Ławeczka

 Hania 2016-07-29 d

Ławeczka

                               Albowiem piękno jest tylko

                               przerażenia początkiem, który jeszcze znosimy

                               z takim podziwem, gdyż beznamiętnie pogardza

                               naszym unicestwieniem.

                               Rilke.

Zawsze w październiku chodziłem do parku i siadałem na ławeczce, z której miałem dobry widok na pałac, aleję różaną i staw z łabędziami.

            W parku nie było zbyt wielu spacerowiczów. Czasami przeszła jakaś parka, czasami rodzinka z wózkiem, z jednym albo dwójką biegnących w dziecinny sposób, przeskakujących z nogi na nogę brzdąców.

            Chłonąłem spokój jesieni. Październikowe światło o konsystencji mgiełki rozlewało się po parku jak mleko. Światło jesieni jest zupełnie inne od ostrego światła lata – nagiego i surowego; miękkie jakby puszyste, rozproszone. Mgiełkowate i powabne. Najkrócej można powiedzieć, że powietrze wygląda tak, jakby ktoś rozpylił aerozol.

            Często myślałem: światło omdlewa, usuwa się, robiąc coraz więcej miejsca nocy, ciemności, czerni.

            Siedziałem prawie każdego dnia na ławeczce półtorej do dwóch godzin. Czasami czytałem, ale przeważnie nic nie robiłem, pozwalając czasowi przenikać przeze mnie, przez skórę jak przez sito i głęboko oddychałem. Wciagałe powietrze aż do brzucha i liczyłem oddechy. Po stu takich haustach całkowicie się uspokajałem, opadał ze mnie zgiełk świata jak ostatnie igły ze świerka przed zimą. Wtedy przymykałem oczy i chłonąłem świat, dawałem mu przystęp do siebie. Oczy otwierały się na barwy, na ciemną zieleń traw, na srebrzystą korę buków od południowej strony, na omszałą zieleń od północnej; na rdzawą rudość wiewiórek wspinających się po żołędzie; na przybrudzoną biel łabędzich piór; ceglasto-amarantową barwę elewacji barokowego pałacu.

            W pierwszych dniach października na kilka dni powróciło lato. Zrobiło się bardzo ciepło jak w lipcu. Lato tego roku nie było udane, zimne i deszczowe, więc ta rekompensata ucieszyła mnie i spotęgowała przyjemność przebywania na mojej ławeczce.

            Pewnego dnia moją uwagę zaintrygowały dwie kobiety, które przyszły zapewne tak jak ja pozbierać w parku te okruchy lata. Zauważyłem je z daleka i od razu przykuły moją uwagę. Zbliżały się powoli od wejścia przy grobli nieopodal pałacu. Jedna siedziała na wózku inwalidzkim, druga pchała ją po parkowych alejkach. Przeszły obok mnie powoli, tak, że zdążyłem im się dokładnie przyjrzeć. Mimo, że obie miały słoneczne okulary, bez trudu domyśliłem się, że są siostrami. Obie były bardzo ładne, mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że były piękne. Ta na wózku, była blondynką z rozpuszczonymi włosami do ramion, o wyrazistych rysach twarzy, z których emanowała łagodność. Nie mogłem oczywiście domyślić się od razy przyczyny niedyspozycji, czy kalectwa; ale mimo tego jej oblicze nie wyrażało bólu czy, rozczarowania swoim stanem. Była ubrana w kolorową sukienkę i sweterek w pastelowych barwach. Siedziała spokojnie i niewiele się rozglądała, jej twarz skierowana była prawie czas w jedną stronę, przed siebie, jakby niewiele ją interesowało z tego, co znajduję się wokół niej i obserwowała tylko drogę przed sobą – alejkę wysypaną żwirem. Ta prowadząca wózek była szatynką i miała włosy upięte w kok. Mimo że bardzo podobna do siostry, (tego byłem pewien niemal w stu procentach, że łączą je więzy krwi, kiedy znalazły się na mojej wysokości i mogłem im się przyjrzeć z bliska), różniła się od niej rysami twarzy napiętymi, bardziej surowymi, wyrażającymi stanowczość. Kiedy przeszły, długo jeszcze na nie patrzałem, aż zniknęły za zakrętem. Przez chwilę zastanawiałem się, czy będą wracały tą samą drogą. Miałem ochotę jeszcze raz im się przyjrzeć. Obie miały niewiele ponad czterdzieści lat. Ich dojrzałe piękno wywarło na mnie duże wrażenie i naruszyło spokój, którego tutaj szukałem, rozproszyło uwagę. Zapaliłem papierosa. W parku panował spokój, była wpół do dwunastej przed południem. Odgłosy wrzącego życia nie docierały tutaj. Park znajdował się na obrzeżach miasta. Praktycznie rzecz biorąc łączył się z lasem, który zamykał granice miasta od południa. Słońce przesuwało się nisko i powoli, chowając się za koronami drzew. Minęło może z piętnaście, dwadzieścia minut, kiedy zauważyłem, że kobiety wracają. Ale teraz obie szły obok siebie. Nie było już wózka. Zmierzały powoli znów w moim kierunku, trzymając się pod ramię. Ta o jasnych włosach szła niepewnie i to raczej ona potrzebowała ramienia siostry. Jej głowa nadal była nieruchoma. Patrzała tylko przed siebie i kiedy znalazły się na łuku ścieżki, a ta druga, szatynka lekko odciągnęła  siostrę od krawężnika, domyśliłem się, że ona po prostu nie widzi. Zatrzymały się przy stawie z łabędziami. Chwilę rozmawiały o czymś nerwowo, a potem znowu przeszły wolnym krokiem przede mną.

