Godzilla, dziewczynka i smutek

Codziennie jestem blisko tego budynku. Stojac u jego podnóża, zauważam jego absolutną brzydotę i brak jakiejkolwiek formy, odniesienia do jakiegoś stylu, ciemnoszare bezkształcie. Jakby to coś wypełzło z morza albo jeszcze lepiej zostało wyplute przez Lewiatana w postaci bezkształtnej pulpy i rosło samo dla siebie jak jakieś koszmarne drożdże. Ale dobrze. To symbol czasów. Nikogo to właściwie nie drażni, nie prowokuje do sprzeciwu intelektualno-estetycznego. Bo któż by się żachnął, jak wszyscy już wypłukani, bez zęba zaczepno-krytycznego w stosunku do czegokolwiek. Cały świat jest albo masakra, albo super. Jakie jest więc Sea Towers w Gdyni? Właściwie jest super, ale może być masakra… Takie mam zasady, ale jak ci się nie podobają, mam też inne. Kogo obchodzi koszmarek architektoniczny nad Bałtykiem, skoro u większości ludzi rezonans estetyczny zawiera się pomiędzy słowami masakra i super. Tak sobie rozmyślam, paląc fajkę u stóp tego pałacu Saurona i czuję coś w rodzaju stracho-obrzydzenia.
A może to dobrze dobrany symbol Gdyni, najbrzydszego grodu z Trój Miasta. Miasta bez centrum, serca, rynku. Jakby budowniczym zabrakło wyobraźni. I tak miasto bez charakteru dostało symbol -Smutną Godzillę, która wyczłapała na brzeg i nie może się otrząsnąć z szarego błota.
Wieczorem jadę autobusem. Naprzeciwko mama z córeczką. W oczach dziewczynki głęboki smutek. Nie jest to ten chwilowy smutek dziecka, które nie dostało zabawki. Nie rozumiem tego smutku i jest mi żal dziewczynki. Jej dusza jest chora, a dzieciaki nie powinny mieć chorych dusz. Ale to też znak czasów. Dzieci wychowują się same. Bez ojców, czasami bez matek. Dzieci wychowuje laptop i smartfon. To chytry plan jakiegoś Saurona. Takie plany rodzą się z pojedynczego chuchnięcia i rozprzestrzeniają się jak gazy bojowe pod Ipres. Świat mówi nam każdego dnia: samotność twoim celem, smutek twoim stanem naturalnym. W autobusie prawie wszyscy nachyleni nad smartfonami. Jestem chyba ostatnim Mohikaninem, który lubi przyglądać sie ludziom. Dziewczynce robią się ciężkie powieki. Opiera główkę o szybę, ale mama mówi do niej, nie śpij. Uśmiecham się, patrząc w szybę. W głowie gra mi nagle Bach Z notatnika Anny Magdaleny. Piękno przychodzi z pomocą przeciwko brzydocie i smutkowi.

Wojciech Kass – Przestwór. Godziny

Nowy tom Wojciecha Kassa, czyli otwieranie Przestworu

Po lekturze najnowszego tomu Wojciecha Kassa „Przestwór. Godziny” zaczęła za mną podążać jakaś dręcząca swoją obrazoburczą śmiałością refleksja. Pomyślałem oto, że Wojciech Kass wbrew utartym schematom krytycznego myślenia jest coraz bardziej niedojrzały w tym, co pisze. I ta niedojrzałość nie jest bynajmniej czymś pejoratywnym, wręcz odwrotnie. Krytycy często mówią o coraz większej dojrzałości po lekturze kolejnego tomu jakiegoś poety. Zacząłem się zastanawiać, co to znaczy. Co chcą powiedzieć przez tę ewolucję poety w stronę dojrzałości. Czym jest poetycka dojrzałość? Czy tym samym, co dojrzałość życiowa albo rutynowa dojrzałość pracownika skręcającego auta na taśmie produkcyjnej? Kiedyś podczas spaceru z moja małą córeczką weszliśmy do centrum handlowego i ona powiedziała: Tatusiu, tylko nie idziemy na te zwykłe schody, idziemy na te latające. Bardzo mi się to spodobało. Latające schody. Nie, ruchome ale właśnie latające. Dziewięćdziesięciu ośmiu ludzi na stu powie: ruchome, dwoje natomiast, dziecko i poeta powiedzą: latające. Stąd właśnie ta refleksja. Czyż ewolucja duchowa poety, jej kierunek, wektor nie jest skierowany właśnie w przeciwną stronę niż wektor dojrzałości biologicznej, opieranie się jej, przeciwstawianie; szukanie takich zestawień słów, które nie funkcjonują na co dzień, nie są wypadkową dojrzałości, przyzwyczajenia? Kiedy najlepiej funkcjonuje geniusz poetyckiej wynalazczości? W oparach dojrzałej rutyny, czy naiwnej obrazoburczej dzięcinnej śmiałości?
Tak więc Kass jako poeta jawi mi się jako coraz bardziej niedojrzały, przez to lepszy, ciekawszy, bardziej zapładniający czytelnika, rozpalający jego wyobraźnię. Posłuchajmy:
Więc dobrze; do wsi wchodzi się
przez grab, aleję grabową, gęst gaj grabów?
a może przez cmentarz nagrobków
pni, które postawiła piła?

