Liv Ulmann – Wiarołomni

Jeszcze raz Wiarołomni. Znam ten film od dobrych kilku lat, oglądałem go kilka razy i zawsze ten sam wstrząs. Zawsze kusi mnie ta odważna interpretacja, której pomysł powstał po pierwszym obejrzeniu, i która domaga się napisania po każdej projekcji.
O czym jest film? O trójkącie małżeńskim? Czy może o czworokącie, pięciokącie, sześciokącie, bo osób które zostały wciągniete w wir małżeńskiej zdrady jest więcej niż David i Marianne.
Dużo pytań, wiele niejasności, niepokojąca otwartość interpretacyjna, wszystko to zawsze wprowadza mnie w stan psychicznej niewygody. Nigdy po zakończeniu nie umiem jednoznacznie powiedzieć, kto jest winny, przez kogo doszło do tak tragicznego finału, kto ma czterdzieści procent winy, kto dwadzieścia, kto dziesięć. Wszystko to prowadzi mnie zawsze do pytań fundamentalnych związanych z relacjami międzyludzkimi, ale i do pytań fundamentalnych z gatunku metafizycznych.
Oto dochodzi do zdrady. Marianne, aktorka uwodzi (bo to w jej sercu i duszy rodzi się ten zatruty kwiat) pisarza, outsidera, nieudacznika Davida. I tu pierwsze pytanie: czy to była miłość? Moja odpowiedź brzmi: nie. Marianne osiągnęła ten poziom życiowej stabilizacji, w którym człowiekowi wydaje się, że od tego momentu może się zacząć tylko powolne umieranie. Ma wszystko. Jest piękna, ma śliczną córeczkę Isabell, utalentowanego męża, muzyka Marcusa, dom, służącą. Osiągnęła pułap, punkt ekstremum w drodze do szczęścia i spełnienia. I co? Czuje się martwa. Znajduje się w tym stanie, kiedy bodźce rzeczywistości stają sie tak słabe, że nie pozwalają na codzienną egzystencję, a Marianne chce poczuć życie, choćby miał być to rynsztok taniego, upadlajacego romansu z człowiekiem, który tak naprawdę jest niewiele wart; jest słaby, zagubiony, bez energii. Na myśl przychodzi mi Nieznośnna lekkość bytu – Kundery, gdzie jest rozpatrywana przez pisarza tajemnicza antynomia: lekkość – ciężar. „ Dramat życiowy zawsze można wyrazić przez porównanie do ciężaru. Mówimy, że na człowieka spadło jakieś brzemię. Człowiek uniesie to brzemię, albo nie uniesie, upada pod nim, walczy z nim, przegrywa albo zwycięża. Ale co właściwie stało się Sabinie? Nic. [...] Jej dramat nie był dramatem cieżkości, ale lekkości. To co spadało na Sabinę, to nie był ciężar, ale nieznośna lekkość bytu.” Czyż Marianne nie uległa podobnej truciźnie? Czy to właśnie nieznośna lekkość bytu nie kazała jej skoczyć z nieodpowiedzialną, niefrasobliwą, płochą lekkością do mętnej sadzawki i pociągnąć za sobą kilka najbliższych osób. Kluczem do piekła staje się scena, kiedy kochankowie „zawiązują” swój związek:
Dawid: Marianne, to coś poważnego, to coś cholernie poważnego. Jest jeszcze coś, o czym powinnaś wiedzieć. Ciągnę za sobą nieszczęście. I nie mam na myśli jakiejś przypadkowej porażki. Ale życiowe fiasko. Czasami zastanawiam się, dlaczego żyję, ale nie nadaję się na samobójcę.
Marianne: Innym razem, Dawidzie. Odłóżmy analizę.
Dawid: Chcę cię ostrzec…
