Polecam film

No i powaliło mnie. Przez ostatnie dwa miesiące obejrzałem sto dwadzieścia kilka filmów, klasykę, nowości, komedie, dramaty i kiedy już chciałem dać sobie spokój, bo ogarniało mnie znużenie, znalazłem bombę. „Wolny strzelec” (oryg.: „Nightcrawler”, czyli dżdżownica, nocna wesz?) Dana Gilroya (debiut reżyserski!!!) z ubiegłego roku zbił mnie z nóg. Film jest doskonały kadr po kadrze, sekwencja po sekwencji, fascynujący i obrzydliwy zarazem jak i jego główni bohaterowie: Louis Bloom (Jake Gyllenhaal) i Nina ( Rene Russo).
Poznajemy faceta, jak kradnie metry siatki ogrodzeniowej i inny złom, żeby zarobić na życie. Prowadzi z racji swojej wymuszonej profesji nocny tryb życia. Pewnego razu trafia na autostradzie na wypadek. Zatrzymuje się, ogląda akcję ratowniczą i pracę ekipy telewizyjnej. Rozmawia z kamerzystą i chyba w tym momencie połyka haczyk. Myśli sobie, chcę to robić, to jest to, czego szukałem całe życie. Następnego dnia kradnie rower i zamienia go w lombardzie na kamerę i policyjny skaner, dzięki któremu dowiaduje się szybko, co się dzieje nocą w mieście. Dzięki informacjom przechwytywanym na gorąco pędzi na miejsce wypadku, wciska się z obiektywem najbliżej jak tylko można i nagrywa umierającego w wyniku napadu mężczyznę. Udaje mu się to sprzedać stacji telewizyjnej i jego news idzie o szóstej rano w wiadomościach. Zaczyna się kariera Louisa, inteligentnego socjopaty, ale jest to socjopatia kapitalnie nadająca się do tego czym zajmuje się nasz bohater. Brak sumienia, poczucia winy, empatii, skrupułów, umiejętność manipulowania – to wszystko jest gotowe w tym człowieku i zostaje poparte technikami public relations, których mężczyzna uczy się z Internetu. Przechodziły mnie ciarki, kiedy słuchałem kwestii Louisa – ten człowiek nie mówił, on odtwarzał z siebie gotowe taśmy technik manipulacji medialnej, na każde pytanie miał gotową odpowiedź, nic od siebie, jakby chciał się odciąć od swojego człowieczeństwa barierą sztucznego języka. Jestem Skuteczność Działania, nie będziesz miał innych bogów przede mną – to credo jego dekalogu, które automatycznie niweluje pozostałe przykazania, jednym słowem, hulaj dusza, piekła nie ma. Jest tak skuteczny, że pewnego dnia przybywa na miejsce zbrodni przed policją. Nagrywa nawet morderców, potem wchodzi do domu, gdzie popełniono przestępstwo. Filmuje konające ofiary, nie udzielając oczywiście pomocy. Jest w swoim siódmym niebie – piekle. Zdobył niesamowity materiał, który jego równie cyniczna przełożona Nina, szefowa wiadomości kupuje od niego natychmiast i puszcza na antenie po niewielkim montażu. Louis oczywiście posuwa się dalej. Zataja przed policją fragment, w którym nagrał uciekających przestępców i sam bierze się za kreowanie rzeczywistości. Ze swoim pomocnikiem, Rickiem sami odnajdują przestępców, śledzą ich, a kiedy okoliczności im sprzyjają, wzywają policję i kręcą na żywo strzelaninę i pościg, podczas którego ginie Rick, a Louis oczywiście kręci moment śmierci swojego współpracownika.
Obrzydlistwo? Czy aby na pewno? Pomyślałem, czy aby nie uczestniczymy w tym gównie wszyscy, gapiąc się na poranne wiadomości i zajadając owsiankę? Czy aby cała dziejąca się rzeczywistość nie jest w taki czy inny sposób kreowana? Czy Louis jest tylko odrażającym wyjątkiem świata czwartej władzy, czy jest tylko jednym z nich, krwiożerczych nocnych wszy, zarabiających na ludzkim nieszczęściu? Co jest motorem napędzającym media, czy smutna konieczność informowania o nieszczęściach tego świata, czy może uczestniczymy wszyscy już tylko w wielkim ogólnoświatowym rzeźnickim show przerywanym reklamami? Skuteczność działania nakazuje przekraczać wszelkie granice Louisowi. A co nam ludziom nakazuje rozsądek? Potłuc telewizory? Chyba nie. Kupujemy coraz większe plazmy i gapimy się na świat spływający krwią w poczuciu bezpieczeństwa, narkotycznego, otumaniającego, tak długo, aż To… nie zapuka do naszych drzwi. Czy aby nie lubimy sensacji, czy nie przesuwamy ostrzem noża po własnej skórze, bo to nas najbardziej kręci?
