Bransoletka

Jeszcze o zgubionej bransoletce

                                                                                         Dla Hani

 

To tylko rzecz.

Wiążąca nas ze światem

jak psa z budą.

Bransoletki, auta,

buty na szpilkach,

Zegary, obrazy.

Et cetera.

Nie żałuj.

Są gorsze zgubienia.

Zawieruszyło się nam niebo

na przykład.

Dusza, nawet Bóg.

Potężne straty.

Nikt nie szuka.

Chętniej wpełzamy pod szafę

za zatoczonym groszem.

Co teraz?

Po zgubionej bransoletce?

Nic się nie stało.

Daję ci za to

kawałek na przykład

tego księżyca nad lasem.

Nikt nie powie: nie

i się nie zgubi.

Impresje codzienne

W telewizorni kątem oka obejrzałem kawałek „Titanica”. Moją uwagę przykuły kapelusze kobiet ozdobione kwiatami, suknie kloszowe i kolorowe. Tak. Kiedyś kobieta wyglądała jak kobieta. Moda była taka sto lat temu, żeby wyglądać jak dzieło sztuki. A dzisiaj na mieście panuje w modzie bolszewizm. Kobiety w spodniach obcisłych aż do przesady. Kobiety w spodniach jak czekistki albo traktorzystki, w dżinsach dziurawych. Najważniejsza ekspozycja tyłka. Chude, szersze zupełnie rozłożyste; tyłki dyptyki, tyłki tryptyki i fałda brzuszna wylewajaca się na guzik dżinsów. Sto lat temu moda kobieca była taka, żeby mężczyzna zwracał uwagę na twarz i dłonie. Przede wszystkim. No i oczywiście na to, co kobieta mówi. Estetyczne niechlujstwo i obrzydlistwo codziennej mody jest związane z niechlujstwem i obrzydlistwem języka i mowy, sztampą myślenia, brakiem poglądów, terrorem głupich celebrytów, którzy stali się opiniotwórczą awangardą współczesności i którzy uwodzą swoją głupotą całe masy społeczeństwa, które spija z ich ust banał i brzydotę. Szczyt bzdury wygłosił ostatnio Grzegorz Turnau, który wydawał mi się rozumnym człowiekiem, a okazał się tylko typowym produktem celebryckiej elity. Napisał on tak:

jakiś czas temu przypiąłem magnesami do mojej ulubionej lodówki ten cytat.
Moje płyty i koncerty nigdy nie miały i nie będą miały politycznego podtekstu. Nie mam temperamentu politycznego i nie mam właściwie żadnych poglądów poza – jak powiedział Pan Słonimski – „Gdy nie wiesz, jak się zachować, na wszelki wypadek zachowaj się przyzwoicie”.
Czuję jednak potrzebę powiedzenia wprost: jestem przeciw temu, co dzieje się w polskim państwie. Dzięki ojcu poznałem książki Orwella, Koestlera, Weissberga-Cybulskiego już jako dziecko i potrafię sobie wyobrazić, czym był stalinizm. Żyjemy tylko w takich czasach, jakie sami sobie urządzamy. Ale urządzamy je też naszym dzieciom. Wnukom. Kotom i psom.
Nie udawajmy, że pada deszcz. Jesteśmy pokoleniem, dla którego świat jest kolorowy, nie czarno-biały. Mówię „my” – ale świadomie.

Jednym słowem, na niczym się nie znam, ale mówię nie. Ponieważ należę do pewnej elity i będę wtórował im, choćby pletli nie wiadomo jakie bzdury. No tak, pomyśli każdy obywatel bez ukształtowanych poglądów, skoro taki Grzegorz Turnau jest przeciw temu, co się dzieje w Polsce, to i ja jestem. Ja też nie mam żadnych poglądów i jestem przeciw.

Grzegorz Turnau jest rasowym durniem, osłem, który powinien milczeć, a nie obnosić się ze swoją głupotą. Jako śpiewak jest do zniesienia, ale jako myśliciel jest na poziomie ucznia szkoły podstawowej. Ale jest wyrocznią dla całej masy kobiet w obcisłych i podartych spodniach i ich mężczyzn pozbawionych poglądów, rivierujących (od Galeria Riviera w Gdyni) codziennie do upadłego. Nieposiadanie poglądów jest dzisiaj wyrazem najwyższego człowieczeństwa, „osobowości absolutnej” jak wyraziła się prezenterka w telewizji przedstawiająca gwiazdę operetki. Banał pomnożony przez masło maślane jest odpowiednim pokarmem dla baranich mas, którym jest wszystko jedno, których język zaczyna się ograniczać do kilku słów: super ekstra i masakra. A których „Mojżeszem” od dzisiaj staje się Grzegorz Turnau ze swoim: nie mam właściwie żadnych poglądów prowadzący swój naród wybrany na intelektualną rzeź.

