Jak uszyte jest The sky above the rain Marillion…

Najpierw pianino elektryczne, pojedyncze dźwięki w różnych rejestrach, żeby oddać różną wielkość kropli deszczu, które spadają na liście majowego kasztana. Do tego delikatne wstawki gitary solowej, jak ostatnie promyki różowego słońca, które przebijają się jeszcze przed ostatecznym zasklepieniem chmur. I teraz głos Steve Hogartha położony na miękkiej poduszce gitary basowej: She loves him
But she doesn’t want him
She used to burn for him
But now that’s changed
She knows he knows
And she says it isn’t so
What else can she say?
But when he reaches out
She turns away.

Po półtorej minuty pierwszy raz odzywa się perkusja, jakby deszcz zaczął się wzmagać, ale jeszcze nie jest to ulewa. Po perkusji, ale tylko w wersji studyjnej eleganckie tło orkiestry symfonicznej w okolicach drugiej minuty, wszystko zszywane ledwie dostrzegalną igiełką lirycznej gitary Steve Rothery’ego.
When he talks about it
She says he’s cruel
So he apologises
Counts his blessings
What else can he do?
She used to gaze at him
Reach out with her toes to touch him
She still loves him

But she doesn’t want him

And in her eyes he’s so much less
Than the light heart she met
The laughing boy she used to know

W okolicach 2.20 transpozycja, przeniesienie do innej tonacji o jakiś interwał. Wszystko dlatego, że nie jest to piosenka oparta na strofkach i rymach, ale raczej elegijna opowieść o miłości. Stąd taki kunszt, zamysł i cała elegancja nagrania. Gitarzysta nie wcina się na pierwszy plan, ale elegancko zdobi kunsztownymi cekinami jak elegancką, wieczorową suknię do kostek (nagranie trwa 10.29).
He feels ugly now
And the ugliness creeps around inside him
Until he really is
The animal paws at him, gnaws at him
The Silver-Back wins over him

And in his pain, and bitter shame, he resents her
The one who loves him.

Od słów: on czuje się teraz okropnie, muzyka wzmaga. Teraz słychać wszystkich: cały zespół i wyraźną orkiestrę w tle. To jeden z najbardziej elegijnie czułych i dramatycznych momentów utworu. Pada wyznanie, że można nienawidzić kogoś, kogo się kochało.
I znów zmiana w tym niesamowicie pomysłowym utworze. Zmiana desenia. Surowa gitara rytmiczna wygrywa akordy, jakby wstęp do kolejnego wyznania. Wyznanie jest smutne, pesymistyczne. Uczucie sięga dna. Wkrada się fałsz i kłamstwo. Prostę trzy akordy wygrywane da capo, jakby deszcz nagle przestał padać. I głos orkiestry ale w bardzo niskich rejestrach, jakby żałobne buczenie. Głównie wiolenczele, kontrabasy i altówki. Con tristezza.
They said they’d never lie
They’d learned their lessons from the last times
They said they could talk
They could always talk
Deceit stirs in them now
For reasons good as well as bad.

Teraz perkusja, okładane pędzelkami czynele. Wraca deszcz.

But he wants so much
Not to live another lie
To be free and high again.

I teraz zupełne odbicie, próba oderwania się od ziemi. Całą muzyka to oddaje. Wszystkie sekcje i soliści dają z siebie wszystko. Gitara już się nie hamuje, nie ozdabia, ale zaczyna się solówka w starym stylu we wszystkich rejestrach.

Trying to see the blue sky above the rain
Trying to see the blue sky above the rain
Remembering the blue sky above the pouring rain
He’s trying to see the blue sky above the rain.