Patrząc na Louisa Blooma, urodzoną gnidę, pomyślałem, że wydestylowany z rzeczywistości dla potrzeb sztuki musi budzić obrzydzenie, a jednak… Jest skuteczny, robi karierę, jest człowiekiem na miarę czasów. Bohater naszych czasów, można powiedzieć za Lermontowem. Pomyślałem też, jak daleko musimy zabrnąć w naszym szaleństwie, w propagowaniu Skuteczności, Opłacalności, Zysku? Czy tak daleko, aż do miejsca, kiedy już nie będziemy mogli z obrzydzenia patrzeć na siebie i skoczymy jak biblijne świnie do morza?
Czy w przyszłości czekają nas takie relacje międzyludzkie, jak to pokazuje scena z filmu, kiedy Nina i Louis jedzą „romantyczną” kolację?
Louis: jesteś piękna o każdej porze dnia. O wiele ładniejsza niż Lisa Mays. Podoba mi się przydymione oko i twój zapach.
Nina: Skąd pochodzisz?
Louis: Z północnego krańca doliny. (…) Ty pochodzisz z Filadelfii?
Nina: Skąd wiesz?
Louis: Z Internetu. Jest tam wszystko na twój temat. W każdym razie dużo. Obejrzałem wszystkie twoje relacje. Pewnie często do nich wracasz.
Nina: Nie bez kieliszka w ręku.
(…)
Louis: Dzięki, że zgodziłaś się porozmawiać. Na obecnym etapie zależy mi na związku z kimś, z kim łączy mnie moja praca, godziny, itp. Mógłbym wymieniać, ale wiesz, o co chodzi.
Nina: Mam nadzieję, że znajdziesz sobie taka osobę.
Louis: Jeżeli o to chodzi, to już znalazłem.
Nina: Ok., postaram się być delikatna. Przyszłam tutaj tylko z uprzejmości zawodowej.
Louis: Dziękuję. Nie jest tajemnicą, że dzięki mnie wzrosła wam jednostkowa cena oglądalności.
Nina: Jednostkowa cena?
Louis: Szybko się uczę. Nie pamiętasz? Wspominałem. Nie?
Nina: Tak.
Louis: Czytałem na przykład niedawno, że większość Amerykanów czerpie informacje z wiadomości lokalnych. Półgodzinne wydanie dziennika z Los Angeles przekazuje wiadomości rządowe: wymiar sprawiedliwości, budżet, transport, oświatę imigrację w czasie 22 sekund. Kronika kryminalna nie tylko stanowi lead (wprowadzenie), ale jest 14 razy dłuższa i trwa 5 minut i 7 sekund. KWLA specjalizuje się w takich historiach. Przy malejącej przestępczości materiały dostarczane przeze mnie są wyjątkowo cenne. Jak gatunki zagrożone. W najbliższych miesiącach popyt jeszcze wzrośnie.
Nina: Bardzo cenimy, to co robisz.
Louis: Samotność ma swoje plusy. Jest czas na kształcenie i planowanie, ale nie ma czasu na wspólne kolacje i zbliżenia poza flirtem.
Nina: Dokąd zmierzasz?
Louis: Pragnę tego. Z tobą. Tak jak ty pragniesz zachować pracę i ubezpieczenie.
Nina: Po pierwsze, nie jesteś gwarantem mojego zatrudnienia.
Louis: Jesteś dyrektorka wiadomości na nocnej zmianie w najniżej notowanej stacji telewizyjnej w LA. Daję ci materiały na wyłączność. Ale mogę iść w wiele innych miejsc. Muszę wiedzieć, że jesteś zaangażowana w tę wymianę.
Nina: Masz tupet, proponując coś takiego.
Louis: Nadal rozmawiamy?
Nina: Nie ma o czym.
Louis: Możesz odejść.
Nina: Dobrze sobie radzisz. Sowicie ci płacimy, bez przerwy. Mogłabym ci załatwić stałą umowę. Plus honoraria za segmenty. Mogę nawet wkręcić cię na asystenta produkcji. Uczyłbyś się fachu.
Louis: Nie słuchasz mnie, Nino. W żadnej telewizji nie zagrzałaś więcej niż dwa lata. Zapewne tyle przewiduje twoja umowa o pracę. I zależy ona od oglądalności.
Nina: Grozisz, że jeśli nie…
Louis: Negocjuję.
Nina: Grozisz, że przestaniesz mi sprzedawać.
Louis: Twój wybór. Towar jest tyle wart, ile ktoś jest gotów za niego zapłacić. Ty czegoś chcesz, a ja chcę ciebie.
Nina: Mamy się pieprzyć?
Louis: I przyjaźnić.
Nina: Przyjaciel nie szantażuje, żeby cię wyruchać.
Louis: To nieprawda. Jak zapewne wiesz, przyjaciel jest darem, który sprawiamy sobie sami.