Marianne: Dla mnie możesz być, jaki chcesz.
Dawid: [...] Nikt nie jest tak podły jak ja.
Marianne: Najdroższy Dawidzie, nie możemy potraktować tego trochę lżej? To przecież zabawne…
Dawid: Jasne, zabawne jak cholera.
Marianne: Sprawa jest prosta. Dostałam stypendium, jadę do Paryża, żeby chodzić do teatru. Wszystko się dobrze składa, Marcus jest w Los Angeles, a Isabell z babcią na wsi. A ty przyjedziesz niby przypadkowo. Po prostu wyjedziesz do Paryża spotkać się ze scenografem albo w jakiejś innej sprawie. Wszystko się świetnie układa. Marcus bedzie wiedział, że oboje jesteśmy w Paryżu i prawdopodobnie się spotkamy. Żadnych podstępów, kłamstw, czy kombinowania. Nie będzie ani podejrzliwy, ani o nic zazdrosny. To proste, a nawet zabawne i podniecające. Życie nie składa się tylko z katastrof i podłości, ale i z miłości… czułości i innych przyjemności.
Marianne jest w tej scenie Ewą, która zrywa jabłko, ale nie z drzewa wiadomości dobrego i złego, raczej z drzewa nieświadomości dobrego i złego. Kamieniem węgielnym dramatu jest niefrasobliwa pochopność urodzona z lekkości bytu Marianne. Lekkość Marianne kontra egzystencjalny ciężar Dawida. Kobieta musiała znaleźć do swojej eskapady zupełne przeciwieństwo, upadłego anioła, który w chwili emocjonalnej iluminacji przestrzega swoja partnerkę przed sobą. Życie Marianne, wrażliwej kobiety z artystyczna duszą jest poukładane w takim stopniu, że staje się nie do wytrzymania. Nic innego jak tylko katastrofa może stać się zwieńczeniem takiej egzystencji. Marianne opowiada później, że paliły jej się wszystkie czerwone światełka, ale ona brnęła dalej w kierunku zupełnej zatraty. Czy nudna, mieszczańska egzystencja powoduje w efekcie takie otępienie, że zatraca się nagle instynkt samozachowawczy? Czy chodziło tu o coś innego? Czy Marianne nie osiągnęła w życiu takiego pułapu, że poczuła nagle uzurpację do nieskończonej władzy. Również władzy i możliwości sterowania ludzkimi uczuciami i losem. Może. Jednak moja sympatia jest z nią. Popełniła błąd, ale za niego zapłaciła. Cenę najwyższą, karę oglądania zgliszcz własnej ezgzystencji, poczucie bezsilności wobec biegu wydarzeń. Najwyższą cenę płaci też Marcus, cenę życia. Natomiast Dawid, jako rasowy skurwysyn wychodzi ze wszystkiego raczej bez szwanku.
Czyż narrator, kreator, siwy starzec w tym bogatym i wielopłaszczyznowym fimie nie jawi nam się jako sam Bóg, który cierpi razem z nami, i nic wiecej nie jest w stanie uczynic wobec przysługującej każdemu człowiekowi obligatoryjnie wolności wyboru. Marianne ulepiła na stromym stoku góry życia pewnego dnia małą śnieżną kulkę i puściła ją w ruch. Pewnego dnia tak obtoczona śniegiem wielka kula zabiła ją, zabiła jej męża. Wszystko to stało się pod pretekstem skorzystania z tak zwanych innych przyjemności w życiu.
Zastanawiam się, czy udało mi się odpowiedzieć chociaż samemu sobie na kilka pytań związanych z tym filmem, który niepokoi mnie od kilku lat swoją domagającą się uwagi obecnością. Może…

