Pranie

Sierpniowy wieczór. Gadamy z Kassem dwie godziny przez telefonium. Jest zmęczony sezonem w swoim centrum kultury. ─ Wziąłem dwa książęce, paluszki, chleb, smalec, ser i jestem teraz w domku Mietka ─ komunikuje mi. Wiem, że postanowili rzucić z żoną palenie, więc staram się mu nie dmuchać w słuchawkę, kiedy ciągnę marlborasa. Wiem, że siedzi teraz w domku byłego premiera R., sto metrów w lewo od Prania, patrząc od alei świerków. On antycypuje mnie: ─ Leżysz teraz w gaciach i T ─ shircie, na łóżku, masz laptopa na brzuchu i coś piszesz. Zgaduje w stu procentach. Ja wiem, że siedzi i patrzy na Jezioro Piskie, które leży mu u stóp. Zostawił Sopot dla tamtego miejsca. Nie dziwię się mu. Tam kiedyś też pisał Gałczyński. Pranie, pępek świata. Jeden z siedmiu cudów świata i okolic.

Apokatastasis

Sierpniowa noc. Wtorek. Wracam z pracy, kupuję fajki. Siadam na ławce na Haffnera. Dwadzieścia dwa stopnie. Przypalam, wypuszczam dym prosto w stronę Plejad. W sierpniu widać je najlepiej. Przez chwilę czuję dotyk szczęścia. Cud nad cudami. Kto tego nie zaznał, nie wie, czym to jest. Wystarczy patrzeć na gwiazdy, żeby wziąć je w posiadanie. Per aspera ad astra. Albo jeszcze inaczej. Na ile życie musi nas przeczołgać, żebyśmy wrócili do stanu dziecinnego szczęścia? Kto pamięta, że kiedyś świat należał tylko do niego. Kiedy się miało siedem, osiem lat. Otula mnie muślin ciepłego powietrza, zamykam oczy. Przypominam sobie wszystko sprzed kilkudziesięciu lat. Ogródek mamy, ogórki siane razem z nią z małej paczki, rzodkiewki; fasola wciskana w rozgrzaną ziemię. Potem pielenie i czekanie na ścieżce między grządkami, aż wzejdzie kiełek, potem pęd, a na nim ogórek ze szczeciną zarostu. Te małe były najsmaczniejsze, bo mama denerwowała się, jak je zrywałem i dawała smary. To znaczy obrywałem ścierką od mycia garnków w głowę.
Umarli są z nami. Użyczamy im oczu. Patrzą na były świat jeszcze raz. Pamiętam wszystko. Jakbym spłacam im dług. Rodzicom. Dlaczego? Być może jest to Apokatastasis, czyli Przywrócenie. Czyli wszystko, co było wróci jeszcze raz, ale już bez bólu, tylko to co dobre. A tak na marginesie to herezja oficjalnie potępiona przez Kościół. Dlatego nikomu o tym ani sza.

Sasha

Ukrainiec. Trzydzieści kilka lat. Pracowity, kruczoczarne włosy, ciemny zarost na twarzy jak namalowany węglem. Krząta się po kuchni, przy piecu z gęstymi kroplami potu na czole. Nie uśmiecha się prawie wcale. Ale ja wiem, kiedy jego duszą się śmieje. Widzę to w jego oczach. Nauczył się nie uśmiechać w tamtych wschodnich krainach, gdzie być może uśmiech oznacza dla tyranów wyraz lekceważenia i niepokory. Jest czujny. Nauczył się tego tam… Nie rezonuje, nie komentuje decyzji. Nie chce rozmawiać ze mną po rosyjsku, angielskiego nie zna; ja oprócz kilku słów nie znam ni w ząb ukraińskiego. Słucham, jak rozmawia z Walerią, młodą studentką z UMCS w Lublinie. Łapię ich słowa i chowam do swojej szkatuły: żarko – gorąco, szybko-szbitko, uważaj-dywitytsja. Oboje z Walerią są wystraszeni. Jak mówię do nich po polsku, wytrzeszczają oczy, jakby to miało im pomóc w zrozumieniu mnie. Starają się być wobec mnie pokorni i kolanopokłonni, co mi nie schlebia; raczej jestem zażenowany, bo nie czuję się ani trochę lepszy od nich. Wiem, że Sasza nie myśli o mnie źle. Jego mama jest sprzątaczką w Maryli. Przychodzi i pyta, czy mi nie posprzątać albo nie zrobić prania. Śmieję się i mówię, że ja pan i sługa dla samego siebie i że nic mi nie trzeba. Pokazałem jej dwie ręce, zgiąłem i wyprostowałem palce dłoni. Wiem, że zrozumiała.
Ósmego było wesele. Mieliśmy podać rosół dla kilkudziesięciu osób. Sasza widział, że jestem zdenerwowany. Kiedy zapytałem, czy zupa gotowa, odpowiedział: Wszistko, dobrze, rosół na pogotowiu… Kochany Ukraińcu, życzę Ci, żebyś odzyskał krainę dzieciństwa, jak miliony tułających się po tym padole łez.

