Dom pod Lutnią

Kazimierz Orłoś, Dom pod Lutnią.

W dzisiejszych czasach literatura ułożyła się z rynkowymi prawami popytu, stąd też w księgarniach dominuje obwolutowa pstrokacizna, książka jest eksponowana jak żakiet, sukienka, czy modny płaszcz. Nie chodzi się już do księgarni po konkretną pozycję, to książka sama poluje na potencjalnego czytelnika. Pisarze piszą pod gusty odbiorców, kierując się specjalistycznymi badaniami zleconymi przez wydawnicze kartele. Czytelnik dzisiaj nie wie, czego chce; wie to natomiast wydawca i jego najemny twórca, który w mig spełnia życzenia swojego „pracodawcy”, produkując bestseller w oczekiwanym przez wydawcę czasie. Mam wrażenie, że powstały utworzone sztucznie tak zwane kanały oczekiwań, które są wypełniane treścią przez literaturę. Czyli ogólnie rzecz biorąc nastąpiła poważna zmiana, której istota polega przede wszystkim na odebraniu twórcy jego podmiotowości; na pozbawieniu centralnego miejsca twórczej idei, o różnej nota bene proweniencji, która jest spirytus movens każdego przedsięwzięcia artystycznego.
Dlaczego o tym piszę w kontekście powieści Kazimierza Orłosia? Poruszam tę kwestię, gdyż jego kreacja literacka pozostaje w opozycji do powyższego schematu. Autor Domu pod Lutnią kieruje się w swoich wyborach artystycznych własnymi kryteriami, ustala swoje hierarchie, nie pisze pod koniunkturę, reguluje po swojemu tempo narracji, nie epatuje sensacją, przemocą, seksem. Kazimierz Orłoś po prostu opowiada pewną historię, powoli, jakby leniwie, bez szczególnego dramatycznego napięcia. Stara się w ten sposób, co było dla mnie bardzo interesujące, przeniknąć, a raczej naśladować substancję życia. Co w taki razie jest substancją życia? Czas, po prostu czas. W tym kontekście to właśnie on, a nie bohaterowie tego dzieła: pułkownik Bronowicz, Tomek, Lili i inni, jest protagonistą tej powieści. Jest to czas w swojej jeszcze tradycyjnej proweniencji, układający się w swoim nurcie według pór roku i kalendarza liturgicznego. Jest to jednakowoż czas, który heroicznie próbuje wytworzyć antytoksyny przeciw bolesnym ukąszeniom Historii. Tomek, mały chłopiec zostaje wywieziony przez matkę z powojennej Warszawy na wieś. Codzienność mazurskiego zaścianka ma go uchronić przed niebezpieczeństwami życia w kraju przed chwilą „wyzwolonym” przez Sowietów. Ojciec Tomka został aresztowany i skazany w fingowanym procesie, jakich w tamtych czasach było wiele. I ta właśnie przymusowa banicja jest osnową tej w sumie krzepiącej opowieści. Najlepszym określeniem dla książki Orłosia jest – urzekająca. Czyli, trzymając się definicji słownikowej, zachwycająca urokliwa. Rzucająca na czytelnika specyficzny urok. Dlaczego taka jest? Właśnie poprzez to oddanie się, zanurzenie w czasie. Narratorowi jakby się nie śpieszyło w opowiadaniu. Chętnie przystaje, ogląda szczegół, drobiazg oraz wszystkie imponderabilia kształtujące codzienność, uczucia i stany ducha, pod których nieagresywnym naporem tka się tkanka każdego dnia z osobna, a te dni leniwie układają się w tygodnie, miesiące, sezony. Skąd się bierze ten urok? Czy nie z tęsknoty za leniwie upływającym czasem, za spacerami po mazurskich łąkach, łapaniem raków, jazdą konną, obserwacją ptaków, niespiesznymi posiłkami, długimi wieczorami? Czytając, odnosiłem wrażenie, że wszystkie zawiązujące się na kartach książki konflikty rozwiązują się same w myśl słów – nie dbaj (za bardzo) o jutro, jutro samo zadba o siebie. Katalizatorem tych konfliktów jest bardziej czas niż sami ludzie. To on obezwładnia, spowalnia, zaprasza do zanurzenia się w nim jak w nurcie spokojnej rzeki, pęta nogi pędzącym koniom Apokalipsy. Orłoś próbuje poprzez tok narracji uchwycić fenomen dzieciństwa, spojrzeć na rzeczywistość oczyma dziecka, przybrać maskę specyficznej uważnej naiwności, czyli takiego patrzenia na świat, które zachwyca się, kontempluje, ale jeszcze nie wie o nim wszystkiego, pozostaje w słodkiej nieświadomości. Mazury Orłosia są miejscem idyllicznej koegzystencji autochtonów, Polaków, Niemców, Ukraińców. Nie czuć tutaj typowej dla mieszanki narodowo-kulturowo-religijnej atmosfery samo podgrzewającego się tygla, którego eksplozja jest tylko kwestią czasu. Orłoś jakby chciał powiedzieć: dajcie ludziom spokój, oni sami zadbają o status quo, sami wypracują sobie kanały porozumienia, nie napuszczajcie na nich wściekłych psów Historii. Niestety, prawda rzeczywistości jest inna, trudna. Poróżnionymi jest łatwiej rządzić, wpuszczając pomiędzy nich kłamstwo, intrygę i manipulację. Świat Domu pod Lutnią jest przedstawiony z czułością, z nieustannym lękiem o jego trwałość, tak jak to robimy z dobrym, ale ulotnym snem, którego smak chcielibyśmy nosić jak najdłużej na podniebieniu, ale ten topi się nam w ustach jak cukrowa wata.