Godzina piętnaście

Godzina piętnaście

Godzina piętnaście
Pozałatwiałem sprawy w mieście i wróciłem na przystanek autobusowy. Została mi godzina piętnaście do mojego kursu. Zacząłem łazić wokół dworca. Na postoju taksówek kilka aut. Taryfiarze powychodzili, zebrali się w kupkę jak wrony. Jedni palą, inni popijają kawę z plastikowych kubków. Wśród kierowców jedna babka, czarna, chłopiasta, mocno zbudowana. Pali papierosa i od czasu do czasu, żeby się przypodobać, wtrąca swoje trzy grosze do facetów na zasadzie, jak mawiał Groucho Marx – mam swoje zdanie, ale jak wam się nie podoba, mam też inne.
Godzina dziesięć.
Opieram się o budkę z ciastkami. Sprzedawczyni wpasowała się w okienko, jakby chciała przez nie wyleźć i ogląda świat. Z nieba lecą rzadziutkie płateczki mokrego śniegu. Jeden z nich opadł na nos kobiety. Starła szybkim ruchem kropelkę wody i dalej się gapi bezmyślnie przed siebie.
Godzina pięć
Zachciało mi się palić. Poszedłem wolnym krokiem na dworzec podmiejskich. Znalazłem na peronie pustą ławkę, usiadłem, wyciągnąłem z paczki papierosa i zapaliłem. Wypuściłem przed siebie dym, nadjechał podmiejski. Wysiadła garstka podróżnych i pogalopowała w stronę przejścia pomiędzy budynkami.
Godzina trzy
Powoli w moim kierunku idzie dziewczyna, którą mijałem na dworcu. Stałą oparta o ścianę, w uszach miała słuchawki i słuchała czegoś z zamkniętym oczami.
Godzina
─ Ma pan zapalić?
Spojrzałem na nią. Na głowie miała męski kaszkiet wsadzony lekko na bakier. Miała w oczach lekką mgiełkę.
─ Mam.
─ Może mnie pan poczęstować?
─ A masz osiemnaście lat?
─ Mam.
Usiadła obok i przez chwilę nic nie mówiła, jakby nie zależało jej na papierosie. Wyciągnąłem z kieszeni pudełko i poczęstowałem ją fajką. Włożyła papierosa do ust i uśmiechnęła się kącikami ust.
─ Ognia pewnie też nie masz.
─ Też.
Wyciągnąłem zapalniczkę i położyłem na ławce pomiędzy nami.
Pięćdziesiąt sześć
─ Ciągle patrzy pan na zegarek.
─ Nie chcę się spóźnić na autobus.
─ Ile panu jeszcze zostało?
─ Coś koło godziny.
─ E, to jeszcze sporo. Mocne te papierosy… Czerwone Chesterfieldy. Ja, jak mam kasę, kupuję niebieskie, niebieskie slimy. A pana nie duszą? Są takie mocne.
─ Nie, nie duszą. Raczej mogły by być mocniejsze.
─ Są mocniejsze papierosy od tych?
─ Być może są, ale ja mam sposób, żeby te trochę podrasować.
─ Jak można podrasować papierosa?
─ Biorę nożyk i odcinam połowę filtra.
─ O, to ciekawe.
Pięćdziesiąt dwie
─ Często tutaj przychodzę, na dworzec i gapię się na pociągi. Dziewczyna rzuciła przed siebie niedopałek i przytarła go podeszwą. ─ Daleko pan mieszka?
─ Dwadzieścia kilometrów stąd.
─ Jeździ pan autobusem? Teraz wszyscy jeżdżą samochodami.
─ Nie mogę na razie prowadzić auta. Miałem zwichniętą prawą nogę i jeszcze nie działa prawidłowo.
─ Aha. Ja też jeżdżę autobusami codziennie do szkoły. Wie pan co, chcę pana przeprosić.
─ Za co?
─ Z daleka wzięłam pana za żurka. Ale chyba się pomyliłam. Za dobrze pan wygląda.
─ Nie szkodzi.
─ A po za tym żurki raczej nie częstują papierosami.
─ No raczej nie.
Czterdzieści dziewięć
─ Wie pan co, posiedzę tu z panem do tego autobusu. Muszę się jakoś odwdzięczyć za papierosa. Chociaż towarzystwem.
─ Nie musisz.
─ I tak nie mam co robić.
─ Jak chcesz. Nie musisz iść do szkoły. Skończyłaś lekcje na dzisiaj?
─ Miałam dwa wuefy na koniec i nawiałam.
─ Nie lubisz wuefów?
─ Nie. A pan lubił? No kiedyś, jak pan chodził do szkoły.
─Bardzo lubiłem. To był mój najlepszy przedmiot.
─ To widać po panu.
─ Dziękuję za komplement.
─ Jest pan… jakby to powiedzieć. Dziewczynie wyskoczył na policzek różowy rumieniec.