Potem kolejna transpozycja I jeszcze wyżej:
He’s flown there and he’s seen it
Been up there lighter than air floating in the miracle
But he can’t fly until she wants him
He can’t burn until she sparks him
He’s dressed in lead from toe to head

Trying to see the blue sky above the rain
Remembering the blue sky above the rain

Potem nagła przerwa. Znowu pojedyncze krople. Delikatna perkusja. I wręcz wykrzyczane przez Hogartha wyznanie, w tle gitara w wysokich rejestrach. Zupełny odlot:
Trying to see the blue sky above the rain
Remembering the blue sky above the rain

Maybe they’ll talk
Soul to soul, head to head, heart to heart, eye to eye
Rise up to that blue space above the clouds
Where troubles die

And tears dry
Heading west and climbing
In that place the sun never stops shining

The rain’s below us…
Na zakończenie znowu pianino elektryczne. Spadaj na rozgrzaną ziemię ostatnie krople. Dźwięki umierają nagle. Podobnie jak w To the morning Dana Fogelberga. Dla mnie czad… Polecam.

Portret damy cd.

Nie przyszła żadnego z czerwcowych dni. Patrzał zawsze na krzesło, na którym siadywała, w tylnej kieszeni dżinsów nosił zalaminowany paragon. Wyciągał go codziennie, czytał te kilka słów, obracał tworzywo pomiędzy palcami i chował z powrotem do kieszeni. Z upływem tygodni wrażenie tego dziwnego kontaktu z nieznajomą zaczęło przysychać. Coraz rzadziej stawał za barem, w knajpie przybyło kilka kelnerek i nowa barmanka, więc więcej czasu zajmowały mu jego sprawy managerskie. Siedział wewnątrz baru przy służbowym stoliku z otwartym laptopem przed nosem, ale zawsze kątem oka spoglądał na taras. W pewien poniedziałek obudził go telefon. Dzwonił Jan, który tego dnia otwierał restaurację.
─ Słuchaj, musisz przyjechać, bo M. zapomniał ułożyć grafik na dzisiaj, a przy stolikach siedzą klienci i czekają na śniadania. Zanim obdzwonię kelnerki, to poumierają mi tu z głodu albo zarzucą mnie kurwami.
─ Jak to zapomniał? Nie masz nikogo?
─ No, nie ma nikogo. Wsiadaj na rower i bądź tu w pięć minut.
─ Dobra, niech kucharz przygotowuje już śniadania, zaraz jestem.
Ubrał się szybko, wsiadł na rower i po pięciu minutach był na plaży. Wszystkie stoliki na tarasie były pozajmowane. Wyciągnął z drukarki kilka kartek, pociął je na cztery, rzucił je na tacę i wyszedł pozbierać zamówienia. Przy stoliku Luizy, na jej krześle siedziała jakaś kobieta. Czytała książkę. Podszedł do niej od razu, bo kiedy go zauważyła, skinęła niecierpliwie dłonią.
─ No w końcu ktoś raczył się zjawić.
─ Słucham panią.
Kobieta odłożyła książkę i sięgnęła po żółte menu leżące na stoliku. Przeczytał tytuł na okładce: Moc woli, czyli jak osiągnąć sukces w życiu.
─ Proszę białą kawę i śniadanie polskie.
Zapisał zamówienie i poszedł do następnych klientów. Kiedy pozbierał wszystkie, wrócił za bar, otworzył terminal. Kartki zamówień, które odłożył na brzegu baru, spadły na podłogę i wymieszały się. Pozbierał je i zaczął nabijać na kasę kolejne bony, które wyskakiwały z maszynki na wystawce. Z okienka kuchni głowę wystawił kucharz, który przygotował już kilka talerzy z jajkami, frankfurterkami i pieczywem.
─ Robię kawy i ponalewam soki, zaraz zabiorę śniadania, rób kolejne, bo zaraz będzie afera.
Zaczął roznosić dania. Najpierw gromadce Portugalczyków, którzy siedzieli na końcu tarasu, potem parce Skandynawów. Papuga z książką o mocy woli nie wytrzymała i zaczęła się drzeć na pół plaży:
─ To skandal. Nie dość, że się pan spóźnia, to jeszcze nie potrafi pan zachować kolejności zamówień. Ja byłam pierwsza.
─ Zaraz pani przyniosę śniadanko ─ rzucił, przechodząc obok jej stolika.
Wziął z wystawki talerz z jajkami sadzonymi i kiełbaskami udekorowany łupkami pomarańczy. Kucharz uśmiechnął się: ─ Weź tej sroce wciśnij do buzi pomarańczę, to się zamknie.
Przy stoliku kobiety usiadł jakiś mężczyzna. Był naburmuszony. Przejął organicznie gniew swojej towarzyszki, pewnie żony. Kiedy na stole stanął półmisek ze śniadaniem i kawą, kobieta spięła się do granic wytrzymałości i spurpurowiała na twarzy.
─ To jest polskie? Wzięła jeszcze raz do ręki kartę… ─ To jest proszę pana europejskie. To są jajka sadzone, a nie jajecznica.
Mężczyzna siedzący z kobietą nie powstrzymał się przed dorzuceniem swoich trzech groszy:
─ Niech się pan w końcu obudzi.
Zabrał półmisek i wrócił na wystawkę.
─ Kurwa, Szymon, miało być polskie…
─ O matko, zaraz usmażę.
─ Ale zepnij się, bo baba zaraz na mnie skoczy.
Po pięciu minutach zaniósł półmisek. Kobieta rzuciła się na jajecznicę, a jej partner rozparty w krześle zaczął wykład:
─ Nie powinniśmy płacić za takie podejście do klienta. To skandal. Siedzimy tu od czterdziestu minut i czekamy, a potem dostajemy to, co nie trzeba. Nie wygląda pan na zbyt rozgarniętego.
Reszty słów nie słyszał. Po raz pierwszy nie wytrzymał. Pomyślał o tamtej kobiecie z książką… Ta nagła asocjacja wyprowadziła go z równowagi.
─ Czy próbuję mi pan wystawić opinię?
─ Tak, wystawiam panu opinię.
─ Wie pan co, opinie są jak dziury w tyłku, każdy ma swoją.
Odwrócił się i odszedł. Słyszał tylko, jak kobieta zakrztusiła się jajkami.