Voila

Jednym z zadań managera pracującego w gastronomii jest dbanie o dobro klienta, więc w drugim dniu pracy, podczas ulewnego deszczu skroiłem z 240 litrowego worka na śmieci dla uroczej pani taką oto pelerynkę:

pelerynka

Wojt

Kiedyś nie było telefonów komórkowych. Kiedyś nie miałem w ogóle telefonu. Nie było tego: bądź piętnaście po piątej u mnie albo za rogiem, albo w knajpie, albo w bibliotece, albo na ławce w parku. No, niektóre dziewczyny miały telefony w domu. Latałem wtedy do automatu na dworcu podmiejskim, wrzucałem piątkę i czekałem w deszczu na cichy szept po drugiej stronie.
─ I co z tą miesiączką?
─ Jeszcze nie ma.
─ Ile dni po terminie?
─ Siedemnaście.
─ Ja pierdolę, siedemnaście dni. Przecież się nie spuszczałem.
─ Wiem. Sama nie wiem, co się dzieje. (Wrzuć monetę albo rozmowa kontrolowana)
─ Dobra, musze kończyć, nie mam już monet. Postaraj się.
─ Dobrze. Zadzwoń znowu.
─Zadzwonię.
I tak to wyglądało. Kiedyś, dawno, dawno temu za siedmioma obrotami drogi mlecznej.
Polowanie na Wojta zaczynałem czasami od świtu. Od pierwszego carmena w pościeli z popielniczka na brzuchu, kiedy czerwony ognik fajki rozświetlał moją norę ze skośnym sufitem. Często delikatny kac łaskotał mnie po piętach, więc suchego, gryzącego karmenasa zapijałem wodą z kranu, myłem się, skrobałem półtępym polsilverem, nie przeglądając się w lustrze, ubierałem i wychodziłem na klatkę schodową. Schodziłem, nie zapalając światła. Znałem drewniane schody mojej stuletniej budy na pamięć, skrzypnięcie każdego stopnia w swojej indywidualnej tonacji. Wiedziałem, gdzie postawić stopę, żeby nie skrzypnęło, żeby nie pisnęło, żeby mnie nie zdradził ich śpiew w ciemności.
Kiedyś miałem dobre zewnętrzne oko. Potrafiłem się poruszać. Byłem wolny i to nie podlegało dyskusji, nie podlegało wymianie zdań, negocjacji. Wolność nie podlega negocjacji. Podnosiłem głowę w nocy i patrzałem bez strachu w niebo. Im wszechświat większy, tym lepiej i koniecznie bez żadnych granic. Jaka wewnętrzna wolność zniosłaby fakt, że kosmos gdzieś się kończy i jest obity blachą ocynkowaną. Zamknięty na kłódkę, na ciężki, metalowy skobel, na rozpaczliwe wrota, w które można tylko kopać czubkiem buta, klnąc i wyzywając siedzącą po drugiej stronie granicy milkliwą, nieprzyjazną i nie dającą się ogarnąć nicość.
Tak więc ruszałem szukać Wojta. Gdziekolwiek by nie był każdego dnia, tak samo wolny i młody w swojej zielonej kurtce literata z wieloma kieszeniami na notatki, długopisy, paczki papierosów, zapalniczki, drobne pochowane na czarną godzinę, godzinę nadżartą lekkim młodzieńczym kacem; kurtką podszytą sopockim wiatrem od morza, od molo.
