Józef

Wiersz Józef doczekał się w maju konfrontacji z publicznością na żywo. Sądząc z komentarzy i mojego wrażenia podczas czytania tego tekstu, jego przesłanie jest prawie zupełnie nieczytelne u wielu słuchaczy, którym brakuje bazy, czy jako takiej wiedzy historyczno – kulturowej. W pewnym momencie sam zwątpiłem w sens tego, co napisałem i przez pół nocy zastanawiałem się, czy w tym wierszu rzeczywiście znajdują się jakieś pokłady godne odkrycia. Tak się zamotałem, że w pewnej chwili nie byłem pewien, o co mi samemu chodziło. Poczułem coś w rodzaju zażenowania, jak ktoś, kto ubrał się w nieodpowiednie spodnie i buty z niemodnym noskiem; wszedł na salony i poczuł na sobie wzrok obecnych, wzrok który mówił: to co, że spodnie z dobrego materiału i buty z niezłej skóry, ale ubiór nie pasuje do sytuacji i czasów. Dzisiaj trzeba głupiej i pospoliciej.
Wiersz Józef odnosi się do postaci Józefa z Arymatei, postaci z czasów Jezusa, świadka jego męki; człowieka, który wykazał się tym co dzisiaj nazywamy empatią, czyli nieegoistycznym gestem skierowanym w stronę bliźniego. W sumie nie wiemy wiele o tej postaci, oprócz tego, że był członkiem Sanhedrynu, wysokiej Rady Żydowskiej, człowiekiem zamożnym. Wyimaginowałem sobie, że Józef uczestniczył w spotkaniach Jezusa z ubogim ludem nad jeziorem Genezaret ( w wierszu Kinneret), i że został przymuszony do zdawania relacji z tego, co usłyszy. Pomyślałem, że któryś z kapłanów zastosował w stosunku do Józefa chytrą manipulację, która mogła odnieść odwrotny skutek – Rozsądź w swoim sercu… Skierowanie do kogoś słów, żeby o czymś sądził w sercu jest odwołaniem się do najwyższej instancji, która w nas samych bezbłędnie rozpoznaje dobro i zło, prawdę i nieprawdę, fałsz i szczerość. Tą instancją jest miłość. (Przypomina mi się, nota bene, przysięga na prawdę z mojego dzieciństwa: trzy palce na sercu…)
Józef wobec takich słów musiał dokonać wyboru, tego, co było dla niego w tamtej chwili najważniejsze. Uwiedziony miłośnie słowami Jezusa zdecydował się na całkowitą przemianę wewnątrz samego siebie, na zmianę o sto osiemdziesiąt stopni. Józef interesował mnie jako neofita, czyli ktoś, kto zmienia wiarę, porzuca nagle wszystko, w to co wierzył… i co najważniejsze w tym wypadku, zdecydowały same słowa, które miały dla Józefa większe znaczenie niż świątynie z kamienia, podejrzewam, że również pieniądze, władza i zaszczyty (stąd w wierszu słowa: ulam, hekam, debir – elementy świątyń Jerozolimskich).
Kiedy usłyszał pełne nienawiści krzyki z ulicy podczas tragicznej drogi Chrystusa, poczuł zwierzęcy lęk, paniczny strach, które potem zmieniają się, jak to często albo rzadko bywa… w odwagę. Heraklit mówił, że w świecie ducha wszystko zmierza ku swoim przeciwieństwom. Tak rodzi się odwaga. Ze strachu. Tylko ludzie, którzy zaznali strachu, są zdolni do odwagi, do czynów pełnych niewyobrażalnego poświęcenia.
Zawsze starałem się dowiercić istoty odwiecznego nienawistnego sporu pomiędzy Judaizmem a Chrześcijaństwem. Teraz rozumiem organiczną nienawiść ówczesnych Żydów do Chrystusa. Nic tak nie boli, jak uderzenie w skostniałą, konformistyczną formę, tym bardziej religijną. Przecież Chrześcijaństwo wzięło sobie łacinę jako język liturgii na wieki, język wrogów i ciemiężców tamtej Palestyny, co jeszcze dolało oliwy do ognia.
Do czego piję w tym wierszu? Oczywiście do współczesności. Rozmemłanej, bezideowej. Powiedz dzisiaj, że istnieje obiektywna Prawda, to ci się roześmieją w twarz. Prawda jest dzisiaj jak dziura w tyłku… każdy ma swoją. Brakuje mi dzisiaj odwagi. Urzędnicy drżący o swój stołek, sprzedajni dziennikarze, politycy na usługach.
Jeszcze jedno. To skąd się wzięła odwaga Józefa nie należy rozpatrywać w kategoriach psychologicznych. Fragment w wierszu: i czegoś tam jeszcze/ trudnego do nazwania, eufemistycznie strywializowane przeze mnie dotyczy, trudnego do logicznej klasyfikacji działania Ducha Świętego – vide, np cassus Św. Pawła… Spiritus flat ubi vult.
To tyle.

