Portret damy ( z cyklu opowiadania sopockie)

Siadała zawsze na tarasie. Na słońcu. Codziennie ten sam rytuał. Zjawiała się około południa. Przychodziła z plaży siadała na wyplatanym krześle, wyciągała z plecaka książkę i czekała na kelnerkę. Zamawiała kawę, później niegazowaną wodę i czytała w słonecznych okularach. On stał za barem i patrzał na nią. Niewiele osób tutaj czytało. Zastanawiał się, jakiej lekturze się tak oddaje. Czy czyta naprawdę z zainteresowaniem, czy tylko dodaje sobie splendoru. Jednego dnia miała rozpuszczone włosy, innym razem były spięte klamrą zdobioną jasnym szylkretem. Były ciemne, gęste jak skrzydło kruka ─ przyszło mu do głowy porównanie z A.E. Poe; błyszczały w słońcu, jakby promienie upodobały sobie tę wypielęgnowaną świeżość. Twarz miała już mocno opaloną jak na początek maja, pokrytą drobnymi piegami. W przerwie między robieniem drinków wpatrywał się w jej profil, smukłą, długą szyję i mocno zarysowaną żuchwę. Jeśli upinała włosy, to zawsze wysoko, prawie na czubku głowy, żeby wizualnie przedłużyć szyję. Często też podczas czytania wypychała usta jak do pocałunku. Wtedy na policzku tworzyło się delikatne wgłębienie i lekki cień, który nadawał ostrej wyrazistości linii podbródka.
W weekendy jej nie widywał, a może nie zauważał jej w tłumie. Potem pomyślał, że ona nie lubi tłoku i że największą przyjemność sprawia jej pusta plaża i zanurzenie się w swojej powabnie samolubnej i wystawnej samotności.