(Bądź uważniej)

Piła postawiła pnie… Tak tylko może odezwać się przewrotna poetycka naiwność najwyższej klasy. Jeżeli będziemy układać puzzle według nacięć na brzegach zawsze uzyskamy ten sam obraz. Jeśli jednak postąpimy jak dziecko i przestawimy tekturowe klocki, wciskając je trochę na siłę, (wbrew niezadowoleniu „dojrzałych”: którzy powiedzą, nie wolno tak robić) uzyskamy inny, zaskakujący nas samych i innych obraz, który będzie zasługiwał na miano odkrywczego. Czy poecie wolno to i tamto? Otóż jak najbardziej. Obraz poetycki nie może nudzić swoją przewidywalnością. Puzzle w ostateczności ułoży każdy, ale poecie nie wolno, jeśli nie chce umrzeć; ergo poeta powinien kierować wskazówkę swojego kompasu zawsze w przeciwną stronę niż dojrzałość oraz zawsze stawiać na odwagę, nawet jeśli tylko on sam na świecie w danej chwili miałby podżyrować efekty swojego językowego projektu.
Śledzę twórczość Kassa od lat dokładnie. Obserwuję kierunki jego poszukiwań, znam tereny jego poetyckiej eksploracji. Jeśli gdziekolwiek są skierowane wektory jego twórczego ruchu, to na pewno nie w kierunku dojrzałej stoickiej mądrości podszytej rezygnacją i brakiem energii, przejawiającej się skostnieniem poetyckiej formy, ustaleniem raz na zawsze gramatyki i struktury wiersza oraz ugrzęźnięciem w aforystycznym, dydaktycznym rezonerstwie oczekującym na nagrody i pomruki podziwu. Jeśli poeta staje się konformistą w tym , co pisze i jak żyje, może sobie pomału strugać deski, jak to potwierdza casus niektórych poetów współczesnych, którzy staniem na dwóch łapach przed pewnymi określonymi kręgami polityczno-społecznymi, starają się zasłużyć na miskę pełną nagród.
Moja teza o podświadomym dryfowaniu poety w kierunku mentalnej niedojrzałości potwierdza już otwierający tom wiersz: Z całej jaskrawości swojej niemoty, który pozwolę sobie przytoczyć w całości.
A czy taka cisza jest możliwa,
dookolna cisza, kiedy zamierają
godziny, rzeczy, pory, głosy
w twoim wnętrzu rodzi się
poruszenie, pierwsze z najpierwszych

jakby je wywołało chuchnięcie
od zarania błądzące w kosmosie
a zaraz potem słyszysz dźwięk
tak czysty, jakby na srebrne kowadełko
świtu opadła łza. Czyja to łza?

(Z całej jaskrawości swojej niemoty)