Józef

Chadzał nad jezioro
Przebrany w liche szaty.
Kazano mu słuchać
Tego, który buntuje lud.
Niedawno pogrzebał ojca
I nie mógł otrząsnąć się z nocy.
Mrok wlał się w jego krew.
Też zaczął szykować się do drogi.
Wykuwał w skale własny grób.
Wchodził do środka,
Ale w cieniu wciąż
Spijał słodycz światła.

II
Idź, posłuchaj nieprawego słowa,
Mówił arcykapłan
I rozsądź w swoim sercu.
Czaple i rybołowy krążyły nad Kinneret
I słońce kąpało się w drobnych falach.
Siedział wśród takich,
Którymi nauczył się pogardzać
I wciąż odwracał głowę
Od zapachu ich ciał.
Zawsze wiedział, co myślą.
Chcieliby zjeść więcej,
Niż mogą pomieścić ich usta.
Chcieliby sądzić o tym,
Czego nie rozumieją.
I woleliby przebywać w niebie marzeń oczekujących na spełnienie
Niż plewić ziemskie cmentarze niespełnionych oczekiwań.

III

Tamten człowiek usiadł jak inni,
Mówił spokojnie, jak do dzieci.
A stary nagle pomyślał,
Że mógłby się mylić
We wszystkim,
Co wiedział przedtem
I że wcale go
To nie martwi

IV

Odszedł pełen niepokoju.
Prawda?… Nawet przeciwko sobie?
Ale musiał wrócić do miasta,
Zdać relację, stanąć
Po właściwej stronie…
I jak to tak?
I jak to tak?
Świątynia bez ścian,
bez ulam, bez hekam, bez debir?
Ze samych słów,
ze samych słów?

Przed bramami miasta
Dudniło mu w uszach:
Słowo, które padnie
Na skałę…

V

Kiedy słyszał na ulicach
Krzyki i obelgi,
Zamknął się w domu.
Po prostu się bał.
Poczuł znowu ten zwierzęcy lęk
Przed światem i ludźmi.
Zrobią wszystko, co zechcą,
Nic ich nie powstrzyma.
Zawsze to samo:
Płaszczenie się, wygoda, uległość,
Prawomyślna, tchórzliwa lojalność.

Aż lęk zmienił się w gniew i odwagę.
Tylko ten może mieć rację,
Kto jest sam przeciwko wszystkim.

Wyszedł z domu,
Wmieszał się w tłum.
Patrzył. Jeszcze nie wiedział, że
Z tumanów kurzu, wrzasków nienawiści,
Zapachu krwi i czegoś tam jeszcze,
Trudnego do nazwania
Wzbierze fala.
A odrzucony szczep
Przyjmie się hymnicznie się w języku wroga
A fructibus eorum cognoscetis eos