Pajace 2016, w tym jeden kandydat do Nobla

GORZEJ NIŻ W STANIE WOJENNYM jest teraz w Polsce, oświadcza na łamach szwedzkiej „Dagens Nyheter” (5.01.16) Tomasz Jastrun.
Miliony ludzi budzą się codziennie w Polsce z nadzieją, że to co się w kraju dzieje – rządyPIS-u, to tylko koszmarny sen.
Czujemy się znowu tak, jakby najechali nas barbarzyńcy, tak jak wtedy w 1981 roku, gdy walczyliśmy w Solidarności, a rząd komunistyczny wprowadził stan wojenny. Ukrywałem się przez rok, byłem internowany, ale czułem się wtedy lepiej niż teraz. Wróg przychodził z zewnątrz, a teraz wychodzi spośród nas. Ale tak jak w stanie wojennym Polacy potrafią się organizować. Powstał KOD. Najgorsze są jednak kłamstwa i manipulacje PIS-u. Pogarda dla intelektualistów, którzy zgodnie z polską tradycją przewodzili zawsze buntom i oporowi. Kluczem do zrozumienia sytuacji jest postać Jarosława Kaczyńskiego. Anonimowi lekarze psychiatrzy wypowiadają się na temat jego zdrowia psychicznego. Jest kawalerem, zamiast partnera ma kota, nie posiada konta bankowego. Jeden z psychiatrów napisał: „Nie jest w stanie znieść porażki, jest paranoicznie podejrzliwy i pamiętliwy”.

I Zagajewski:

________________________________________
Polityk cieszący się reputacją oportunisty, Jarosław Gowin, przytoczył parę dni temu piękne słowa Józefa Tischnera: „tylko idąc pod prąd, docieramy do źródeł”. Miałyby one legitymizować jego obecny awans urzędniczy, charakteryzować jego nonkonformizm.
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Jako człowiek wykształcony powinien jednak wiedzieć, że właściwszym cytatem byłby tu początek sławnego wiersza Artura Rimbaud „Statek Pijany”:

Prądem Rzek obojętnych niesion w ujścia stronę
Czułem, że już nie wiedzie mnie dłoń holowników
(przekład Miriama, czyli Zenona Przesmyckiego).

Powoływanie się na Tischnera, który na pewno nie stanąłby po stronie panującego dziś endeckiego ciemnogrodu, jest zwykłym nieporozumieniem i świadczy o tym, że wicepremier zapomniał o swoich filozoficznych początkach.

Kiedyś, w roku 2005, w rozmowie ze spotkanym na krakowskiej ulicy znajomym Jarosław Gowin powiedział: – Mnie nie interesuje kariera, jeżeli nie dojdzie do PO-PiS-u, jeśli te dwie partie nie będą ze sobą zgodnie współpracować, wycofam się z polityki.

Hm, wciąż na to czekamy.

Ale to tylko anegdota o jednym z wielu pozbawionych poczucia humoru funkcjonariuszy nowego rządu. Sprawa jest jednak poważniejsza.

Państwo Platformy Obywatelskiej bywało niekiedy nieudolne, ale jednak tworzyło przestrzeń dla wielu opcji światopoglądowych i było dzięki temu żywe. Nie było państwem ideologicznym.

Inaczej przedstawia się projekt państwa pisowskiego: to jest państwo, które powie ci, co robić, co myśleć i w co wierzyć, co czytać i czego nie czytać. Masz być nacjonalistą, nie ufać obcym (obcy mogą cię zarazić!) i masz wierzyć, nie tyle nawet w Boga, ile w Polski Kościół Niepowszechny. Masz unikać roweru i jeść kotlet schabowy z kapustą.

Zanosi się na powrót do koncepcji państwa autorytarnego, państwa, które wie. Ktoś wskazał na Portugalię Salazara, ktoś na gierkowski PRL. Warto też przypomnieć sobie twór państwowy, który na szczęście nie trwał zbyt długo, Francję Vichy i jej znajomo brzmiące hasła: Praca, Rodzina, Ojczyzna.

A propos PRL – znany poeta Julian Kornhauser napisał o nim kiedyś:

Władza ludzi przemieniona we władzę
władzy .

A w innym wierszu, definiującym państwo autorytarne:

Państwo jest najwybitniejszym poetą polskim .