Poszukiwanie przez Kassa poruszenia pierwszego z najpierwszych jest moim zdaniem próbą cofnięcia się do stanu dziecięcej niewinnej nieświadomości. O ile przekleństwem poety jest tragiczne wyobcowanie z teraźniejszości, niemożność duchowego zakotwiczenia w danej chwili, co jest bez trudnu możliwe do osiagnięcia przez normalnego śmiertelnika, o tyle poeta bez wątpienia posiada dar takiej ewokacji przeszłości, że staje się ona dla niego i poprzez poetyckie dzieło dla czytelnika jak najbardziej rzeczywista. Często w wierszach Kassa daje się odczuć tę tęsknotę zrodzoną z niemożności uczestniczenia w celebrum chwili, brak duchowej symetrii pomiędzy momentalnym odczuciem piękna a zdolnością do natychmiastowej jego absorbcji i twaniu w stanie szczęścia.
Poruszenie pierwsze z najpierwszych prowadzi poetę do sformułowania zasady swojej kosmogonii. Na początku było chuchnięcie – tak zabrzmiałyby pierwsze słowa poetyckiej, swoistej ewangelii Kassa; nie słowo, ale chuchnięcie, wyraz czułości i miłości do wszystkiego, co trwa w swoim zimnym bezruchu oczekującym na ożywienie. Skąd nagle ta potrzeba kosmicznej egzegezy? Próby ustalenia kosmogonii są charakterystyczne dla stanu nieszczęśliwej świadomości człowieka. Seria bolesnych pytań, która próbuje nas zaprowadzić do początku czasu. Boska nieświadomość dziecka nie potrzebuje kosmogonii. Pytania dziecka, są kwestiami konstytuującymi rzeczywistość, a nie podważającymi ją, jak u dorosłych.
Otóż Kass wychodzi z domu i w czasie podejmowania poetyckiego dyskursu ze światem zdaje się rozpatrywać bolesną kwestię, czy jestem zdolny zobaczyć świat, jak go widziałem kiedyś, dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Twórcza intuicja podpowiada mu ten odległy, zapomniany smak, dlatego próbuje się do niego zbliżyć. Szaty dojrzałości są dla niego ciężkie i nieznośne, stąd tęsknota do kogoś innego w samym sobie, do innej perspektywy: kto teraz do mnie zdąża/lecz dąży po kryjomu [...] kto chwyta łuk Ogrodowej/kto cięciwę Grunwaldzkiej/kto nakłada strzałę światła/lecz trafić w cel nie może. (Kto)
Po przekroczeniu życiowej granicy cienia rzeczywistość szarzeje i popieleje. Rozpoczyna się bezwładne dryfowannie w niewiadomym kierunku. Poeta w stanie inercji czeka na wiatr poezji, na duchowe poruszenie. Dla poety każda próba „zakotwiczenia” w CHWILI, zanurzenie się w każdej sekundzie bytu staje się bolesnym paradoksem. Jednym z fundamentalnych pytań stawianych przez Kassa jest oto takie: jak żyć? Jak żyć, kiedy egzystencja poety jest boleśnie rozpięta na krzyżu czasu teraźniejszego, przyszłego i przeszłego. Jak poradzić sobie ze światem, kiedy jest się wyalienowanym z TERAZ, przed sobą ma się zupełnie nieczytelną i przerażajacą przyszłość, a za sobą natomiast przeszłość, która nie może zastygnąć w swoim bolesnym, domagającym się poetyckiego zagospodarowania ruchu? A w głowie ciemno jak w jamie,/ aż strach wiersz pisać, mieć go na stanie. (Zbudź, proszę)
Tak oto Kass otwiera Przestwór, jak w pieśni Mahlera: Ich leb’ allein in meinem Himmel, in meinem Lieben, in meinem Lied. Ale w przypadku poety z Prania nie jest to akt łagodnej rezygnacji, czy stoickiego pogodzenia. Tom otwiera motto Z Gottfrieda Benna, gdzie niemiecki poeta stawia pytanie o źródła łagodności i dobroci. U Kassa otwarcie Przestworu oznacza otwarcie Czułości.
Wklęsłe przylega do wypukłego,
nic nie odbija i nie dzieli niczego,
nikt nie odbija i nie dzieli nikogo,
zewnętrzność nieruchomieje,
a w moim postnym wnętrzu

wiruje igiełka nie większa niż świerkowa,
nie będąca z świerka ani z igiełki.
Wiruje i znaczy pierwszą, potem drugą rysę
i znów wiruje tak przepraszająco,
jakby była nieświadomą ciała
czułością.