            Odprowadziłem je wzrokiem aż do wyjścia z parku. Skręciły w prawo, pewnie w stronę parkingu przy pałacu. Nie widziałem ich potem przez tydzień, przez kilka kolejnych dni padało i nie wychodziłem z domu. Rano pisałem, a wieczorem czytałem. Na stoliku przy łóżku zawsze leżało kilka książek z założonymi między kartkami zakładkami. W taki sposób czytam. Znajduję w jednej książce jakiś wątek myślowy, szukam pozycji, do której ten wątek prowadzi i tak dalej, aż na biurku piętrzy się stos ksiąg, dopóki nie wyczerpię intrygującego mnie zagadnienia. Kiedy odkładałem czytanie albo pracę, piłem kawę i paliłem. Lało porządnie. Nie wychylałem nosa z mieszkania. Czasami z dołu wpadał mój gospodarz i gawędziliśmy. Przynosił najświeższe wiadomości z miasta, czyli właściwie nic ciekawego. Tam zapchana studzienka odpływowa, zalało chodnik i kawiarnię w suterynie przy Sobieskiego, gdzie indziej spadła gałąź, ale nikomu nic się nie stało. Czasami przychodził i mówił: „wiesz, kto nie żyje”, ja na to: „kto?”. On siadał w fotelu, chwilę milczał i potem, nie patrząc mi w oczy mówił: „ ten i ten, na pewno go znałeś”. Zawsze odpowiadałem, że znałem, nawet jak nie miałem pojęcia, o kogo chodzi. Nie chciałem w jego oczach uchodzić za ignoranta, zamkniętego w sobie snoba. Lustrował stosy książek i kartki rękopisów leżące na biurku. Wiedział, że piszę, ale nie zdawał sobie sprawy, co. Nie chciał i nie miał ochoty w to wnikać. Mówił, że w życiu przeczytał tylko jedną książkę: „Hrabiego Monte Krysto…”, i że nie pamięta treści, kiedy próbowałem go o to zagadnąć. Za to cały dzień, kiedy siedział u siebie w kuchni na dole, oglądał wszystkie seriale, opery mydlane i inne takie wytwory telewizora. Żył z wynajmu i renty inwalidzkiej na powykręcane podagrą palce. Miałem wrażenie, że nigdy nie trzeźwiał. Namawiał mnie na „kielicha” często, ale po kilkunastu odmowach dał sobie spokój. „Jesteś dziwny” powiedział raz i dał mi spokój. I tak obaj nurzaliśmy się w swojej mizantropii, on na dole, ja na piętrze.

            Krople spływały po szybach, a ja myślałem o tych dwóch kobietach. Zaintrygowała mnie nie tylko ich uroda. Czułem, że w ich zawziętym milczeniu, wyniosłej obojętności tej na wózku, nieustannym zakłopotaniu jej siostry kryje się jakaś tajemnica ich relacji, być może bolesna i rzucająca cień na ich stosunki.

            Kiedy zaczynałem o nich myśleć, przypominała mi się strofka Irlandczyka:

                        „Dzień się pomału ku nocy słania,

                        W oknach otwartych na popołudnie dwie kobiety,

                        Obie piękne, jedna jak łania”

            W sobotę przestało padać i wyszło słońce. Ale nie było już tak ciepło jak kilka dni temu. Zjadłem śniadanie, wypiłem kawę, zapaliłem i zacząłem sie szykować do mojego codziennego spaceru. Gospodarz złapał mnie na schodach. Odór alkoholu dotarł już na górę pod moje drzwi. Stary stał na dole i wygladał na dwór przez szybkę w drzwiach. Kiedy usłyszał kroki, odwrócił się. Oczy mu błyszczały od wódki.

            – O, pan Piotruś… dzisiaj w końcu spacerek.

            – Dzień dobry – odpowiedziałem mu omijając jego oddech – w końcu trzeba nabrać powietrza w płuca po tylu dniach siedzenia w domu.

            – A pewnie, pewnie. Ja mam też dzisiaj sprawy na mieście. Muszę iść do ZUS-u i zrobić jakieś zakupy. Może i dla pana coś kupić?

            – Nie, dziękuję, sam sobie coś tam kupię na mieście – odpowiedziałem uprzejmie. Stary usunął mi się z drogi, przekręcił zamek w drzwiach, a ja wyszedłem w końcu na powietrze.

            Park wyglądał po deszczach ponuro. Trawa zległa i zrobiła się ciemnozielona, drzewa już na dobre pozbyły się liści, a na tych, które jeszcze trzymały się gałęzi błyszczały w promieniach słońca krople wody po ostatnich opadach. Przeszedłem wolnym krokiem wszystkie alejki. Nie spotkałem nikogo. Poczułem smutek zimnej jesieni. Nie wiem skąd i dlaczego usłyszałem w głowie muzykę, początek „Stabat Mater” Dworzaka. Dostojne, pełne żalu akordu dobrze układały się z obumierającą naturą. Nie siadałem na mokrej ławce przy stawie, okrążyłem klomb, na którym wiosną i latem rosły bratki i już miałem wracać, kiedy nagle zobaczyłem siostry. Szły powoli w moim kierunku, trzymając się pod rękę.

/cdn/

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.