─ Stary, ale jary ─ dokończyłem za dziewczynę.
─ No coś w tym stylu. Pracuje pan tutaj?
─ Nie, przyjechałem załatwić kilka spraw.
─ A czym się pan zajmuje? Wygląda pan nawet dość inteligentnie.
─ Jesteś bardzo bezpośrednia.
─ Mama mówi, że mam niewyparzona gębę. Ale tak już mam od dziecka. Jak byłam mała, to powiedziałam do księdza na kolędzie, żeby sobie już poszedł, bo jestem śpiąca. W ogóle lubię dużo mówić. A pan raczej chyba nie.
─ Raczej nie.
─ A dlaczego?
─ Nagadałem się w życiu i chyba wyczerpałem limit.
Czterdzieści pięć
─ Wygląda pan na nauczyciela. Zgadłam?
─ Zgadłaś.
─ Czego pan uczył?
─ Języka polskiego.
─ Fajnie. Chciałabym mieć takiego nauczyciela od polaka. Pierwszy raz widzę faceta, który uczył polskiego. To takie dziwne. Nietypowe.
─ Dlaczego nietypowe?
─ Bo polskiego uczą raczej babki. Ja nie lubię polskiego.
─ Dlaczego?
─ Bo jak czytam wiersz, to później się okazuje, że autor miał co innego na myśli. Pani mówi tak do mnie: byłaś na dobrym tropie, ale w tym wierszu chodzi o coś innego. Chyba jestem za głupia do poezji. Zresztą po co poezja dzisiaj. Dzisiaj liczy się kasa, kto ma lepszego smartfona, lepsze auto, kto ma więcej znajomych na fejsie. Jest pan na fejsie?
─ Jestem.
─ O to fajnie. Da mi pan jeszcze jednego papierosa?
─ Proszę, częstuj się. Wyciągnąłem fajkę dla siebie i poczęstowałem dziewczynę.
─ Wie pan co?
─ Słucham.
─ Rzuciłam dzisiaj chłopaka.
─ Pewnie jest ci przykro.
─ Wcale nie. Chyba nic do niego nie czułam. I on też do mnie nic nie czuł. Wie pan, kiedy siedzieliśmy razem, on cały czas wisiał na swojej komórce. Pisał smsy, latał po fejsbuku. A kiedy go zapytałam, dlaczego przy mnie zajmuje się tym, odpowiedział: takie czasy. Dziewczyna roześmiała się nagle, pokazując swoje białe zęby. ─ Dzisiaj mówię do niego: musimy się rozstać. A on spojrzał na mnie i powiedział: Ok. Ale tak się na mnie patrzy i po chwili zapytał: dlaczego? I wie pan, co mu odpowiedziałam?
─ Tak…
─ Odpowiedziałam mu: takie czasy. Fajnie, nie?
─ Fajnie. Jak mu się należało, to fajnie.
─ Jak pana o cos zapytam, odpowie mi pan?
─ Zależy.
─ No to spróbuję. Kocha pan kogoś?
Trzydzieści pięć
─ Kocham.
─ Kogo?
─ Kilka osób.
─ Dzieci?
─ Tak, dzieci.
─ A kobietę?
─ Może…
─ Co to znaczy może? Albo się kocha, albo nie.
─ No tak, to niby proste.
─ Bo to chyba jest proste.
─ Może w twoim wieku tak.
─ A dlaczego w pana wieku nie?
─ Bo chyba jestem już trochę zepsuty.
─ Co to znaczy?
─ Może to znaczy leniwy.
─ A co to ma wspólnego z miłością?
─ Może jest mi tak już wygodnie. Nie wyskakiwać z ciepłych kapci.
─ Śmieszne porównanie. Może pan to wytłumaczyć?
─ Hmm. No nie wiem. Może to jest tak, że jak się naprawdę kocha, to się wychodzi z domu w czasie deszczu nie zabierając parasola.
─ Chyba rozumiem. A nie może pan wyjść z parasolem?
─ To już nie będzie to.
─ Powiedział pan, może… To znaczy, że ktoś jest.
─ No jest.
─ A ta osoba pana kocha?
─ Nie jestem pewien.
Dwadzieścia
─ Fajnie się z panem rozmawia. Może powinien pan tę osobę zapytać?
─ O co?
─ No, czy jest w panu zakochana.
─ Może.
─ Kurczę, jest pan fajny gość, ale jakiś taki bez życia.
─ Masz naprawdę niewyparzoną buźkę.
─ Gębę. Musze już iść. Da mi pan na drogę jeszcze jednego papierosa.
─ Proszę, weź paczkę, zostały jeszcze ze trzy. Popal sobie.
─ A pan?
─ Mam jeszcze całą przy sobie.
Podałem dziewczynie fajki. Wzięła paczkę, wsunęła ją do kieszeni kurtki. Włożyła słuchawki do uszu.
─ Niech pan nie odpuszcza, może to jest to. Uniosła ku górze kciuk i odeszła.
Nie odpowiedziałem. I tak by nie usłyszała.