Kiedy ja wsiadałem w żółto – niebieskie składy pociągu elektrycznego, Wojt sunął powoli w górę Chopina. Ostukiwał każdą chodnikową płytę swoimi podzelowanymi brązowymi półbutami, trzymając pod pachą aktówkę z notatkami, a jak nie miał ze sobą teczki, to na pewno z kieszeni wystawała mu jakaś książka z zagiętym rogiem na ostatniej stronię, którą czytał, popijając kakao w kuchni, albo która go tak porwała, że oddawał się lekturze, idąc w drodze na stację. Jak mnie spotka za kilka godzin na pewno powie: Szulc, coś ci przeczytam i będzie czytał, obojętnie w jakimkolwiek miejscu by to nie było: w przejściu między przedziałami pociągu, bez zważania na to, że słowa będą się odbijać od cudzych zdziwionych uszu, a on będzie nieprzytomny w tym czytaniu, jakby niczego innego poza literaturą nie było na świecie, jakby na początku była literatura, jakby Bóg był pisarzem, bo przecież tchnął w umysł i usta swojego niewykształconego syna gotowe metafory, porównania, elipsy, żeby nimi uwodził maluczkich nad jeziorem i uwalniał ich z przyrodzonego niewolnictwa. Tak za parę godzin będziemy się być może kołysać w przejściu podmiejskiej eskaemki. Wojt zatopiony w czytaniu, a ja zasłuchany i obserwujący na przemian krople deszczu wirujące na szybie, pchane pędem dzikiego październikowego powietrza, na przemian zdziwione miny naszych współpodróżnych, wyrwanych nagle z rutyny codzienności, na oczy wpatrzone w dwóch młodych półbogów zatopionych w nonszalanckiej niedbałości o jakiekolwiek jutro, nie dbających o czas, o pieniądze, o zdrowie, pławiących się w młodzieńczym najczystszym egoizmie, bezwstydnie szczerym, wyzywającym, budzącym jak zawsze zawistne zakłopotanie.
Na pewno wypyta mnie o niewidomego Borgesa, ciemnego Ernesto Sabato, symultanicznego Dos Passosa. Czytałeś to, czytałeś tamto? A ja powiem, że nie, nie zdążyłem jeszcze, ale wypożyczę i przeczytam. Szanujemy się mimo wszystko. Ja czytam mniej, on więcej. Ja szanuję jego wolność pożerania wszystkiego z literackiej kuchni, on szanuje moja wolność nieczytania wszystkiego, moje wolne czytanie, jakbym był przygłupawy, jakbym nie od razu łapał, nie rozumiał, musiał czytać po kilka razy. A jak już przeczytałem, to było to tak, jakby wiał przeze mnie ciepły, wiosenny wiatr i nic moi w głowie nie zostawało, tylko moja dusza była już inaczej ulepiona przez niewidzialne palce.