Przez długi czas nie wiedział, jakie są jej oczy. Zawsze nosiła ciemne, słoneczne okulary. Czasami je zdejmowała i odkładała na stolik, przymykała powieki, odchylała głowę do tyłu i opalała twarz przez kilkanaście minut. Potem znów zakładała je i wracała do lektury. Studiował ją. Takie określenie przyszło mu do głowy. Studiuję ją ─ ten zwrot, kiedy po raz pierwszy raz zagościł w jego głowie, wydawał mu się trochę dziwny, ale zaraz spodobało mu się zderzenie jego niedorzecznej, potocznej pospolitości z tą sytuacją z tym jego zajęciem: skupionym interludium pomiędzy nalewanie piwa, ugniataniem mudllerem limonek z miętą i trzcinowym cukrem i robieniem spienionej latte macchiato.
Kiedyś nawet zagapił się i oblał sobie palce pianą, która przelała się z przepełnionego pokala. Klient, stojący przy barze, uśmiechnął się, obrócił głowę w tę stronę, w którą on patrzał, jakby chciał pochwycić linię jego wzroku i cel tego spojrzenia, który stał się przyczyną tej dziwnej, nagłej abnegacji barmana.
Pewnego dnia zamówiła latte zamiast zwykłej białej kawy. Widział, jak kelnerka przyjmuje zamówienie i bonuje je na kasie. Na barze wyskoczył mu bon na macchiato. Zdziwił się, a potem na twarzy pojawił mu się na chwilę szelmowski uśmiech. Zaczął przygotowywać kawę, ale inaczej niż zwykle. Wziął największą herbacianą filiżankę, przygotował podstawek, łyżeczkę long i cukier. Sięgnął po mleko do lodówki. Nie zdążyło się schłodzić. Zaklął pod nosem. Poszedł po lód, wrócił z woreczkiem na bar, rozciął folię nożykiem, wziął szczypce, ale potem je odłożył. Sięgnął po kostki lodu dłonią. Trzymał je przez chwilę w zaciśniętej pięści i wrzucił do metalowego dzbanuszka. Dolał mleka i spienił. Zrobił espresso i wlał do filiżanki. Mleko wlewał w specjalny sposób, wysoko z dziubka. Jasnobrązowa pianka unosiła się coraz wyżej w porcelanowym naczyniu. Na koniec zaczął malować mlekiem, dorzucił łyżką piankę i jego latte art w efekcie końcowym przedstawiało dwoje oczu schowanych za otoczką białych chmurek. Kiedy kelnerka podeszła do baru po zamówienie, powiedział, że tym razem poda sam.
─ Podam sam. Muszę rozruszać nogi.
─ Ok. Nietypowe to latte.
Postawił swoje dziełko na tacy, położył ją na dłoni i wolnym krokiem ruszył w kierunku nieznajomej. Kobieta czytała. Lekki wietrzyk kołysał wąskim pasemkiem jej włosów nad czołem. Przed chwilą zdjęła jasnobrązowe czółenka i oparła wyprostowane nogi na przeciwległym krześle. Pokaźny tom położyła na udach. Kiedy stanął nad nią, zamknęła książkę wsuwając wskazujący palec pomiędzy kartki, żeby móc wrócić bez problemu do przerwanej lektury. Odsunął delikatnie krzesło stojące z prawej strony, żeby stanąć blisko przy stoliku. Poczuł od razu zapach perfum, wyrazisty, trochę kwiatowy, złamany jakąś narkotyczną nutą opium albo palonego w kadzidle bursztynu. ─ Proszę latte ─ powiedział, ale nie zrobił odpowiedniej przerwy między słowami i zabrzmiało to trochę jak proszelate, jakieś słowo o włoskiej proweniencji. Kobieta spojrzała na niego i dałby głowę, że jest teraz podwójnie zdziwiona tym, że nie obsługuje jej kelnerka, która przyjęła zamówienie oraz tym z włoska brzmiącym proszelate.
─ Dziękuję ─ odpowiedziała głosem miękkim, głębokim, nadając słowu nienaturalne, ale wysmakowane brzmienie w opadającej kadencji. Miał wrażenie, iż upadło mu ono na buty jak porzucony przez wiatr liść.
Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Kiedy wrócił za bar, był podekscytowany. Nie wiedział, czy zerknęła do filiżanki, zanim zamieszała kawę. Czy w ogóle mieszała, czy podniosła ją do ust, nie odrywając wzroku od książki, a jego misterne dziełko rozpłynęło się, rozpuściło… Kiedy spojrzał na nią ponownie, czytała dalej, popijając od czasu do czasu z filiżanki. Oladżi, tak nazywał kelnerkę, która była z nim na zmianie, spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Głupia małolata ─ pomyślał ─ cieszy się, nie wiadomo z czego. Zaczął przygotowywać następne zamówienia i przestał się patrzeć w stronę nieznajomej. Poczuł się jak chłopiec, który ma wrażenie, że wszyscy w jednej chwili odkryli coś, co miało pozostać tajemnica.
Czytała Portret damy Henry Jamesa. To dobrze dopełniało jego intuicyjny rysunek postaci kobiety, która piła teraz przygotowaną przez niego kawę. To jeszcze bardziej go podkręciło. Rodzaj lektury zniwelował na chwilę jakieś bolesne dla niego poczucie dystansu, które odczuwał, kiedy przyklejał się do niej wzrokiem tego dnia. Pozwoliło mu to na stworzenie sobie przez chwilę pewnego rodzaju subtelnej duchowej uzurpacji do tej kobiety. Gdyby nie dziwne skrępowanie tą całą sytuacją, mógłby pozwolić sobie na nieprzystającą do jego charakteru spontaniczną zuchwałość i pomyśleć: mam prawo na nią patrzeć, bo czyta Henry Jamesa.
O dziesiątej wieczorem zwykle rozliczał kelnerki, gasił światła i zamykał knajpę. Tego dnia został dłużej. Poszedł do magazynku na zapleczu, wziął laminarkę do menu i wrócił za bar. Włączył urządzenie, usiadł, zapalił i wypuścił kłąb dymu, który na chwilę spowił butelki whisky oświetlone konikami. Od kilku godzin przeżuwał w myślach jedno zdanie z książki, którą tak dobrze znał, a która przerzuciła nagle pomost pomiędzy nim a nieznajomą. Nigdy jednak nie można przewidzieć, co by ze mnie zrobiła interesująca kobieta. Ta myśl lorda Warburtona pojawiła się przed nim tamtego popołudnia, kiedy wreszcie dowiedział się, co ona czyta. Dlaczego właśnie to zdanie? Pamiętał je dobrze, kiedyś spodobało mu się i spoczywało długi czas w jego głowie, aż nagle pojawiło się ożywione realną podnietą. Zastanawiał się, dlaczego jednak rezonowało w nim tak niepokojąco. Czy dlatego, że nagle wydarzenia tak gwałtownie przyspieszyły, napędzane własną dialektyką, nad którą nie bardzo panował? Może. Kiedy laminarka się nagrzała, wyciągnął z kieszeni świstek papieru, paragon, z którym przyszła na bar, na jego oczach złożyła wzdłuż podłużnej osi, postawiła tak usztywniony skrawek i pstryknęła, tak że wpadł pod blat. Dociął folię do rozmiaru papierka i zalaminował go. Potem usiadł, zapalił następnego malborasa i po raz kolejny przeczytał ten napis na odwrocie paragonu: Wiem, że patrzysz na mnie. Mam na imię Luiza. Ciekawe, co namalujesz na następnej latte?