Kilka myśli w sierpniową noc

Dla Przyjaciela, Wojciecha Kassa, który nie opuścił ani dnia w potrzebie koledze…

Czym jest prawdziwe poczucie humoru? Jeśli będziesz umiał zaśmiać się z tej komedii, jaką jest życie i parsknąć śmierci prosto w twarz.
Miłość? Każdy chce się zakochać, ale nikt nie chce wybiec w deszczu z domu (tak jak Tom Cruise w Urodzony 4 lipca i pobiec do Niej na balu maturalnym) albo jak napisał poeta Krzysztof Karasek: wszyscy chcą do nieba, a nie komu umierać.
Czasy asekurantów… Może bym coś zrobił ze swoim życiem, ale jest mi ciepło i jest telewizja i mama, która postawi zupę pod nos.
Spojrzałem kiedyś w styczniowe, rozgwieżdżone niebo i przestałem się bać. Kosmos nie jest klatką. Nie ma granic.
Ja do niej: wiem, czego ode mnie chcesz. Chcesz nieśmiertelności i żebym cię uniósł, ale wolisz się zamknąć w drobnomieszczańskiej klatce powolnego umierania.
Kobiety są alogiczne. Co to znaczy? Nie posuną się w logice, tak daleko jak ty. W końcu powiedzą, to nie jest takie proste. To ich broń i powab. Nie pytaj wtedy: a jakie jest?
Sopot, sierpniowy wieczór. Knajpa, światło wabi je, wiele pięknych, ale wszystkie plastikowe. Żadnej o urodzie monalitycznej, raczej uroda z tworzywa. W sensie piękna i formie płatności… Za piwo z sokiem.
Jestem niesprawiedliwy w ocenie świata i ludzi. Może jestem. Ale nie otwieram buzi. Raczej sam smagam się batem za swoje winy i głupoty.
Mam przyjaciela. To takie krzepiące. I mogę z nim rozmawiać w taki sposób, jakbym monologował… z pozytywnym rezonansem. Myślę, że poczyta to jako komplement.
Moi synowie. Powiem tak, dali mi więcej niż ja swojemu ojcu.
I co ponadto? Ciągłe bla, bla, bla… Ględzenie, gromadzenie kasy i umieranie. I ta nieodwracalna ściana. Kiedyś, gdzieś na jakimś sorze, czyli oddziale ratunkowym. Więc teraz ja? Na mnie kolej?
Kim byłem? Kim jestem? Kim będę? Trzy dobre pytania.
W czym jestem naprawdę dobry? Mogę być wiecznym barmanem, albo fryzjerem. Kelnerem. Zawsze na usługi i z polem obserwacji.
Chciałem ci coś powiedzieć, ale dzielą nas lata świetlne. Anie się nie wywyższam, ani nie czuję się bardziej wtajemniczony. Może jestem nawet głupszy. Raczej na pewno tak. Brak mi a z tobą kontaktu w języku. Tu, gdzie jestem mistrzem nie do oszukania. Może nie mistrzem, ale majstrem. Fachowcem. Do pewnej kobiety…
Tylko język jest źródłem poznania. Ja to wiem. Za oknem wielki kosmos. Co to znaczy, że nazwiemy coś azotem, a coś potasem? Coś węglem, a coś wodorem? Przecież to tylko słowa. Wodór… Trzy spółgłoski i dwie samogłoski. Mówimy: tam jest gwiazda. Ale poprzez język oswajamy nuklearną energię i osadzamy ją na kawałku świerka. Nazwałem…. To jest moje. Ale czy na pewno. Czy największymi uzurpatorami świata nie są poeci? A w związku z tym, czyż nie oni są najuczciwsi?