Tekst miesiąca

W filmie „Żyć i umrzeć w Los Angeles” jest taka scena: detektywi Vukovich i Chance obserwują lokal w Los Angeles. W pewnym momencie z knajpy wychodzi dwóch kolesi. Detektywi wyskakują z auta, kolesie zaczynają uciekać. Agenci gonią każdy swojego. W pewnej chwili koleś Vukovicha, biegnąc, rzuca przez ramię pytanie:
- Dlaczego mnie gonisz?
- A dlaczego uciekasz? – odpowiada Vukovich.
- Uciekam, bo mnie gonisz.

Forma

Wszyscy leżymy jak ludziki z piernika w swoich foremkach. Naiwni, podstępni, leniwi, pracowici, prostolinijni, wyrachowani, odważni i tchórzliwi. Wierzący, niewierzący, ateiści, agnostycy. Każdy dumny ze swej formy. Urzędnicy, outsiderzy, politycy, złodzieje i dziwki. Pediatrzy, nauczyciele i dentyści. Policjanci, strażnicy miejscy i mistrzowie krawiectwa lekkiego. Oblani czekoladą albo surowi, nadgryzieni, nadłamani, pęknięci. Leżymy w swoich foremkach, ludziki z piernika i boimy się poruszyć, żeby forma do której przywykliśmy nie uległa deformacji; boimy się poruszyć sparaliżowani ludzkim, konformistycznym strachem przed zmianą. Jesteśmy przekonani, że forma jest istotą świata. Jego sensem zastany bezruch; zadaniem – gotowość do odtworzenia form. Sednem – cień, faza, kompozycja, konfiguracja, konstelacja, kontur, krój, kształt, linia, makieta, matryca, metoda, obrys, paradygmat, procedura, profil, rzut, siatka, sieć, szablon, sznyt. My ludziki z piernika. Wyszczerbieni, sztukowani, poprawiani. Oblizywani i łamani. Wierzymy, że czuwa nad nami Wielka Poprawność, Strażnik Wzoru, Regulator Form, Niezłomny Architekt. Ale…
Czasami wstajemy i zaczynamy tańczyć. Biegniemy do siebie z całą niezgrabna urodą ludzików z piernika, obejmujemy się mocno, odrywamy od ziemi. Tańczymy w kroplach deszczu albo płatkach śniegu i spływa z nas nagle cała słodycz. Przez chwilę tańczymy i tylko to ma sens. Wiemy o tym, ale zapominamy. Przypominamy sobie na chwilę i zaraz znowu zapominamy. A później kładziemy się znowu ze spokojną rezygnacją w grobach naszych form.