Spotkanie

Przez pół roku ich znajomość była jak w wierszu Preverta:
Trzy zapałki

Trzy zapałki kolejno zapalone nocą
Pierwsza by zobaczyć twoje oczy
Druga by zobaczyć twoje usta
Trzecia by zobaczyć całą twoją twarz
I całkowity spokój
Aby wszystkiego nauczyć się na pamięć
Gdy obejmę cię swymi ramionami

Kiedy ją zobaczył, nie poznał. Tak jakby wyszła ze snu prosto w światło dnia, a on nie był w stanie przyłożyć do niej sennego szablonu. Stanęła kilkanaście kroków od niego, a potem odwróciła się i odeszła. Energicznym, sprężystym krokiem, kołysząc biodrami, jakby tańczyła. Potem patrzył na nią, jak siedziała przy stoliku na plaży i piła kawę. Był maj, promienie słońca przeczesywały piasek. Kto potrafi wyłuskać nieskończoną radość z jednej, ulotnej chwili, zna też następujący za moment atak melancholii. Teraz jest, ale zaraz jej nie będzie. Wstanie, zapłaci rachunek, wsunie krzesło i odejdzie. Ekstaza trwała tyle, ile zajęło mu wypalenie papierosa i wymówienie szeptem tych kilku słów z pieśni Mahlera: Ich leb’ allein in meinem Himmel, in meinem Lieben, in meinem Lied. Poznał nagle ten czuły smutek, który jest na dnie każdego uczucia, który przychodzi po wielkiej radości – strach, że zaraz się skończy… Paraliżujący wzrok Chronosa, który wszystko widzi, ujawnia i wyrównuje. In my beginning is my end

Nagły cios

Dzień był przepiękny. Schodziłem powoli na dolny Sopot. Zrobiło się ciepło. Po drodze do pracy wszedłem do empiku.Łaziłem między półkami, przewracałem literacką popelinę, czytałem po kilka zdań i odstawiałem na półkę. W końcu zauważyłem Wybór Zofii z okładką z kadrem filmu Pakuli, na której Kevin Kline i Meryl Streep. Wziąłem ją do ręki. Na trzeciej stronie dwa motta. Przeczytałem, znieruchomiałem. Nagle świat zapadł się, cały zgiełk, ruch, piękno zostały podcięte jak krzew róży ostrą łopatą. Rilke odkorkował butelkę, z której w jednej chwili wyskoczył Dżin zła, okrucieństwa, beznadziei, cierpienia. Zabrakło mi tchu w piersiach, zrobiło się duszno, musiałem wyjść. Zamknąłem oczy, nie mogłem patrzeć. To nieprawda, że tego, co się stało w historii już nie ma . To jest. Jest wyryte w kamieniach słów, i od tych słów powietrze będzie drgało gniewem do końca świata.

Kto wskaże dziecko, tak jak stoi,
Kto postawi je wśród gwiazd
I da mu w dłonie miarę odstępu?
Kto ulepi śmierć dziecinną z chleba szarego, co sczerstwiał
Lub pozostawi ją w okrągłych ustach
Niby pięknego jabłka pestkę?
Łatwo przejrzeć morderców.
Ale to: śmierć całą. Śmierć, jeszcze przed zaczęciem życia,
Tak łagodnie zawrzeć w sobie i bez gniewu,
To nie do opisania.

Rainer Maria Rilke – z czwartej Elegii Duinejskiej

… szukam w duszy przecięcia dróg,
Na którym Zło absolutne
Przeciwstawia się braterstwu.