O mało nie wyleciał z pracy. Klient wkurzył się i zrobił aferę. Zadzwonił do szefa i opowiedział z historię ze śniadaniem z podbarwionymi szczegółami. Edward wezwał go do siebie i zmył mu głowę.
─ Powiedz, co ci odbiło? Klient jest klient, wiesz dobrze, że czasami przychodzi takie bydło, że szkoda gadać, ale musisz trzymać nerwy na wodzy.
─ Miałem zły dzień, to się więcej nie powtórzy ─ zadeklarował i wyszedł z biura. Wracał do pracy bocznymi uliczkami. Palił i wdychał zapach lip. Czuł się dobrze. Ta odzywka do klienta upuściła z niego trochę pary. Całymi dniami patrzył na gości restauracji. Obcokrajowcy, oprócz wyspiarzy byli ok. Grzeczni, kulturalni, dawali napiwki, ale rodacy… masakra. Niczym nie da się nadrobić kindersztuby. Owszem, ubierali się elegancko, mieli kasę, karty kredytowe, ale to było już pokolenie, jak to sobie wymyślił, buraczane. Bez klasy, bez poglądów. Czasami przysłuchiwał się rozmowom przy stolikach. Antyklerykalizm był cool, nieczytanie książek cool. Frytki wypadały im z ust pod nogi, upuszczali serwetki i plastikowe kubki i siedzieli w takim korytku. Potem wstawali, jeden na stu wsuwał za sobą krzesło, nie mówiąc o odniesieniu naczyń. Kiedy tego słuchał, przypomniała mu się fraza z braci Marx: Takie mam zasady, a jak ci się nie podobają, mam też inne. Dlatego Luiza zrobiła na nim takie wrażenie. I jeszcze ten Henry James. Wiedział, że jeszcze przyjdzie. Czekał na nią.
Przyszła w połowie lipca. Właściwie to już była, kiedy zjawił się w pracy. Siedziała przy tym samym stoliku. Nie czytała. Miała na głowie słomkowy kapelusz z szerokim rondem, plażową, elegancką tunikę w kolorze ecru. Piła mojito i rozmawiała przez telefon.