Znowu.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75968,19447342,adam-zagajewski-do-gowina-powolywanie-sie-na-tischnera-ktory.html#ixzz3wqd2I53i

Komentarz ode mnie: ( Wąż, który nie może zrzu­cić swo­jej skóry, gi­nie. To sa­mo dzieje się z myśli­ciela­mi, którym nie wol­no zmieniać swych poglądów: przes­tają być myślicielami. Fryderyk Nietzsche)

Auden dla Hann (w selfie)

W.H. Auden

„A nie mówiłem?” – tyle usłyszysz od Czasu;
kiedy musimy płacić, Czas tylko zna cenę;
Gdybym mógł Ci to zdradzić, zdradziłbym od razu.

Nam szuranie zelówek – nie przytup obcasów;
Nam płacz, gdy clown z rechotem wpada na arenę;
„A nie mówiłem?” – tyle usłyszysz od Czasu.

Pusto brzmi wróżba szczęścia, pęka szkło kompasu,
Choć tobie – że mi serce sycisz żywym tlenem –
Gdybym umiał coś zdradzić, zdradziłbym od razu.
Gdzieś jest kolebka wiatru, gdzieś są drzwi do głazu,

Gdzieś powód, że się liście ścielą żółtym trenem:
„A nie mówiłem?” – tyle usłyszysz od Czasu.
Może naprawdę róże rosną bez rozkazu,
Może na serio pragnie trwać to przywidzenie;

Gdybym mógł ci to zdradzić, zdradziłbym od razu.
Niech nawet lwy się dźwigną i znikną z obrazu,
Niech armie się rozpierzchną, wsiąkną w grunt strumienie:
Czy choć raz coś innego usłyszysz od Czasu?
Gdybym mógł ci to zdradzić, zdradziłbym od razu.

Hann

O korespondencji rodzajów literackich

Wojciech Kass
Zmierzch

Siedzieliśmy na werandzie w lekkich fotelach
Wina ubywało, ktoś w powałę rzucił: – a niech
szedł chłód od stawu i dychał, wtedy ona: – ach
jakby miała opaść. To było miękkie jak zmierzch.

Szedł chłód od wody jak zwierz w wilgotnej sierści
ktoś odłożył panamę, ktoś machnął ręką: – ech
w sadach powiatu spadały śliwy, gruchy jak pięść
ona szeptała donikąd: no skąd ten zmierzch.

Aż zaśpiewała lecz głos jej był tak niedorzeczny
że czyjś sen podał z głębi inną pieśń na wierzch:
Gdy zmierzch się uśmiecha, to ząb ma mleczny,
ząb wystaje mleczny, gdy uśmiecha się zmierzch.