Andre Malraux

Wiedźma (fragment)

Szwarc rzucił na stół duży zeszyt w sztywnej okładce. Notatnik przejechał po stole pod sam talerz detektywa i trącił brzeg talerza, na którym zatańczyła połówka niedojedzonego jajka. Bobrowski przytrzymał swoją wielką pięścią talerz i spojrzał na gospodarza wzrokiem, w którym zdziwienie mieszało się z ciekawością.
─ Co to jest?
─ Zobacz.
Bobrowski otworzył zeszyt na pierwszej stronie. Znajdował się na niej szkic ołówkiem: filiżanka, łyżeczka, dzbanek, jabłko, wazonik z kiścią jarzębiny – artystyczna wprawka dość wysokiej próby, jak to szybko ocenił według swojego artystycznego smaku detektyw. Zadrżały mu palce, kiedy przewrócił kartę notatnika. Druga strona stanowiła coś w rodzaju karty tytułowej. Ode mnie dla ciebie. Zawsze, zawsze, zawsze – napis był staranie wykaligrafowany, a litery ozdobione kolorowymi kunsztownymi, plastycznymi ornamentami jak w starych księgach pisanych ręcznie. Bobrowski podniósł wzrok na swojego przyjaciela i kilka razy dotknął kartki opuszkami palców.
─ Dlaczego nie pokazałeś mi tego wcześniej?
Szwarc usiadł ciężko na krześle, przegładził ręką włosy, sięgnął do kieszeni koszuli, wyciągnął papierosy. Chciał zapalić jednego, ale zrezygnował i rzucił paczkę na stół. Pojedynczego papierosa zaczął rolować wskazującym palcem, tak że drobiny tytoniu posypały się na blat. ─ Dała mi to kiedyś ─ powiedział skonsternowany, jakby nagle poczuł się winny jakiegoś poważnego zaniedbania.
─ Kiedy? ─ Bobrowski cały czas uderzał palcami w kartę otwartego zeszytu.
─ Nie pamiętam dokładnie. Na wiosnę. Może jeszcze zimą. Nie pamiętam dokładnie, naprawdę.
─ Czytałeś to?
─ Nie, nie czytałem. Powiedziała, że mam to tylko przechować…
─… Przechować? ─ Bobrowski przerwał niecierpliwym pytaniem. ─ Dlaczego miałeś to przechować?
─ Nie wiem, do cholery. Dostałem pewnego dnia paczkę i w środku było to…
─ … Mówiłeś, że ci to dała ─ detektyw znów przerwał Szwarcowi.
─ Dała na przechowanie, ale wysłała pocztą. W takiej dziurze nie podjeżdża się pod dom, wysiada, puka do drzwi i wchodzi z wizytą. Zaraz wszyscy wiedzą. W środku była karteczka – Przechowaj mi to proszę, nie pytaj dlaczego. Jak chcesz, możesz poczytać. Kartka jest w środku, w zeszycie.
─ Czytałeś?
─ Nie.
─ Dlaczego? Przecież ci pozwoliła.
─ Po prostu nie czytałem. Musiał być jakiś powód, dla którego nie chciała tego trzymać w domu, więc uznałem, że nie powinienem wtykać tam nosa.
─ Wtykać nosa ─ Bobrowski powtórzył jak echo. ─ A po jej zaginięciu nie kusiło cię, żeby zajrzeć?
─ Może i kusiło, ale nie czytałem.
─ Dlaczego?
─ Dlaczego mnie tak wypytujesz? Nie i już. To wygląda jak jakiś dziennik intymny. Uważałem, że to jej sprawy. Po prostu. Przechowaj to przechowaj.
─ Minęły dwa tygodnie, odkąd się tutaj miotam i nie przyszło ci do głowy, że ten zeszyt mógłby pomóc…
─ Przychodziło mi do głowy ─ Szwarc puknął końcem papierosa w stół i zapalił. ─ Ale…
─ … Ale co?
Szwarc wypuścił kłąb dymu pod sufit. Poczuł, że ostatnie pytanie nagle zmieniło status rozmowy. Poczuł się, jakby był przesłuchiwany.
─ Wiesz co, Bobrowski. Teraz żałuję, że przed chwilą rzuciłem ci to na stół.
─ Bo?
─ Bo…─ Szwarc zarezonował dziwnym głosem, w którym dało się wyczuć narastającą irytację ─ Bo to jej życie. Jej życie. Nie ma jej, nie może nic powiedzieć, zaprotestować, a jej życie wiesza się jak bieliznę na lince.
─ Dodaj jeszcze, że to ja wieszam.
─ Tak ty ─ warknął Szwarc.
─ To schowaj go z powrotem, tam gdzie był dotychczas ─ Detektyw zamknął i odepchnął od siebie notatnik. ─ W sumie wiem, o co ci chodzi ─ dodał. Rozumiem to.
─ Nie, ty tego nie rozumiesz. Tylko ci się tak wydaje ─ Szwarc wstał i podszedł do okna. ─ Bobrowski, nie rozumiesz tego. Stary nauczyciel włożył ręce do kieszeni spodni i zaczął się kołysać przed oknem w przód i w tył, jakby to miało mu pomóc w zebraniu myśli. ─ Powiem ci jedno, ta sprawa, sprawa Natalii uświadomiła mi coś. Zdałem sobie sprawę, że ─ Szwarc przełknął ślinę i długo milczał, zanim wypowiedział następne słowa. ─ Zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę jej nie znam, że nic o niej nie wiem, że nic nie wiem o żadnym człowieku z osobna, że o nikim nic nie wiem. Można sobie przykładać te całe psychologiczne szablony i tę inną cała naukowa paplaninę, że introwertyk, że ekstrawertyk, melancholik albo jakiś mix dziesięciu różnych typologii, ale to i tak do niczego nie prowadzi. Człowiek to nie są dwa patyki ułożone na krzyż…
─ Już to kiedyś mówiłeś.
─ Tak, mówiłem i powiem ci więcej, że człowiek, żeby żyć tak się sam przed sobą maskuje, że w sumie to nie wie, kim naprawdę jest.
─ A może właśnie tam ─ Bobrowski spojrzał na notatnik ─ może tam jest jakaś prawda o niej.
─ Może i jest, może nie ma. Zobacz, odwróć następną kartkę…
Bobrowski sięgnął po zeszyt. Otworzył go na trzeciej stronie. Zaczął czytać. Strona była zapisana linijka po linijce drobnym kobiecym charakterem pisma, staranie, bez skreśleń, jakby wcześniej treść była dokładnie przemyślana albo napisana na brudno:
Kochany, będę codziennie pisała do ciebie, mimo iż wiem, że nigdy tego nie przeczytasz. Czasami to uczucie tak mnie unosi, że nie mogę sobie dać rady. Widzę cię wszędzie, jesteś we wszystkim, co robię. Jesteś w moich snach, zawsze, zawsze, zawsze i nic tego nie zmieni. Zawsze wieczorem nucę tę piosenkę, tę przy której wtedy tańczyliśmy. To nasza piosenka, tylko nasza. Jesteś wtedy tak blisko, tak bardzo blisko. Na pewno nie zapomniałeś jej. Też ją pamiętasz:
I am the other half
And you are what I am for
I won’t lie to you or hurt you
I’m not like that anymore