26 października

Sprzątanie nagrobka

 

Jesienne liście przyklejone do skóry marmuru

Zmyłem wodą przyniesioną w baniaku z plastiku.

Nie znałem zmarłej ani ona mnie. Z ziemskich chórów

Polubiłem ciszę cmentarzy. Znikąd donikąd

Mknęła nuta głucha w cemol,

Za nią idą wszyscy, wtapiają się w ciemność.

Najładniejsze zdjęcie dali  sąsiadce w medalion.

Kokietuje teraz nicość zapadniętą talią.

Zakładam rękawiczki, wyciągam oset spod płyty.

Dłużej wytrzyma kuta róża i odlew z granitu

Niż wyniosła postawa zespołu tkanek,

Które nonszalancko biegną w nieznane.

Banda głupców przy sąsiednim grobie

Debatuje czy dobrze podzielono spadek.

Jesteśmy szaleni i w piśmie i w mowie,

Jaki więc umiar i rozsądek z martwych powstanie?

Zapalam fajkę, wydmuchuję dym w koronę brzozy.

Grób nieznajomej sprzątnięty. Zanim przyjdzie nam się położyć,

Uwijamy się skrzętnie wśród nagrobków,

Udając, że znaleźliśmy na wieczność sposób.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dwanaście miesięcy

roczek

Dwanaście miesięcy razem. Miejsca napełniły się naszą obecnością. Nic nie będzie już takie jak przedtem. To, że nie było czasami łatwo, nie oznacza, że było źle; raczej to, że było głęboko. Czule, głęboko, do szaleństwa... Dziękuję Ci za ten czas.

Beethoven przy kawie

Przy niedzielnej, popołudniowej kawie słuchamy V symfonii Beethovena. I nagle szok. Muzyka brzmi jakoś topornie i tą topornością mnie rozśmiesza. Mówię do Hanny.: – On chyba naprawdę był głuchy… Nagle ta muzyka zaczęła mnie drażnić nadętym patosem, sentymentalnym zadęciem; była za blisko uczuć, zderzyła się z moimi uczuciami i nie licowało w danej chwili. Stąd zgrzyt. Czyżbym już nie mógł zdzierżyć Beethovena, czy jego czas minął, jak Eltona Johna, którego pewnego dnia nie mogłem już słuchać ani przez minutę? Co mnie tak nagle rozdrażniło? Może zbyt wyraźnie widoczne uczuciowe szwy tej muzyki. Romantyczne, nadęte oszustwo.  Przeskoczyłem na Mozarta. Z Mozartem wszystko w porządku. Wróciłem do Beethovena. Tym razem Imperator, Koncert fortepianowy. I tu już było ok. Tam zawsze cudowne Adagio un Poco Mosso.  Może więc to tylko te jego symfonie, za bardzo napuszone, napchane współczesnością kompozytora, jak Eroica, gdzie Ludwig wybzdurał sobie pompatyczny hołd dla Bonapartego?

Chyba niedobrze dla twórcy jak zaczyna za szybko przetwarzać na sztukę uczucia. Mozart abstrahował od uczuć, potrafił wydzielić się z samego siebie, stawał się idealnym medium, przekaźnikiem, instrumentem. Jego muzyka jest doskonale asemantyczna, odległość podmiotu, który tworzył od samego dzieła jest taka daleka, że zupełnie nie można się domyśleć, czy Wolfganga Amadeusza  gryzła w tyłek pchła, kiedy komponował Arię Królowej Nocy. W romantyźmie, którego Beethoven jest niby omen prioprius ta odległość ulega zmniejszeniu.  Uczucia zostają zaprzęgane prawie natychmiast do roboty i tu Beethoven bardziej jest uczniem uczuciowo, empatycznego sentymentalizmu (Dla Elizy, Sonata Księżycowa, V symfonia) niż buntowniczego romantyzmu (Wielka fuga, Kwartety smyczkowe).

I tyle rozmyślań przy kawie.

Ławeczka c.d.

portrait-of-women-gustav-klimt

Niewidoma była ubrana w ciemnozielony trencz, dżinsy i wysokie jasnozielone modne kalosze. Mimo, że podtrzymywana przez siostrę, omiatała drogę przed sobą białą, cienką teleskopową laseczką używaną przez niewidomych. Jej jasne włosy były rozpuszczone i opadały swobodnie na ramiona. Oczy zasłoniła ciemnymi okularami o obszernych szkłach zasłaniających większość twarzy, która jak zwykle sprawiała wrażenie pogodnej. Kreska delikatnego uśmiechu rysowała się na jej pięknie zarysowanych  ustach pomalowanych czerwoną pomadką.