Ale ja na razie jeszcze jadę sam. Nie wiem, gdzie dzisiaj znajdę Wojta. Jestem gdzieś za Redą, jeszcze Rumia, Chylonia, Grabówek, śmieci pod nasypami, pijaczkowie zawsze obecni, nieprzemijający jak gwiazdy, kołyszący się na nogach z petami w ustach pozbieranymi wzdłuż torów, otumanieni najtańszym, patykiem pisanym, produkowanym nie wiadomo gdzie i nie wiadomo przez kogo, nadającym się raczej na truciznę na szczury niż na napój noszący miano wina. Pijaczkowie są na całej trasie od Wejherowa do Gdańska. Stoją grupkami, pęczkami, kontemplują stadia swojego powolnego upadku. Są solą tej ziemi.
Z reguły wygląda to tak. Wysiadam w Sopocie, idę w dół Szopena do domu pod kasztanem. Drapię się po drewnianych schodach. Otwiera mama Wojta, zawsze jakby trochę zakłopotana, ale zawsze uśmiechnięta. Mówię: „Dzień dobry, jest Wojtek?”, ona zawsze rozkłada ręce, jakby było jej przykro: „Przed chwileczką wyszedł, no naprawdę pięć minut temu. Niemożliwe, żebyście się nie spotkali.” No tak niemożliwe, ale Wojt mógł przecież iść w prawo w Fiszera, załatwić gdzieś, coś. Odwracam się i idę z powrotem na kolejkę. Wysiadam na Żabiance, potem na szago przez łąkę, tam gdzie teraz stoi futurystyczna ekonomia. Wchodzę na humanę i od razu do pana Kazia na portierni:
─ Widziałeś Wojta?
─ Nie jeszcze nie przyjechał.
─ Kurwa, gdzie on łazi…
Zawarliśmy pakt po pierwszych ćwiczeniach z wychowania fizycznego. Wojtowi musiało się spodobać, jak wyskakiwałem ponad siatkę i waliłem piłką w chuderlawych studentów filologii, którzy przewracali się, padali, próbowali niezdarnie odbijać piłkę; mnie się w nim spodobała jego poza przywódcy stada, poza, której nie musiał komunikować, była wypisana na jego czole i każdy, kto znalazł się blisko niego zaraz łapał się na jego silna orbitę.
Tak więc w szatni, po kąpieli usiedliśmy na ławkach i patrzyliśmy na swoje młode, szczenięce jeszcze facjaty i nikt się nie odzywał, bo nie wiedział z jakiej nuty rozpocząć, żeby się nie ośmieszyć. Każdy miarkował odpowiednią tonację, żeby nie była za bardzo napuszona, żeby była adekwatna, żeby nie zdradzała od razu wewnętrznego dygotu. Ale i tak każdy musiał przeszacować, podszacować samego siebie w pierwszym zdaniu. Wyciągnąłem fajkę i zapaliłem. Wojt też. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy, reszta siedziała jeszcze w milczeniu. W końcu Wojt odezwał się, jakby tylko do mnie:
─ To co, piwo?
─ Piwo ─ odpowiedziałem bez wahania, jakby to musiał być jedyny oczekiwany odzew w tym pakcie założycielskim przyjaźni, jak pokazanie w saloonie na swój pas, w którym błyszczą colty. Do naszej pierwszej hucpy dołączyło się jeszcze dwóch: jeden chudy na patykowatych nogach, równie chudych i nienaturalnie długich rękach – Dunaj i uwularny Marek, blondynek, który żegnał się już powoli w tym wieku ze swoją rzadką jasną fryzurą.

