Marillion – Fantastic place

─ Wyobraź sobie, że złapałeś złota rybkę i masz podać trzy życzenia, czego byś zapragnął?
─ Sam nie wiem.
─ Kasy, kasy kasy….
─ E tam. Od kasy wieje smutkiem.
─ No to czego byś chciał.
─ Już wiem.
─ No, gadaj.
─ Po pierwsze skomponować taką piosenkę jak Fantastic place Marillion i ułożyć taki tekst. Po drugie zaśpiewać ją takim głosem jaki ma Steve Hogarth.
─ No, a po trzecie?
─ Zrobić to dla kobiety, którą kocham i która odwzajemnia moje uczucie.
─ Matko, ale jesteś banalny. I przechlapałbyś trzy okazje na takie bzdety.
─ Przechlapałbym.

Zawsze wymaga wysiłku
Pozwolić komuś odejść
Wiem, że posiadać kochanka
To naturalna żądza.

I możesz przycisnąć mężczyznę,
Aż weźmie się za picie,
Da Ci wszystkie pieniądze,
Ale ciągle nie będziesz wiedziała co myśli.

Weź mnie w fantastyczne miejsce,
Zostaw resztę mojego życia daleko,
Weź mnie w fantastyczne miejsce,
Zostaw resztę mojego życia daleko.
Weź mnie na wyspę,
Będę oglądał deszcz nad Twoim ramieniem,
Światła ulicy w wodzie,
Chwile poza prawdziwym życiem.

Nigdy nie mogłem śnić, gdy spałem
Obejmij moją duszę
I weź ją do tańca..

Weź mnie w fantastyczne miejsce,
Zostaw resztę mojego życia daleko,
Weź mnie w fantastyczne miejsce,
Zostaw resztę mojego życia daleko.

Weź mnie na wyspę,
Będę oglądał deszcz nad Twoim ramieniem,
Światła ulicy na mokrym kamieniu,
Chwile poza prawdziwym życiem.
Powiedz, że mnie rozumiesz,
A ja całkiem porzucę siebie,
Przebacz, jeśli się gapię,
Ale widzę wyspę za Twoimi zmęczonymi, zatroskanymi oczami.

Weź mnie na wyspę,
Powiem Ci wszystko, czego nigdy Ci nie mówiłem,
Chłopiec, którego Ci nigdy nie pokazywałem.
Więcej niż dałem w życiu.
Weź mnie za rękę
Albo mnie zabijesz, albo ochronisz,
Weź mnie na wyspę,
Pokaż mi, czym może być prawdziwe życie.

Wiedźma (fragment)

