikąd donikąd

Mknęła nuta głucha w cemol,

Za nią idą wszyscy, wtapiają się w ciemność.

Najładniejsze zdjęcie dali  sąsiadce w medalion.

Kokietuje teraz nicość zapadniętą talią.

Zakładam rękawiczki, wyciągam oset spod płyty.

Dłużej wytrzyma kuta róża i odlew z granitu

Niż wyniosła postawa zespołu tkanek,

Które nonszalancko biegną w nieznane.

Banda głupców przy sąsiednim grobie

Debatuje czy dobrze podzielono spadek.

Jesteśmy szaleni i w piśmie i w mowie,

Jaki więc umiar i rozsądek z martwych powstanie?

Zapalam fajkę, wydmuchuję dym w koronę brzozy.

Grób nieznajomej sprzątnięty. Zanim przyjdzie nam się położyć,

Uwijamy się skrzętnie wśród nagrobków,

Udając, że znaleźliśmy na wieczność sposób.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dwanaście miesięcy

roczek

Dwanaście miesięcy razem. Miejsca napełniły się naszą obecnością. Nic nie będzie już takie jak przedtem. To, że nie było czasami łatwo, nie oznacza, że było źle; raczej to, że było głęboko. Czule, głęboko, do szaleństwa... Dziękuję Ci za ten czas.

Beethoven przy kawie

Przy niedzielnej, popołudniowej kawie słuchamy V symfonii Beethovena. I nagle szok. Muzyka brzmi jakoś topornie i tą topornością mnie rozśmiesza. Mówię do Hanny.: – On chyba naprawdę był głuchy… Nagle ta muzyka zaczęła mnie drażnić nadętym patosem, sentymentalnym zadęciem; była za blisko uczuć, zderzyła się z moimi uczuciami i nie licowało w danej chwili. Stąd zgrzyt. Czyżbym już nie mógł zdzierżyć Beethovena, czy jego czas minął, jak Eltona Johna, którego pewnego dnia nie mogłem już słuchać ani przez minutę? Co mnie tak nagle rozdrażniło? Może zbyt wyraźnie widoczne uczuciowe szwy tej muzyki. Romantyczne, nadęte oszustwo.  Przeskoczyłem na Mozarta. Z Mozartem wszystko w porządku. Wróciłem do Beethovena. Tym razem Imperator, Koncert fortepianowy. I tu już było ok. Tam zawsze cudowne Adagio un Poco Mosso.  Może więc to tylko te jego symfonie, za bardzo napuszone, napchane współczesnością kompozytora, jak Eroica, gdzie Ludwig wybzdurał sobie pompatyczny hołd dla Bonapartego?

Chyba niedobrze dla twórcy jak zaczyna za szybko przetwarzać na sztukę uczucia. Mozart abstrahował od uczuć, potrafił wydzielić się z samego siebie, stawał się idealnym medium, przekaźnikiem, instrumentem. Jego muzyka jest doskonale asemantyczna, odległość podmiotu, który tworzył od samego dzieła jest taka daleka, że zupełnie nie można się domyśleć, czy Wolfganga Amadeusza  gryzła w tyłek pchła, kiedy komponował Arię Królowej Nocy. W romantyźmie, którego Beethoven jest niby omen prioprius ta odległość ulega zmniejszeniu.  Uczucia zostają zaprzęgane prawie natychmiast do roboty i tu Beethoven bardziej jest uczniem uczuciowo, empatycznego sentymentalizmu (Dla Elizy, Sonata Księżycowa, V symfonia) niż buntowniczego romantyzmu (Wielka fuga, Kwartety smyczkowe).

I tyle rozmyślań przy kawie.

Ławeczka c.d.

portrait-of-women-gustav-klimt

Niewidoma była ubrana w ciemnozielony trencz, dżinsy i wysokie jasnozielone modne kalosze. Mimo, że podtrzymywana przez siostrę, omiatała drogę przed sobą białą, cienką teleskopową laseczką używaną przez niewidomych. Jej jasne włosy były rozpuszczone i opadały swobodnie na ramiona. Oczy zasłoniła ciemnymi okularami o obszernych szkłach zasłaniających większość twarzy, która jak zwykle sprawiała wrażenie pogodnej. Kreska delikatnego uśmiechu rysowała się na jej pięknie zarysowanych  ustach pomalowanych czerwoną pomadką.

Jej siostra miała na sobie modną jaskrawoniebieską pikowaną kurtkę, czarne dżinsy i jesienne skórzane kozaczki na zamek. Szły wolno, ale poruszały się elegancko. „ Idą, jakby tańczyły”- przebiegło mi przez myśl. A chwilę później: „Kobiety Klimta”.

Usiadłem na ławce przy klombie. Kobiety przeszły, a raczej przepłynęły alejką . Głupio mi było gapić się na nie bez przerwy, więc rzucałem na nie okiem, a potem przez chwilę patrzyłem w innym kierunku. Usiadły na mojej ławeczce przy łabędziach i zaczęły rzucać kawałeczki bułki do wody. Wszystkie ptaki przypłynęły do unoszących się na zielonkawej powierzchni stawu kulek pieczywa. Kobiety wyciągały ze środka miąższ i zanim wyrzucały pokarm, długo formowały go w palcach. Prawie wcale ze sobą nie rozmawiały. Czasami padały jakieś pojedyncze słowa, czego domyślałem się po ruchu warg. Promienie słońca schowanego za koronami drzew rozświetlały liście nasycając barwy do ich najbardziej jaskrawych odcieni. Pomiędzy widlasto rozchodzącymi się alejkami stał kilkusetletni dąb. Jego liście od południowej strony miały kolor  złocisto-szafranowy, od północnej różne odcienie brązu od ciemnego burgunda, poprzez szarobrunatny do barwy minii. Miałem wrażenie, jakby rozłożyste drzewo uwięziło słońce tylko dla siebie. Jednak zmieniający położenie cień pnia mówił o tym, że ten jesienny romans i niedługo się skończy, a słońce wyplątawszy się z barwnej pułapki podąży dalej swoja drogą.

Jedna z sióstr, niewidoma, oparła swoją laseczkę o ławkę i zdjęła swój malachitowy jesienny płaszcz. Przewiesiła go przez oparcie, odchyliła głowę do tyłu i wyprostowała nogi. Druga z kobiet siedziała wyprostowana, jakby spięta z dłońmi schowanymi w kieszeni kurtki.