Wiedźma (fragment)

Bobrowski siedział w pokoju Natalii. Lustrował wzrokiem każdy zakamarek tego, tak mu się wydawało zupełnie sterylnego i czystego, pomieszczenia. „Jeżeli to ma w czymś pomóc, niech pan szuka, szuka czegokolwiek, gdziekolwiek: ─ tak mówił do niego jej mąż, stojąc w progu oparty o futrynę, jakby się bał, jakby miał jakieś opory przed wejściem do tego pomieszczenia, w którym przebywała jego żona. Bobrowski czekał, aż Stawicki się oddali. Potem zaczął chodzić od drzwi do okna, otwierał drzwi garderoby, patrzał na poukładane równo na półkach buty. Letnie, zimowe, na obcasach, na płaskiej podeszwie, wizytowe, wieczorowe, sportowe. Wszystkie nienagannie utrzymane. Niektóre unosił, oglądał podeszwy, odkładał. Żadnego zabrudzenia, cząstki ziemi, źdźbła trawy. Potem sukienki, płaszcze, kurtki, równo wiszące na wieszakach; spodnie poskładane na półkach. Przy oknie stała kunsztowna komoda z ciemnego mahoniu, z lustrem w drewnianej oprawie zdobionej ornamentami z pozłacanego metalu. Wysunął górną szufladę. W środku była bielizna, czysta, wyprasowana, poukładana równiutko. Mężczyznę uderzył zapach jakiegoś środka do prania, a może do płukania. Woń kwiatów. Wsunął szufladę z powrotem. Poczuł się dziwnie przez chwilę, jak ktoś, kto naruszył bez pozwolenia granicę czyjejś intymności. Usiadł w skórzanym fotelu. Poczuł nagle, że dzieje się z nim coś dziwnego. Nigdy nie widział tej kobiety, ale przez tych kilka dni budował sobie jej obraz. Widział fotografie, czytał fragmenty pamiętnika, odtworzył jej wewnętrzny profil. Mógłby przysiąc przed samym sobą, że widzi ją kiedy przymknie oczy; słyszy nawet odgłos jej kroków, kiedy idzie po schodach, a później po parkiecie w korytarzu, w amfiladzie pokoi, tym krokiem, jak mówił Stawicki: „Jakby tańczyła… Wie pan Natalia chodziła, jakby tańczyła.”
Brakowało mu jednego. Zapachu. Nigdzie nic. Wszystko, czyste, uprane, posegregowane, poukładane. Nie miał się czego uczepić. Brakowało mu jakiegoś szlafroka rzuconego na łóżko, nocnej koszuli z zapachem snu, T-shirta przerzuconego przez poręcz krzesła zanim powędrował do kosza na bieliznę. Zapach, jej zapach. Obsesyjność tej myśli stała się w tej chwili w jakiś sposób niewygodna dla niego. Nie lubił myśli, które osaczają i nie chcą odejść zdmuchnięte. Nad którym traci się kontrolę. Absurdalna tajemniczość zniknięcia tej kobiety zaczynała go wyprowadzać z równowagi. „Jej zapach…” ─ znów zakołatało mu w głowie „… potrzebuję jej zapachu”. Przez chwilę ujrzał obraz rozsypanej na podłodze bielizny. Prosto z kosza czekającego na wrzucenie do pralki. Majtki, koszulki, rajstopy, biustonosze. We wszystkim echo woni jej potu, perfum, ślad kobiecości, tej kobiecości, której być może już nie ma. W pewnej chwili Bobrowski zerwał się z fotela jak oparzony i wyszedł z pokoju.
Szybkim krokiem zszedł po schodach i prawie w biegu podał dłoń gospodarzowi, rzucając za siebie przez ramię krótkie, szczekliwe: ─ Do jutra.