Jej siostra miała na sobie modną jaskrawoniebieską pikowaną kurtkę, czarne dżinsy i jesienne skórzane kozaczki na zamek. Szły wolno, ale poruszały się elegancko. „ Idą, jakby tańczyły”- przebiegło mi przez myśl. A chwilę później: „Kobiety Klimta”.

Usiadłem na ławce przy klombie. Kobiety przeszły, a raczej przepłynęły alejką . Głupio mi było gapić się na nie bez przerwy, więc rzucałem na nie okiem, a potem przez chwilę patrzyłem w innym kierunku. Usiadły na mojej ławeczce przy łabędziach i zaczęły rzucać kawałeczki bułki do wody. Wszystkie ptaki przypłynęły do unoszących się na zielonkawej powierzchni stawu kulek pieczywa. Kobiety wyciągały ze środka miąższ i zanim wyrzucały pokarm, długo formowały go w palcach. Prawie wcale ze sobą nie rozmawiały. Czasami padały jakieś pojedyncze słowa, czego domyślałem się po ruchu warg. Promienie słońca schowanego za koronami drzew rozświetlały liście nasycając barwy do ich najbardziej jaskrawych odcieni. Pomiędzy widlasto rozchodzącymi się alejkami stał kilkusetletni dąb. Jego liście od południowej strony miały kolor  złocisto-szafranowy, od północnej różne odcienie brązu od ciemnego burgunda, poprzez szarobrunatny do barwy minii. Miałem wrażenie, jakby rozłożyste drzewo uwięziło słońce tylko dla siebie. Jednak zmieniający położenie cień pnia mówił o tym, że ten jesienny romans i niedługo się skończy, a słońce wyplątawszy się z barwnej pułapki podąży dalej swoja drogą.

Jedna z sióstr, niewidoma, oparła swoją laseczkę o ławkę i zdjęła swój malachitowy jesienny płaszcz. Przewiesiła go przez oparcie, odchyliła głowę do tyłu i wyprostowała nogi. Druga z kobiet siedziała wyprostowana, jakby spięta z dłońmi schowanymi w kieszeni kurtki.

Ławeczka

 Hania 2016-07-29 d

Ławeczka

                               Albowiem piękno jest tylko

                               przerażenia początkiem, który jeszcze znosimy

                               z takim podziwem, gdyż beznamiętnie pogardza

                               naszym unicestwieniem.

                               Rilke.

Zawsze w październiku chodziłem do parku i siadałem na ławeczce, z której miałem dobry widok na pałac, aleję różaną i staw z łabędziami.

            W parku nie było zbyt wielu spacerowiczów. Czasami przeszła jakaś parka, czasami rodzinka z wózkiem, z jednym albo dwójką biegnących w dziecinny sposób, przeskakujących z nogi na nogę brzdąców.

            Chłonąłem spokój jesieni. Październikowe światło o konsystencji mgiełki rozlewało się po parku jak mleko. Światło jesieni jest zupełnie inne od ostrego światła lata – nagiego i surowego; miękkie jakby puszyste, rozproszone. Mgiełkowate i powabne. Najkrócej można powiedzieć, że powietrze wygląda tak, jakby ktoś rozpylił aerozol.

            Często myślałem: światło omdlewa, usuwa się, robiąc coraz więcej miejsca nocy, ciemności, czerni.

            Siedziałem prawie każdego dnia na ławeczce półtorej do dwóch godzin. Czasami czytałem, ale przeważnie nic nie robiłem, pozwalając czasowi przenikać przeze mnie, przez skórę jak przez sito i głęboko oddychałem. Wciagałe powietrze aż do brzucha i liczyłem oddechy. Po stu takich haustach całkowicie się uspokajałem, opadał ze mnie zgiełk świata jak ostatnie igły ze świerka przed zimą. Wtedy przymykałem oczy i chłonąłem świat, dawałem mu przystęp do siebie. Oczy otwierały się na barwy, na ciemną zieleń traw, na srebrzystą korę buków od południowej strony, na omszałą zieleń od północnej; na rdzawą rudość wiewiórek wspinających się po żołędzie; na przybrudzoną biel łabędzich piór; ceglasto-amarantową barwę elewacji barokowego pałacu.