Bobrowski zobaczył Szwarca w ostatniej chwili. Samotnik siedział na swojej ławeczce pod świerkiem. Auto zatrzymało się z piskiem opon. Bobrowski wysiadł, otworzył furtkę, przeszedł żwirową alejkę i usiadł obok Szwarca.
─ Jak ci mija dzień ─ wyciągnął z kieszeni swojej skórzanej marynarki paczkę marlboro i wyciągnął w kierunku gospodarza.
─ Spokojnie ─ Szwarc wyciągnął papierosa, obejrzał go i włożył sobie do ust. ─ Siedzę tutaj pół dnia i liczę przejeżdżające auta.
─ Niezłe zajęcie. Mógłbyś jeszcze spisywać numery rejestracyjne.
─ Właściwie to mógłbym… Przydało by ci się to?
─ Może by i się przydało. Sam nie wiem, czego się chwytać. Wszystkie nitki, za które chwytam urywają mi się pod palcami. Bobrowski wyciągnął zapalniczkę i przypalił papierosy gospodarzowi i sobie. ─ Niemożliwe, żeby ta kobieta zapadła się pod ziemię. Nikt nie zapada się pod ziemię. Zawsze zostaje jakiś ślad, coś, choćby włos, złamany paznokieć, zapach. Mężczyzna zaciągnął się, oparł łokieć na swoim kolanie, a dwa palce, w których trzymał papierosa wsparł na czole.
─ Był taki film ─ Szwarc spojrzał na zadumanego detektywa ─ „Piknik pod wiszącą skałą”. Grupa dziewczyn ze szkoły dla panie z dobrych domów wybrała się z opiekunką na wycieczkę w takie małe góry. Kilka z nich odłącza się i znika, wyparowuje na tych skałach. Nigdy się nie odnajdują, jakby wessał je kosmiczny wir.
─ Po co mi to mówisz? ─ Bobrowski ocknął się z odrętwienia.
─ Dlatego ci to mówię, że może nigdy jej nie znajdziesz.
─ Znajdę. W głosie detektywa brzmiało wciąż echo niesłabnącej pewności, co do powodzenia swojej misji. ─ Znajdę ─ powtórzył z jeszcze mocniejszym akcentem ─ i wiesz, co ci powiem, tutaj już nie idzie o moje honorarium, nie idzie o kasę… myślałem, że to będzie prosta sprawa, ale sam się w tym zaplątałem jak w jakąś sieć. Chodzę, pytam, gadam z ludźmi, a oni milczą albo klepią jakieś banały. I ten ich uśmieszek, jakby byli sami dysponariuszami jakiejś tajemnicy. Wkurwia mnie to. Och, jaka ona była wspaniała, mądra, uprzejma i zaraz potem ten uśmieszek. Tak bardzo żałujemy, że jej nie ma, to taka strata, tęsknimy za nią i uśmieszek.
─ Upij kogoś, to może coś wyciągniesz.
─ Już tego próbowałem.
─ I co?
─ Nic. Sam miałem tylko kaca na drugi dzień.
─ Kogo tak testowałeś?
─ Dąbrowskiego. Łeb ma mocny, ledwo sam dałem radę. Chwiał się na taborecie i cały czas powtarzał, że wszystko wie i zaraz mi powie. Podnosił palec ku górze, gapił się w sufit i klepał w kółko tę swoją mantrę: poczekaj, zaraz ci powiem, wiem wszystko. Potem zasnął i spadł ze stołka. Wtargałem go z jego żona na łóżko, a ona do mnie, bo siedziała w kuchni i wszystko słyszała: Niech go pan nie słucha, on w tyłku był i gie widział. Tylko tak klepie, żeby się nachlać. Następnego dnia koło południa wróciłem. Pytam go, co chciał mi powiedzieć, a on udaje głupiego, że nic nie wie i nic nie pamięta.
─ Nic nie wie. Chce być ważny chociaż przez chwilę, więc się puszy. Natalia to dla niego pierścienie Saturna. On patrzy na człowieka tak jak na kurę, jakie ma pióra i czym się żywi. Nic więcej. Kiedy kogoś się chwali, on też wpada w zachwyt, kiedy ludzie zaczynają kimś pogardzać, on też będzie pogardzał. Oni tutaj wszyscy tworzą taki jeden organizm, taką amebę, jakby byli jedną komórką. Niby wszyscy się nienawidzą, ale trzymają się razem, z przyzwyczajenia, z nawyku, ze strachu. Sam nie wiem na czym to polega. Jak poczują sensację, szybko się organizują w tym swoim organizmie, podpełzają i wypluwają tam gdzie trzeba swoją zbiorową porcję jadu. Nie pozwalają takim ludziom jak ona wniknąć w tę swoja galaretę. Ona jest dla nich z za wysokiej półki. Nikt nie może być z wysokiej półki. Kto nosi za wysoko głowę, choćby nie wiadomo jak był wspaniały, miły, mądry, empatyczny nie może wejść z nimi w układ. Chyba że…
─ Chyba że ─ Bobrowski powtórzył jak echo głos Szwarca.
─ Chyba że sprowadzą go na klęczki, na kolana, do parteru.
─ Ja pieprzę, ty tego wszystkiego nie mówisz poważnie Szwarc.
─ Jestem teraz śmiertelnie poważny, aż mnie ciarki przechodzą.
─ Kurwa, ale ona była przecież w porządku…
─ Właśnie dlatego.

Bez tytułu

Myślisz, że to takie proste?
Wydaje ci się, że śmierć
Nie byłaby najgorszym rozwiązaniem?
Ale najpierw przychodzi strach.
Zaciśnięty w pięść, z paznokciami
Wbitymi w skórę.
Nie przed nią,
Ale przed życiem, które poszło pod młotek.
Kurtyna opadła, a ty dalej stoisz.
Żadnych gwizdów ani braw,
Trochę plotek i gorliwej ciekawości,
Aż twój temat się znudzi.
Aż znikniesz, roztopisz się
Jak resztki kwietniowego śniegu.
Zostanie tylko jakiś jeden głos,
Kogoś, kto pójdzie uparcie za tobą.
Przymierzyć do twojej
Swoją samotność.

Dziewczyna z bloku 19B

dla Marty

Dlaczego podcięłaś sobie życie,
Gałązko wiosennej jabłoni,
Płatki bieli i różu dlaczego
Spadały zdmuchnięte w rzekę krwi?
Dlaczego podcięłaś świat,
Dotyk słów, przepływ spojrzeń,
Czułość stokrotek na majowej łące.
Poranny gong słońca,
Klarnet księżyca?
Czy podcięłaś tę miłość,
Która mówi: nie
I odwraca twarz
Do obojętnego profilu,
A sufit w twoim pokoju przestaje być
Codzienną mapą nieba pełną gwiazd?
Chociaż cię nie pytam,
Ty mi odpowiadasz,
Kiedy się mijamy
Tym uśmiechem
Słabej iskry,
Przeskakującej w ciemność.