Samotność (Wojciechowi K. za obecność w trudnych chwilach)

Przyjechałem do miasta. Skończyła się zima. Do Wejherowa mam dwie drogi: słoneczną i cienistą. Przyjechałem słoneczną. Zrobiłem zakupy i jechałem ulicami miasta, jak mówi poeta, coraz bardziej ludnego. W pewnym momencie na chodniku zobaczyłem ją, starą kobietę. Była blada, twarz zapadająca się w sobie. Zatruta samotnością pośród ludzi, najgorszym rodzajem samotności. Zrobiło mi się jej żal, bo empatia rodzi się ze spotkania podobnych sobie. Spotkała się z moją samotnością. Ale ja byłem pogodny. Nigdy do końca nie czułem się sam, pomimo rozwodów, śmierci, porzuceń przez przyjaciół i kobiety. Wydestylowany długimi okresami z tego świata, miałem nadzieję, że jestem poddawany Próbie Najwyższej Miłości, która w końcu stała się Miłością Najwyższej Próby. Dwie rzeczy zawsze były ze mną: miłość Jezusa Chrystusa i Księga Ksiąg – Ewangelie. Więc nie byłem sam. Z dna wilczej samotności wypłynęła więc Wdzięczność.