            W pierwszych dniach października na kilka dni powróciło lato. Zrobiło się bardzo ciepło jak w lipcu. Lato tego roku nie było udane, zimne i deszczowe, więc ta rekompensata ucieszyła mnie i spotęgowała przyjemność przebywania na mojej ławeczce.

            Pewnego dnia moją uwagę zaintrygowały dwie kobiety, które przyszły zapewne tak jak ja pozbierać w parku te okruchy lata. Zauważyłem je z daleka i od razu przykuły moją uwagę. Zbliżały się powoli od wejścia przy grobli nieopodal pałacu. Jedna siedziała na wózku inwalidzkim, druga pchała ją po parkowych alejkach. Przeszły obok mnie powoli, tak, że zdążyłem im się dokładnie przyjrzeć. Mimo, że obie miały słoneczne okulary, bez trudu domyśliłem się, że są siostrami. Obie były bardzo ładne, mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że były piękne. Ta na wózku, była blondynką z rozpuszczonymi włosami do ramion, o wyrazistych rysach twarzy, z których emanowała łagodność. Nie mogłem oczywiście domyślić się od razy przyczyny niedyspozycji, czy kalectwa; ale mimo tego jej oblicze nie wyrażało bólu czy, rozczarowania swoim stanem. Była ubrana w kolorową sukienkę i sweterek w pastelowych barwach. Siedziała spokojnie i niewiele się rozglądała, jej twarz skierowana była prawie czas w jedną stronę, przed siebie, jakby niewiele ją interesowało z tego, co znajduję się wokół niej i obserwowała tylko drogę przed sobą – alejkę wysypaną żwirem. Ta prowadząca wózek była szatynką i miała włosy upięte w kok. Mimo że bardzo podobna do siostry, (tego byłem pewien niemal w stu procentach, że łączą je więzy krwi, kiedy znalazły się na mojej wysokości i mogłem im się przyjrzeć z bliska), różniła się od niej rysami twarzy napiętymi, bardziej surowymi, wyrażającymi stanowczość. Kiedy przeszły, długo jeszcze na nie patrzałem, aż zniknęły za zakrętem. Przez chwilę zastanawiałem się, czy będą wracały tą samą drogą. Miałem ochotę jeszcze raz im się przyjrzeć. Obie miały niewiele ponad czterdzieści lat. Ich dojrzałe piękno wywarło na mnie duże wrażenie i naruszyło spokój, którego tutaj szukałem, rozproszyło uwagę. Zapaliłem papierosa. W parku panował spokój, była wpół do dwunastej przed południem. Odgłosy wrzącego życia nie docierały tutaj. Park znajdował się na obrzeżach miasta. Praktycznie rzecz biorąc łączył się z lasem, który zamykał granice miasta od południa. Słońce przesuwało się nisko i powoli, chowając się za koronami drzew. Minęło może z piętnaście, dwadzieścia minut, kiedy zauważyłem, że kobiety wracają. Ale teraz obie szły obok siebie. Nie było już wózka. Zmierzały powoli znów w moim kierunku, trzymając się pod ramię. Ta o jasnych włosach szła niepewnie i to raczej ona potrzebowała ramienia siostry. Jej głowa nadal była nieruchoma. Patrzała tylko przed siebie i kiedy znalazły się na łuku ścieżki, a ta druga, szatynka lekko odciągnęła  siostrę od krawężnika, domyśliłem się, że ona po prostu nie widzi. Zatrzymały się przy stawie z łabędziami. Chwilę rozmawiały o czymś nerwowo, a potem znowu przeszły wolnym krokiem przede mną.