I am with you all the time now
One soul. One mind. One heart.
The other half cannot be parted
From the other half
From the other half

Bobrowski zamknął nagle notatnik i wycedził przez zęby jakby sam do siebie:
─ Jest jeszcze ktoś…

Kilka ruchów pędzla

Budzik w telefonie. Dzwoni, raz, drugi. Teraz prysznic i śniadanie mistrzów: kawa i cztery Chesterfieldy. Miało padać od rana, ale jest słońce. Meteorolodzy nie wiedzą, co robią ich żony, a chcą zgadywać, gdzie są chmury. Bezdomny na Monciaku wydębił ode mnie fajkę i dwa polskie złote. Niech ma. Też jestem w jakimś sensie outsiderem… Kto zrozumie pozostających na uboczu społeczeństwa? Tylko ten, kto doszedł sam mniej więcej tak daleko w tej dżungli. W pracy załoga w komplecie, Piękna Jenny (jeny,,, jak mnie bolą nogi), Oladżi (Ola G,), gadulasta intelektualista, Lili samosia (do czego służą mężczyźni…), Simon, cook, zamknięty jak ostryga, silny, kawał chłopa, ale w środku jak muślinowa chusteczka. Zaraz zacznie się młyn. Aż do końca dnia dzień będzie odbijał się w morzu. Później kiedy lustro wody pociemnieje, noc gumką wymaże go, żeby przygotować miejsce następnemu. Dzień był i już go nie ma. Po kilku ruchach pędzla jest szkic, ale czy zostanie z tego coś więcej? Would love is not just imagination ?