Pendolino, Mozart i Ty

20150411_133820[1]

Zapodróżowałem Pendolino. Czas niezły: Kraków-Sopot, 5 godzin, czterdzieści jeden minut. Dużo plusów i trochę minusów. W pociągu czysto, kawa, woda mineralna i soki za darmoszkę, w toalecie klapa sedesowa nie opada, w głośnikach Szopen. Fajnie. Tylko dlaczego przy rozstawianiu foteli brano za wzorzec włoskich konusów? Dwóch facetów mojej postury nie usiedziałoby długo naprzeciwko siebie na miejscach przy oknie. Być może Al Pacino z Dustinem Hoffmanem nie trąciliby się kolanem… No i sprawa palenia. Zupełny brak tolerancji dla palaczy. Nigdzie nie można palić, ani w pociągach, ani na peronach. W sumie dałem trzy machy w Warszawie Zachodniej i cała fajka w Iławie pod bokiem SOK-istów. Jeden nawet szturmował na mnie, ale zwiałem do pendolina. Więc tu pytanie: dlaczego fajki i alkohol sprzedaje się prawie wszędzie, a prawie nigdzie nie można pić i palić? No dlaczego?
Gadających w pociągach coraz mniej. Każdy ucieka w matrix. Laptopy, smartfony, słuchawki na uszach. Tylko młody mężczyzna naprzeciwko mnie odbębnił rytuał, rozłożył laptopa, ale gapił się cały czas w okno. Kiedy go zagadałem, nie odpowiedział. Przykleił sobie tylko uśmieszek i dalej patrzył na migające za oknem brzozy i świerki. Może dlatego, że był z Warszawy… Tak więc i ja odizolowałem się i spędziłem te kilka godzin z Wolfgangiem Amadé. Chcesz nastroić serce, słuchaj Mozarta. Mozarta zaczynam słuchać wiosną, a kończę jesienią, ta muzyka potrzebuje słońca. Na późną jesień jest Beethoven, Mahler. Na zimę ciepły Bach i Haendel.
Mozart jest jak balsamiczny miód. Naprawia rozklekotane nerwy. Wlewał mi się ze słońcem w żyły, unosił mnie wysoko. Jednał ze światem. Leci kwartet: Wiolonczela, Skrzypce, Altówka i Obój. To nie muzyka, to czuła rozmowa. Obój mówi: dzisiaj taka piękna pogoda; Wiolonczela: ─ tak, tak, kochanie masz rację; Altówka: ─ wyjdźmy więc do ogrodu, popatrzmy na kwitnące jabłonie; Skrzypce: ─ weźmy kieliszki czerwonego wina w dłonie; Obój (czule): ─ tak, tak, obejmijmy się i wyjdźmy na przestwór.
Kiedy chodziliśmy po mieście, Maleńka, odczytywałaś wszystkie napisy, reklamy, szyldy. Potrafisz już czytać. Czekałem na tę chwilę. Będę Ci objaśniał świat, najlepiej, najdokładniej, najczulej, jak potrafię.

Rozmowa

─ Tatusiu, ja bym potrzebowała do szkoły jakieś przyrządy do badania i leczenia.
─ Musisz to mieć na lekcje?
─ Tak, będziemy mieli taką lekcję z przyrządami.
─ A o jakich przyrządach myślisz? Chodzi ci na przykład o takie słuchaweczki, jakie ma lekarz do badania i nosi na szyi.
─ Tatuś, ty nie potrafisz używać słów? To się nazywa stetoskop.