            Odprowadziłem je wzrokiem aż do wyjścia z parku. Skręciły w prawo, pewnie w stronę parkingu przy pałacu. Nie widziałem ich potem przez tydzień, przez kilka kolejnych dni padało i nie wychodziłem z domu. Rano pisałem, a wieczorem czytałem. Na stoliku przy łóżku zawsze leżało kilka książek z założonymi między kartkami zakładkami. W taki sposób czytam. Znajduję w jednej książce jakiś wątek myślowy, szukam pozycji, do której ten wątek prowadzi i tak dalej, aż na biurku piętrzy się stos ksiąg, dopóki nie wyczerpię intrygującego mnie zagadnienia. Kiedy odkładałem czytanie albo pracę, piłem kawę i paliłem. Lało porządnie. Nie wychylałem nosa z mieszkania. Czasami z dołu wpadał mój gospodarz i gawędziliśmy. Przynosił najświeższe wiadomości z miasta, czyli właściwie nic ciekawego. Tam zapchana studzienka odpływowa, zalało chodnik i kawiarnię w suterynie przy Sobieskiego, gdzie indziej spadła gałąź, ale nikomu nic się nie stało. Czasami przychodził i mówił: „wiesz, kto nie żyje”, ja na to: „kto?”. On siadał w fotelu, chwilę milczał i potem, nie patrząc mi w oczy mówił: „ ten i ten, na pewno go znałeś”. Zawsze odpowiadałem, że znałem, nawet jak nie miałem pojęcia, o kogo chodzi. Nie chciałem w jego oczach uchodzić za ignoranta, zamkniętego w sobie snoba. Lustrował stosy książek i kartki rękopisów leżące na biurku. Wiedział, że piszę, ale nie zdawał sobie sprawy, co. Nie chciał i nie miał ochoty w to wnikać. Mówił, że w życiu przeczytał tylko jedną książkę: „Hrabiego Monte Krysto…”, i że nie pamięta treści, kiedy próbowałem go o to zagadnąć. Za to cały dzień, kiedy siedział u siebie w kuchni na dole, oglądał wszystkie seriale, opery mydlane i inne takie wytwory telewizora. Żył z wynajmu i renty inwalidzkiej na powykręcane podagrą palce. Miałem wrażenie, że nigdy nie trzeźwiał. Namawiał mnie na „kielicha” często, ale po kilkunastu odmowach dał sobie spokój. „Jesteś dziwny” powiedział raz i dał mi spokój. I tak obaj nurzaliśmy się w swojej mizantropii, on na dole, ja na piętrze.

            Krople spływały po szybach, a ja myślałem o tych dwóch kobietach. Zaintrygowała mnie nie tylko ich uroda. Czułem, że w ich zawziętym milczeniu, wyniosłej obojętności tej na wózku, nieustannym zakłopotaniu jej siostry kryje się jakaś tajemnica ich relacji, być może bolesna i rzucająca cień na ich stosunki.

            Kiedy zaczynałem o nich myśleć, przypominała mi się strofka Irlandczyka:

                        „Dzień się pomału ku nocy słania,

                        W oknach otwartych na popołudnie dwie kobiety,

                        Obie piękne, jedna jak łania”

            W sobotę przestało padać i wyszło słońce. Ale nie było już tak ciepło jak kilka dni temu. Zjadłem śniadanie, wypiłem kawę, zapaliłem i zacząłem sie szykować do mojego codziennego spaceru. Gospodarz złapał mnie na schodach. Odór alkoholu dotarł już na górę pod moje drzwi. Stary stał na dole i wygladał na dwór przez szybkę w drzwiach. Kiedy usłyszał kroki, odwrócił się. Oczy mu błyszczały od wódki.

            – O, pan Piotruś… dzisiaj w końcu spacerek.

            – Dzień dobry – odpowiedziałem mu omijając jego oddech – w końcu trzeba nabrać powietrza w płuca po tylu dniach siedzenia w domu.

            – A pewnie, pewnie. Ja mam też dzisiaj sprawy na mieście. Muszę iść do ZUS-u i zrobić jakieś zakupy. Może i dla pana coś kupić?

            – Nie, dziękuję, sam sobie coś tam kupię na mieście – odpowiedziałem uprzejmie. Stary usunął mi się z drogi, przekręcił zamek w drzwiach, a ja wyszedłem w końcu na powietrze.

            Park wyglądał po deszczach ponuro. Trawa zległa i zrobiła się ciemnozielona, drzewa już na dobre pozbyły się liści, a na tych, które jeszcze trzymały się gałęzi błyszczały w promieniach słońca krople wody po ostatnich opadach. Przeszedłem wolnym krokiem wszystkie alejki. Nie spotkałem nikogo. Poczułem smutek zimnej jesieni. Nie wiem skąd i dlaczego usłyszałem w głowie muzykę, początek „Stabat Mater” Dworzaka. Dostojne, pełne żalu akordu dobrze układały się z obumierającą naturą. Nie siadałem na mokrej ławce przy stawie, okrążyłem klomb, na którym wiosną i latem rosły bratki i już miałem wracać, kiedy nagle zobaczyłem siostry. Szły powoli w moim kierunku, trzymając się pod rękę.

/cdn/

Lato 2016

6

Dusza z duszą, głowa z głową, serce z sercem, oko z okiem
Wzniosą się w tę błękitną przestrzeń ponad chmurami
Tam gdzie kłopoty umierają
A łzy schną
kierując się ku zachodowi i wspinając się na to miejsce
gdzie słońce nigdy nie przestaje świecić
Deszcz jest pod nami…..