Jonasz

Jonasz

 Już podróżuje w brzuchu ryby,
Po raz wtóry, nasty, skarlały, tchórzliwy.
Ale powołany do Niniwy.
Nie znajdziemy go w wiadomościach,
Ani w porannym wydaniu gazety,
Pachnącym farbą i papierem świeżym.
Nie płynie pierwszą klasą.
Gdzieś w zęzach o hobok farby
Obija śpiącą głowę.
Nie wie, dokąd płynie,
Ani po co.
Słyszy tylko głos:
Musisz tam jechać, kolego,
Bo taka jest wola.
Aż ryba wypluje go na plaży
Poczujemy wpierw smród,
Zapach niemytego ciała.
Zakłopotany uśmiech,
Przepraszam, że tu jestem,
Ale muszę coś powiedzieć.
Zapewne wszyscy będą trzymać się z dala.
Od tej bełkoczącej kreatury,
Śmierdzącej rybą.
Nic tak w Niniwie nie podtrzymuje
Wiarygodności zdania
Jak świeży oddech
I białe zęby.
A ten religijny brudas,
Czego tu?
Ale słuchali prostych
Słów, które jak cegły
Wypełniały wyrwy w nich samych
I posypali głowy i ubrali
Pokutne szaty.
Prasa nazajutrz próbowała
Tuszować sprawę,
Degradując wiarę
Do poziomu mitu
I temu podobne chwyty,
Ale było za późno.
Prorok wyszedł za bramy
Niezauważony przez służby.
Obracał językiem, dotykał
Dziąseł i podniebienia.
Pozostał mu w ustach
Smak ziemi, mułu, popiołu
Albo czegoś tam jeszcze,
Co prawie udało mu się nazwać,
A potem i to wyleciało mu z głowy.
        

John Lennon

Gram na gitarze piosenki Johna sprzed x lat…. Woman, Love, Just like starting over. Układam palce na gryfie tak samo jak on wtedy. Cudowne, miękkie akordy, jakby palce muzyka ześlizgiwały się na struny prosto z ciała ukochanej. Polecam te piosenki.

Lara

 Wstaję rano, ty jeszcze śpisz, maleńka,
Uszyta ze światła. Jest jesień,
Późny październik. Ciężkie chmury
Idą z północy, wiatr targa lasem.
Księżyc obrzuca brzegi chmur
Srebrnym ściegiem.
Niedługo spadnie śnieg.

 Wychodzę z domu, biorę głęboki oddech,
Jakbym chciał się napełnić życiem.
Głos mówił po przebudzeniu:
Nie było cię, więc mógłbyś nie istnieć.
Białe brzozy świecą na skraju zagajnika.
Nie mogę oderwać oczu od miękkiego
Cienia wszytego w podszewkę lasu,
Ale odwracam się po raz kolejny
I ruszam przed siebie jak co rano.
Ty słodko śpisz, świat
Jest twoim domem,
Drzewa i chmury twoją kołyską,
Wszystko było dla ciebie przygotowane,
Więc zrozumiała jest wdzięczność
Twojego uśmiechu
Na widok sójki, sarny, zająca,
Żurawia prowadzącego klucz.

 Idę do swoich zajęć
I myślę o naszych podłych czasach,
O tym, co spotkasz kiedyś,
Kiedy mnie nie będzie,
Nie będę mógł cię obronić
Ani wytłumaczyć:
O służalczej sprzedajności języka,
O gorszeniu maluczkich,
Czego nie powinni robić
Gazetowi kuglarze, urzędnicy,
Telewizyjni szafarze nicości
Stojący na tylnych łapach
Przed panem, który nazywa się
Nie ma mnie, nie byłem
I nie będzie mnie, a wy będziecie
Czcić puste miejsce,
Gdzie rozlega się ten sam
Śmiech nadgorliwych w negacji.
Tak, że lepsze byłoby dla nich
Młyńskie koło u szyi.

 Idę rano, biegną ciężkie chmury,
Ale nie jest mi straszno.
Zostawię ci kilka słów
Odsianych od plew.
Które powtarzam
Z niesłabnącą nadzieją
W majestacie kamieniejącego umysłu
I pokorze gorliwego serca:
Jestem pewien, że urodziłaś się
Nie raz, ale dwa razy.
Do tego, co jest
I do tego, co będzie.