Glossa

Glossa po Wielkanocnej rozmowie z przyjacielem

Obudziłem się zapaliłem papierosa i pierwsza fraza, która tego ranka wykluła się w mojej głowie brzmiała następująco: jesteś naiwny. Odpaliłem laptopa, bo jakoś wytarła mi się w pamięci definicja tego słowa i oto, co znalazłem: odznaczający się zbytnią łatwowiernością, szczerością, niemający doświadczenia, sprytu; dziecinny, łatwowierny, głupi. Co z tej definicji pasuje do mnie? Jestem łatwowierny. Szczery? Nie do końca. Niemający doświadczenia. Mam duże doświadczenie. No tak, wiec dlaczego jestem naiwny? Spryt też mam. Dziecinny. Tak, jestem dziecinny. Boje się stać dojrzały, tak jak boję się starości i śmierci, więc podtrzymuję w sobie zachowania i postawy dziecinne. Głupi też nie jestem. Skoro nie jestem głupi jak mogę być naiwny? Manipuluję sam sobą. Ale chyba nie. Jestem naiwny, bo chciałbym, żeby świat był taki, jak go sobie wyobrażałem, kiedy miałem kilkanaście lat. Czyli ja mały i naiwny, dorośli duzi, mądrzy i szlachetni. W jaki sposób jestem naiwny? Najpierw robię, potem myślę. Rzucam serce za przeszkodę, nie wiedząc, czy dam radę przeskoczyć. Idę nocą bez lęku do ciemnego lasu, ale na prostej drodze potrafię wejść w krowie gówno. Zawsze ktoś mnie nabiera w prima aprilis. Jak poznaje kobietę, zawsze zakładam, że się w niej zakocham.
To w końcu dobra ta naiwność czy nie? Dużo plusów i dużo minusów. Kto wyczuje ją u mnie, zaczyna ze mną pogrywać. Jestem też wyrachowany. Każdy jest wyrachowany. Wyrachowanie to implikacja instynktu samozachowawczego. Jestem wyrachowany, ale najpierw naiwny. Dopiero, kiedy wpadnę w tarapaty, rachuję, jak się z biedy wygrzebać.
Skoro jestem naiwny w tym wieku tak jak byłem za młodu, muszę też trochę wierzyć i tęsknić za tym co szumnie nazywa się ideałami. Chciałbym być dobry, uczciwy i prawdomówny, ale nie byłem. Byłem raczej kawałem s..syna. I raczej nie mogę bez rozliczenia się z przeszłością wkroczyć w jesień wieku spokojnie. Naiwność nie pozwala. Nie poznałem Króla Drozdobrodego, więc muszę iść na koniec w ciężką służbę, lepić gliniane garnki z resztek niechlubnej przeszłości, które i tak huzar stratuje kopytami. Kiedy Król Drozdobrody pojawił się, byłem akurat pyszny, nie naiwny. Gdybym był tylko naiwny, byłbym szczęśliwy zbierając spokojnie od życia kopniaki i miedziaki. Ale nie byłem tylko naiwny, byłem też inteligentny. A rozum po to, żebym mógł spoglądać w tę szczelinę, która tak zieje, Jak mówi Elliot pomiędzy intencją a czynem; szczerym zapałem szlachetnej naiwności, a działaniem, choćby było jak najbardziej nieskazitelne, a które na tym świecie nigdy nie jest czyste, bo wypływa z naszej gorzkiej, naiwno-wyrachowanej duszy. Bóg zapłać.

Oskar V. de Lubicz Milosz – L`amoureuse initiation

Umiemy już obchodzić się bez miłości prawdziwej. Ale żyć bez niej, to wegetować z niewiedzą o wieczności, to niedorzecznie przeżuwać, w samym łonie pięknej i żarliwej realności, bluźnierczą skargę czasu zbyt krótkich radości i nazbyt długich niepowodzeń. Wybrane stworzenia miłości, władcy rzeczy wieczystych, przełamaliśmy nasze wszechmocne życie na dwie jałowe i posępne części, z których jedna służy nam do zabijania teraźniejszości, druga zaś do opłakiwania tego, co było; oto dlaczego istoty predystynowane do miłosnych uniesień staja nad grobem nigdy nie poznawszy, w swoim przejściowym stanie na tej ziemi, niczego innego poza znudzeniem i ubolewaniem.

