Beethoven przy kawie

Przy niedzielnej, popołudniowej kawie słuchamy V symfonii Beethovena. I nagle szok. Muzyka brzmi jakoś topornie i tą topornością mnie rozśmiesza. Mówię do Hanny.: – On chyba naprawdę był głuchy… Nagle ta muzyka zaczęła mnie drażnić nadętym patosem, sentymentalnym zadęciem; była za blisko uczuć, zderzyła się z moimi uczuciami i nie licowało w danej chwili. Stąd zgrzyt. Czyżbym już nie mógł zdzierżyć Beethovena, czy jego czas minął, jak Eltona Johna, którego pewnego dnia nie mogłem już słuchać ani przez minutę? Co mnie tak nagle rozdrażniło? Może zbyt wyraźnie widoczne uczuciowe szwy tej muzyki. Romantyczne, nadęte oszustwo.  Przeskoczyłem na Mozarta. Z Mozartem wszystko w porządku. Wróciłem do Beethovena. Tym razem Imperator, Koncert fortepianowy. I tu już było ok. Tam zawsze cudowne Adagio un Poco Mosso.  Może więc to tylko te jego symfonie, za bardzo napuszone, napchane współczesnością kompozytora, jak Eroica, gdzie Ludwig wybzdurał sobie pompatyczny hołd dla Bonapartego?

Chyba niedobrze dla twórcy jak zaczyna za szybko przetwarzać na sztukę uczucia. Mozart abstrahował od uczuć, potrafił wydzielić się z samego siebie, stawał się idealnym medium, przekaźnikiem, instrumentem. Jego muzyka jest doskonale asemantyczna, odległość podmiotu, który tworzył od samego dzieła jest taka daleka, że zupełnie nie można się domyśleć, czy Wolfganga Amadeusza  gryzła w tyłek pchła, kiedy komponował Arię Królowej Nocy. W romantyźmie, którego Beethoven jest niby omen prioprius ta odległość ulega zmniejszeniu.  Uczucia zostają zaprzęgane prawie natychmiast do roboty i tu Beethoven bardziej jest uczniem uczuciowo, empatycznego sentymentalizmu (Dla Elizy, Sonata Księżycowa, V symfonia) niż buntowniczego romantyzmu (Wielka fuga, Kwartety smyczkowe).

I tyle rozmyślań przy kawie.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.