Kosmogonia

Od tamtej chwili nie będę już zatruwał się myślami, kiedy powstał świat. Patrzałem na wielką, szeroką rzekę, turkusowy szal rzucony pomiędzy łąkę a lagunę, w której kąpało się wieczorne słońce. W tamtej chwili Bóg stworzył świat, nie kiedyś tam przed milionami lat, ale właśnie wtedy. Zrozumiało to moje serce, zanim przetrawił i poddał krytyce mój umysł. Było to słodkie jak pocałunek dziewczyny, którą się kocha; jak zachwyt dziecka, które patrzy na dłonie ojca składającego zabawkę.

Sosna

Pojechaliśmy do lasu. Na pięć godzin. Do drzew. Pod drożdżówkę z kruszonką i dziesięć marlborasów. Genek ścinał, ja zrzucałem z góry i sztaplowałem. Buczyna, ciężka oblepiona śliskim, zielonym mchem wyślizgiwała się z dłoni. Genek mordował się z wielką sosną. Najpierw podciął ją z dołu. Nie obaliła się, tylko oparła o grubego buka. – Ty taka i owaka – Genek podciął ją, ale potężny pień nie chciał lec. Górne gałęzie rozpaczliwie szukały trzymania. Genek podcinał ją od dołu i wyzywał. Zrobiło mi się żal drzewa. Należał się sośnie szacunek jak każdemu zwalanemu z nóg. Kiedy ją przewrócił i pociął, znosiłem ją na rękach po kawałku i składałem u stóp góry. Kiedy siedziałem na pachnącym żywicą pniu, sosna przemówiła: – doznasz jak ja kiedyś boskiej samotności drzewa, kiedy będzie ci do Boga bliżej niż do każdego z ludzi z osobna. Wtedy odzyskasz spokój. Nie będziesz złorzeczył nawet wtedy, kiedy będą cię zwalać z nóg, klnąc na twój opór. Nie przejmuj się, że ludzie odsuwają się od ciebie, chcą cię naprawiać. Nie jesteś ich dziełem, wyszedłeś spod ręki Boga. Masz takie samo prawo do wolności jak oni. Kiedyś będzie ci bliżej do niego niż do każdego z ludzi z osobna.
Sosna mówiła tak długo, jak długo ćmiłem fajkę. Światło, jaskrawoczerwone, leniwie zlewało się po stoku, wiatr wskrzeszał rude liście.