Powracałem wtedy spojrzeniami do Klarysy – Annaleny i moja upojona dusza podejmowała znowu: Spójrz, ona jest piękna i jest samym życiem! Nie pogardzaj nią, nie żądaj od niej zbyt wiele; nie wiem ona bowiem, co ofiarowuje. Przygarnij ja tkliwie, patrz na nią miłośnie, mów do niej łagodnie, nie zgłębiaj niczego: ona jest życiem i nie wie, czym jest. Prawdziwa miłość jest niepodzielna i samotnie stanie wkrótce oko w oko sama ze sobą. Ona zaś jest po prostu życiem: kochaj ją czule, bo jej chwile są policzone. Śpiesz się ze swoją miłością do niej, bo późno robi się w dniu świata. Zapomnij, kim jest; ma oczy, usta, głos i płeć; jest stworzeniem miłości, twojej własnej miłości. Jeśli ją osądzisz, będziesz osądzony. Jeśli ja kochasz, będziesz kochany. Jeśli ją porzucisz, miłość zasłoni sobie twarz i powrócisz do niewyobrażalnej nicości.

Miłość bowiem, panie kawalerze, miłość nawiedza serca kamieni i właśnie na byle kamyku, przenikniętym czułością i podniesionym gdzieś na odludnym wybrzeżu, złamią się w dniu sądu zęby Kłamstwa i Pychy.

Urząd sędziego jest tylko swoistym haraczem, który płacimy księciu tego świata, ojcu kłamstwa; dozorca więzienny i kat byliby dla większości z nas wystarczającym ideałem sprawiedliwości; nie dość bowiem ukontentowani faktem, że w drapieżności przewyższamy tygrysa, w podstępie lisa, a w jadowitości żmiję, potrafimy dodać jeszcze do tych zwierzęcych przewag właściwość czysto już ludzką, jaką jest duch zemsty. Większość ludzi po trzydziestce to po prostu ci, których utrzymuje przy życiu duch zemsty. Mścimy się za zło, które nam wyrządzono; mścimy się za dobro, które wyświadczamy; i dlatego właśnie nasze życie przypomina stos skrwawionego łajna. Miłość, wybaczenie win, współczucie! Cała możliwa wielkość i cała rzeczywista podłość człowieka! Proszę pomyśleć chwilę o urzekającym i strasznym misterium czystego uczucia, a wyraziście objawi się panu wizja potwornego barbarzyństwa, które zewsząd otacza nas ciemnością, pomimo wysiłków chrześcijaństwa w ciągu osiemnastu wieków. Niestety! Jak długo trzeba nam będzie wyglądać powrotu Tego, który ofiarować ma słabym, zgryzionym, szpetnym na duszy i ciele odrobinę swojej cudownej litości, mocy, pogody i uosobionego piękna? Kiedy nauczymy się wreszcie boleć nad Pięknem i Radością?

Trwałość ziemskich miłości mierzy się melancholią skrytą pod rozkoszami, które nam przynoszą; przyjemność rozporządzania tak zwana realnością rzeczy niewielka jest w porównaniu z uduchowionym cierpieniem płynącym z niewiedzy o rzeczy tych przeznaczeniu.

Czułość jest przenikliwsza niż doświadczenie największego mędrca, płodniejsza niż czerwcowa noc, misterniejsza od jaskółczej architektury. W głębi czułości, w czystym wnętrzu tego boskiego kwiatu, plamionego bezmyślnie przez ohydne i podłe kłamstwo ludzkie, wszystko jest, tajemnica i słodyczą.

Niemniej jednak, chociaż nie ma prawdy dla naszego rozumu, istnieje prawdziwość dla naszego uczucia, prawdomówność, troska o dokładność, która w porządku duchowym stanowi wyraz praw materii. Jeśli z obojętnym sercem mówisz: Kocham albo Widzę, czy Czuję, kiedy twoje oczy są zaćmione, a zmysły pogrążone we śnie, powodujesz tym samym nieodwracalne zakłócenia w naturalnym biegu rzeczy; ostre i zgrzytające ziarenko kłamstwa wciska się w najwrażliwsze tryby mózgu i sam dla siebie stajesz się zaraz bezimiennym przedmiotem, słowem bez znaczenia, rzeczą, która jednocześnie istnieje i nie istnieje. Wielkim i strasznym nieszczęściem jest uważanie siebie za sceptyka, podczas, gdy się jest po prostu kłamcą.