Leszek Szulc
Zmierzch

Siedzieli na werandzie domu nad jeziorem. Był sierpniowy wieczór. Rozmawiali od południa. Trzech mężczyzn i jedna kobieta. Słychać było rozbawione, czasami zatroskane innym razem pełne melancholii głosy; charakterystyczne skrzypienie wiklinowych foteli i bulgotanie wina nalewanego z przynoszonych butelek. Kobieta była dojrzała, piękna, zrobiona, to znaczy umalowana, z przemyślnym uczesaniem, włosami zebranymi i upiętymi na czubku głowy spinką zdobioną kolorowym motylem. Jej zapach dominował. Upał wydobywał na powierzchnię jej skóry kropelki potu, które mieszały się z dobrym perfumem. Kiedy rozchylała nogi albo zakładała je jedna na drugą, mężczyźni daliby głowę, że czują subtelny i delikatny zapach jej kobiecości unoszący się przez chwilę w nieruchomym, gorącym powietrzu. Może nie ma bielizny pod kolorową sukienką – pomyślał jeden z mężczyzn, odchylił głowę do tyłu, spojrzał na drewniany strop i rzucił w powałę zadowolonym, rozmarzonym głosem: – a niech… Poczekał chwilę aż ta partykuła jak rozleniwiony, tłusty kot znajdzie miejsce pod pułapem, gdzie może się rozłożyć i zasnąć, potem dokończył, odkładając panamę: – życie jest piękne. Kobieta jakby się ocknęła. Wyprostowała się i założyła sweterek przewieszony przez oparcie fotela. – Ach – westchnęła, a w jej głosie była nuta jakieś stanowczej gotowości, jak u podróżnika, który nagle podjął decyzję o wyprawie pod wpływem nieodpartego impulsu. Jest gotowa, teraz mogłaby opaść – pomyślał jeden z mężczyzn – jak dojrzała gruszka. Wystarczyłby lekki podmuch wiatru.
Wszyscy biesiadnicy, gdyby prześwietlić ich myśli, mieli podobne wrażenie. Od jeziora szedł chłód i wszyscy mieli podobne dotkliwe wyobrażenie o nim, jak o zwierzęciu w wilgotnej sierści, które człapie z nisko pochyloną głową, dysząc w trawę. Zamilkli nagle i przeszedł ich dreszcz. Pod werandą mieszały się zapachy i wirowały narkotycznie. Wilgoć jeziora wydestylowała wilgotny zmierzch, który skrystalizował się w bliżej nieokreślony kształt i niepokoił. Prysła atmosfera miłego popołudnia. Mozartowski, pogodny kwartet czterech temperamentów nagle zgasł jak ciepły, żółty płomień świecy. – Skąd nagle ten zmierzch? – kobieta rzuciła to pytanie jak jedwabny szal przez poręcz werandy donikąd, jakby nie chciała usłyszeć odpowiedzi albo po prostu jej się bała. – Napijmy się, nie ma co – jeden z mężczyzn nalał wina. Wszyscy jak na komendę upili z kielichów i odstawili szkło. – Nie ma co – odpowiedzieli biesiadnicy jak pod sznurek. – Leno, niech pani zaśpiewa – mężczyźni poprosili kobietę. – Ale co? – Obojętnie – Wino znów zaczęło swoją pokrzepiającą pracę. – Obojętnie, Leno, w pani ustach nawet okólnik burmistrza zmieni się w poemat. – Ich bin der Welt abhanden gekomen…zabrzmiał miękki głos, ale był tak niedorzeczny i Mahler w tej chwili był jak zaproszenie dla człapiącej, wilgotnej bestii zmierzchu. Poetę znów przeszedł dreszcz. Eros i Tanatos śmigali po sadach całego powiatu. Coraz bardziej czuł zapach kobiety. To ona wabi ten zmierzch - przeleciało jak nietoperz przez jego zamroczoną świadomość
Wstał i poszedł się odlać po śliwę. W pijanej, sennej głowie zaszumiał mu nagle kuplet: Gdy zmierzch się uśmiecha, to ząb ma mleczny, ząb wystaje mleczny, gdy uśmiecha się zmierzch. Przyśpiewka nałożyła się na wierzch na Mahlera jak palto wywrócone na stronę podszewki.

(Ta impresja powstała pod wpływem liryku ZMIERZCH Wojciecha Kassa, który prezentuję w całości powyżej i który bardzo mi się spodobał klimatem dotkliwej nieodwracalności tego co ma nastąpić jak z Czechowa. Ów wiersz, myślę, dałby się bez problemów „przełożyć” na język sztuk plastycznych, trochę trudniej zniósłby przeniesienie do świata muzyki, ale to też nie byłoby niemożliwe. Pomyślałem o korespondencji rodzajów literackich i skrobnąłem kawałek prozy. Dlaczego? Chciałem zobaczyć, co z tego wyjdzie. Czy możliwe jest rozwodnienie silnie skondensowanej liryki i czy z takiej rzadszej farby da się namalować to samo. Co tam. To tylko taka zabawa literacka w posylwestrowy weekend.)