(Tryptyk godziny pełni)

Wywołany onegdaj kosmicznym chuchnięciem, otwiera sie u Kassa Przestwór czułości. Poeta w Całym tomie unika metafor, jakby chciał dać do zrozumienia, że metafora z samej swojej istoty jest gwałtem na języku, agresją, naruszeniem spokoju, walką, , konfrontacją, przystawianiem wklęsłych i wypukłych luster, przeciwieństwem czułości. Poezja to odlew oddechu, to miłość, która ogarnia/ bezbronne. Powtarzaj dozgonnie jak echo., powtarzaj po mnie. (To jest)
Pozja Kassa nie jest poezją metafory i gramatycznej dekonstrukcji. Wiersz poety z Prania ma strukturę czułego oddechu, lirycznej inkantacji o proweniencji biblijnej: Salve, światło wrześniowe/ – będę ciebie adorował i brał na język/ jak miodową hostię, jak żywiczny koral. (Pierwszego września, trzy)
Czym tak naprawdę jest niedojrzałość Kassa wynikająca z tezy, którą postawiłem na poczatku niniejszej recenzji? Otóż poeta ucieka od nieznośnego stanu constans, że sparafrazuję Kunderę. Dojrzałość jawi się jako permanentne osiągnięcie jakiegoś punktu, zamknięcie, ogranicznie się do pewnego zakresu zakreślonego przez kierunki, trendy czy mody literackie. W tym kontekście Kass nie polemizuje z całym hermetycznym interiorem współczesnej poezji, podszytym agnostycyzmem, kokietowaniem nicości i psychologizowaniem. Kass nie boi się powiedzieć: dusza, nie lęka sie topora posądzeń o reakcyjność; jest odważny, bo nie dba o literackie mody, a w jego otwarciu na metafizyczny Przestwór jest więcej chęci do poetyckiego dialogu na przykład z Kochanowskim i Mickiewiczem niż Różewiczem. [...] chciałbym śpiewać Panu,/ chciałbym grać mu na kamieniach/ rzecznych, na skałach z pumeksu, wapnia[...] chciałbym grać Panu memu/ z gór śmieci, hałd odpadów/ radioaktywnych, na puszce,/ grzebieniu [...] (Psalm gościnny).
Jesli istnieje we współczesnym świecie tak zwana political correctess, to istnieje też literary correctness, groźny smok uwity z mgły duchowego minimalizmu literatów, pragmatycznego termostatu we wnętrzach ich dusz, który przestrzega przed emfazą, epatowaniem niewidzialnego, przekraczaniem granic. Niestrudzeni pracownicy Nicości przeżuwają literackie schematy i produkują opasłe tomy w oczekiwaniu na taki czy inny zysk, według schematu – jak mówił Miłosz – Trochę popisać, trochę pomacać.
Poezja Kassa jest w nieustannych ruchu. Poeta daleko zarzuca wędkę i chwała mu za to. Wciąż ma sprawę z Bogiem i Kosmosem, ergo nazywam go poetą metafizycznym. Poeci takiej proweniencji to we współczesnej literaturze coraz rzadsze ptaszki. Jakby nie było, że powołam się na przykład z innego rodzaju literackiego, Dostojewski wciąż będzie rezonował we mnie podczas lektury i wywoływał transcendentny głód, podczas gdy Kundera, na przykład, jest interesującą, ale w sumie czczą gadaniną.
Po lekturze tomu Kassa „Przestwór. Godziny” myślę, że największym laurem dla poety nie jest Nagroda Nobla, ale miara rezonansu, jaki jest w stanie wywołać w czytelniku i zmusić go do spojrzenia w głąb siebie i zadarcia głowy w niebo.
Leszek Szulc
Wojciech Kass, Przestwór. Godziny, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Biblioteka Toposu t. 118, 2015.

Erotyk

dla Hani
… i o Niej

Dla twoich drżących kolan,
Kiedy pijemy kawę ciemną jak zmierzch,
Chociaż jest już jutro a nie dziś.
Więc weźmy ślub, więc weźmy pogrzeb.
Wyjdź za mnie, wyjdź przede mnie
Albo stań obok mnie, wszystko jedno.
To tylko zwroty języka, protezy.
Dla twoich drżących kolan -
Czułość moja, więc nie podniosę głosu na ciebie.
Nie będę forsował swoich racji
Będę strofował raczej rząd akacji.
Dla twoich drżących kolan.
Logika wywodu staje się pragnieniem władzy,
Więc rozcieńcz aforyzm, dodaj kroplę sadzy.
Skulony kot na parapecie
Sierścią pisze erotyk:
Weźmiemy życie, ślub, pogrzeb.
Stań więc obok mnie
Tak blisko, na dotyk.