 Niebo i ziemia przeminą,
Ale moje słowa nie przeminą.
   

Erotyk

Nigdy nie zobaczymy
Mostu Brooklyńskiego.
Ani ty, ani ja.
Chociaż do marzeń,
Wybijałem się z twojej dłoni.
Pewnie, że mogłem cię tam zabrać,
Ale po co?
Mieliśmy w splecionych rękach
Pół Ameryki, ćwierć Azji.
Obwód Pascala
Miał środek,
Tam gdzie w szronie wczesnej
jesieni parował nasz oddech.
A zresztą…
Po co zakochanym świat,
Kiedy sami są światem?
I zasypiają nad ranem zmęczeni
Swoją słodką niewiedzą.
 

Lato

    Obraz Pietera Breughela  Młodszego „Lato” przerabiałem z dziećmi na polskim kilka razy. „Fajnie”, jak mówią uczniowie się go interpretowało jako dzieło plastyczne. Wyraźnie zakreślone plany perspektywy, postaci dobrze przylegające do swoich ról. Kosiarz z szerokimi plecami  (vis naturae), drugi kosiarz – popijający  (ergo bibamus), w kącie pan Śmierć, pilnujący swoich plonów, z prawej strony Flora z koszem na głowie. Na drugim planie bohaterowie mniejsi życia, którzy nigdy nie podchodzą do pierwszej linii, z wrodzonej służalczej skromności, strachu, Dalej, za drogą miasteczko osada. Jednym słowem świat na swoim miejscu.
   
Po kilku latach, kiedy patrzałem na obraz, zaczęło się dziać ze mną coś dziwnego. Wciągało mnie do środka. Co? Jaka siła? Kiedyś przeczytałem, że najwyższym wyrazem niezgody na rzeczywistość jest pragnienie cudu.
   
Właśnie to: pragnienie cudu, niezgoda na podłą, wyalienowaną, wulgarną współczesność pchała mnie do środka. 
   
Ktoś mógłby się pukać w czoło. Z XXI wieku w średniowiecze? Tak właśnie. Z chaosu epistemologicznego do świata uporządkowanego, z nieczytelnego bytu współczesności, nieukierunkowanego w egzystencjalnym dążeniu do świata celowego, prostego w każdej warstwie istnienia, bez telefonów, prasy, telewizji, rachunków. Ucieczka od życia: byle dopchać dzień do wieczora, do życia pod skrzydłami roku liturgicznego w warstwie duchowej, podzielonego na cztery kwarty: wiosną zrobię to, latem to, jesienią tamto…zimą będę pił wino, grał w skata i gonił swoją białogłowę po izbie.           
   Średniowiecze trwało długo. Mówię, że nawet do dwudziestego wieku. Do czasów elektryfikacji wsi, do telewizornii, do telefonii, do rozpowszechnienia gazetowej bzdury, do upowszechnienia medialnej pseudointeligencji, w którą zaczęli się ubierać chłopi, porzucający swoją mądrość wieków (z ojca na syna). Mój ojciec uciekał ze wsi diabelskim kuszony mamidłem, postępem, który miał nas zawieść pchlim skokiem od razu ku bramom ziemskiego raju.
        
   
Ktoś zapyta: a medycyna, a postęp, a światło (żarówkowe)?
        
   
Kij tam z nimi. Średnia życia wynosiła może czterdzieści pięć, pięćdziesiąt lat, ale to było życie w pełni boskiego światła, każdy dzień w wypełnieniu. Co z tego, że teraz siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, jak trzydzieści bez sił, na lekach, w niepewności jutra, z pustymi niebiosami, z których wypędziliśmy Boga, w oparach relatywizmu, w kłamstwie sączonym nam z  zewnątrz i samemu sobie pod postacią psychologicznych bredni; z pustymi jajkami; wykopani z ziemi jednym sztychem szpadla i usychający pod płotami w wielkich miastach molochach, mających nam zapewnić szczęście i dobrobyt, a które są tak naprawdę wielkimi obozami pracy, gdzie zasuwamy i mrzemy w samotności, wyciskarkami potu i łez bez nadziei…
        
   
Coraz bardziej jestem w tym obrazie, idę drogą wedle zboża, wciągając w nozdrza zapach wieczności, którą geniusz malarski przemycił przez wieki.