Hanna

20160518_194043

Wszystko pomiędzy nami było tamtej jesieni jakby last minute. Podany mi w ostatniej chwili numer telefonu, wizyta w tawernie ostatniego dnia. Pierwsze spotkanie zupełnie przypadkowe, kiedy stałaś oparta o ścianę tego nadmorskiego baru, a ja czekałem, kiedy ściągniesz okulary, żebym mógł zobaczyć Twoją całą twarz i oczy. – Ładna – pomyślałem, kiedy słoneczne okulary odsłoniły Twoje oblicze. Regularne rysy twarzy i piękne usta… i jakaś emanująca pogoda. I głos, trochę inny niż przez telefon, ale taki charakterystyczny i ciepły, asamitny.
Wzruszyło mnie, kiedy pytałaś o Turgieniewa, a bibliotekarka nie umiała znaleźć dla Ciebie Wiosennych wód, bo nie wiedziała, w jakim tomie dzieł zebranych ich szukać… i później to spotkanie w Sopocie, kiedy wiozłem dla Ciebie tę książkę, a Ty dałaś mi specjalną kartkę wykonaną przez ciebie dla mojej córeczki.
- Nie lubię swojego imienia – powiedziaś, kiedy siedzieliśmy w restauracji, a ja cytowałem Ci fraszki Kochanowskiego do Hanny, żebyś te imię polubiła. Siedziałaś do mnie bokiem, a ja miałem ochotę wsunąć dłoń w Twoje włosy. Myślałem, że nie ma już kobiet, z którymi można rozmawiać o Kunderze, Mozarcie. Tylko jesień mogła być tłem dla naszego uczucia. Nie maj, nie lipiec, ale tylko październik. Myślałem o Tobie: jesienna dziewczyna i z każdym dniem coraz śmielej myślałem o Tobie: moja.
I tkwiąca w Tobie wciąż gotowość do uczucia, brak wyrachowania, które teraz rządzi wszystkim. Kto chce kochać, musi rzucić serce za przeszkodę i skoczyć. Nie ma innej drogi.
I pod koniec magicznego dnia całowaliśmy sie na przystanku autobusowym, w biały dzień, wśród ludzi, jakby świat nie istniał… Moja H.