Szczęście

Ubieram dres, jedna para skarpet, druga. Potem ortalion, rękawiczki, czapka. Wsiadam na rower. Siąpi mżawka. Do ośrodka jest pięć kilometrów, ale jedzie mi się dobrze, nie muszę się nigdzie śpieszyć. Nadkładam drogi, tak, żeby zrobić dziesięć kilometrów. Jest przyjemnie. Mam wydolność jak dziesięć, czy nawet dwadzieścia lat temu. Pod górę podkręcam tempo, aż do utraty tchu, potem pędzę w dół ze 60 km na godzinę. Jakie to piękne, że w styczniowy poranek mogę się utaplać jak kaczka. Woda chlapie spod kół. Poczułem się nagle szczęśliwy. Jakby wyłączony z biegu rzeczywistości. Mżawka siąpi mi prosto w twarz, nie czuję swojego wieku, odczepiłem plecak niedobrych wspomnień, od kilkunastu dni znów zacząłem się śmiać.
– Co pan taki zadowolony? – rehabilitantka zaraża się moim uśmiechem. – A tak bez powodu. – Niech pan wskoczy do środkowego i przygotuje stopę. Kobieta przykłada gazę i dotyka mojej stopy. – Matko Boska, ale zimna. Trzymał ją pan w lodzie? – Nie, jechałem na rowerze parę kilometrów. – Nie zimno, panu? – patrzała na mnie okutana w kamizelę z polaru. – Może i trochę zimno, ale potem jest przyjemnie. – Dzisiaj odwrócimy elektrody i damy więcej prądu, będzie ciągnęło paluszki w dół. „Paluszki” – powtarzam w myśli, kiedy prąd ciągnie mi stopę w dół.
Kiedy wracam, pada już porządnie. Wiatr i deszcz prosto w facjatę. Ale nie wywiewa mi szczęścia spod kurtki. Nad polem, tam gdzie się robi nawrotkę do Genka, sporych rozmiarów myszołów. Jemu też nie przeszkadza pogoda.

Papieros

Kass mówi tak: Właściwie nie rzucaj palenia, jak lubisz. Fajka to twój jedyny przyjaciel w pustym pokoju. Zapalasz, siadasz, myślisz. Na końcu papierosa tli się żar. Dobrze powiedział. Bo co zrobiłbym z rękami? W co bym je włożył, o co zaczepił? Zapalenie papierosa przerywa na chwilę pracę bezlitosnej machiny czasu. Antrakt w wyczerpującym spektaklu jakim jest istnienie. To tłumaczy irracjonalność naszych niektórych na poły samobójczych gestów, palenie, picie, szybka jazda samochodem, wychylanie się za reling na statku poza granice równowagi. Palenie zabija, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze jedna próba wytrzymałości naszego organizmu. Jeszcze jedna prowokacja, jeszcze jedna próba odmrożenia sobie uszu na złość ojcu.
Raczej powinniśmy się zdrowo odżywiać, uprawiać sporty, dbać o rozwój ducha. Żyć jak najdłużej. Życie jest największa wartością. Zdrowe, spokojne, w równowadze, w dostatku, jak najdłużej w najlepszym zdrowiu, bo przecież nic oprócz życia nam się nie dostanie. Wyrwać doczesności jak najwięcej i w jak najlepszym gatunku. Oto cel. Cel sam w sobie. Skoro zostaliśmy wylosowani przypadkowo do istnienia, to trzeba dbać. Trzeba zabiegać o roślinkę naszego żywota, pielęgnować ją, podlewać. Trzeba być tym absurdalnym ogrodnikiem aż do końca, aż do ostatniego zwierzęcego skowytu, po którym zapadniemy się w tak zwane nic.
A może jest jeszcze inaczej? Jesteśmy tylko depozytariuszami daru, jakim jest nasze istnienie i powinniśmy dbać o nie jak o powierzone? O, tu jest jakiś sens. Mam dbać, bo to w sumie nie moje, jestem ogrodnikiem, ale nie na swoim. To jest myśl, przesłanka do rzucenia palenia. Że też muszę zawsze jak chłopu sam sobie wszystko tłumaczyć. To akurat tyle rozmyślań, Kass, na czas wypalenia jednej fajki. 

Z filmu „Krupier”

Świat łamie wszystkich. A potem jest się silniejszym w miejscu złamań. Ale tych, którzy się nie złamią, zabija. Zabija dobrych, delikatnych, odważnych. Jeśli do nich nie należysz, może być pewien, że ciebie też zabije. Ale bez specjalnego pośpiechu.