Minister Kisiorski

W tym kraju, gdzie rządzą bydlaki i hieny.
I głupca w każdym domu rezonuje bębenek.
Przelano kiedyś młodą krew, żeby wroga pognać z domu.
A dranie pytają, po co to komu?
Kiedyś ojciec przyjął ofiarę krwi syna.
Dziś wnuk bohatera liże tyłek Moskwicina.  

Platforma Obywatelska

   Pochodzą z samego jądra PRL-u, jak mawiał Herbert: prylu. Płód kanapowego, kumoterskiego zarządzania rzeczywistością. Dzieci działaczy ZSMP, czerwonych hrabiników, noszących się wysoko w latach siedemdziesiątych w kurteczkach dżinsowych z peweksów, pijący żytnią za talony, pewni swojej pozycji „socjalizm ma niewzruszone podstawy” i „nie ma odwrotu od socjalizmu”. Ciągle te same nazwiska, etniczne kumoterie, opiniotwórcze środowiska. Urzędnicy i krewni urzędników. Przez polską gminną wieś idzie zamożny platformer, z teczką, pachnący old spajsem. Zarządzający. Osadzony w swojej roli jak choinka w wiadrze z kamieniami, dobrze podlana i w ciepłym pokoju. Ich utrzymanie pochłania krocie. Pewni siebie poprzez mglistość koneksji, oparcie w zawodowych mordercach słowa i języka. 
   Ulicami śmiga zaśliniony budowlany proletariat w swoich transporterach – ogórkach. Budowlańcy stają przed sklepem, patrzą na przechodzącego urzędasa, plują, wchodzą do środka. Wyciagają po dychu z kieszeni kombinezonów. 
   - Ile, pani, kosztuje specjal?
   - Trzy dziesięć.
   - Proszę trzy i za resztę dwie suche bułki.
   Czy zawsze będzie u nas pryl?
   Kurwa.

J. M. Rymkiewicz

   Skazano J.M. Rymkiewicza, poetę za wygłoszenie opinii na temat… gazety: Kraj Rad. Kraj Rad było najgorszym tytułem do obłożenia deski klozetowej. Ale było tego kiedyś w bród. Więc obkładano zimne srajdeski ruską agitką. Siadano więc dostojnie na Leonidzie, kolorowym, półkredowym, finansowanym przez biuro polityczne. 
   Michnik, pal gumę stąd. Ty i twój Kraj Rad.

Maine

   Jesienna piosenka o Maine – The Reach Dana Fogelberga jest utkana z roztańczonego wiatru. Piosenka, która wzbudziła tęsknotę, żeby tam być, pojechać, urwać się z tej sprostytuowanej Europy. W Maine jest świeży wiatr i kolory jesieni, ostre, można powiedzieć przerysowane jak w październikowe dni, kiedy rankiem pierwszy mróż schodzi z gór. 
   Piękno, aż zapiera dech. Puste, oceaniczne plaże, dzikie rzucają nas od razu w przeszłość i przyszłość, bo nie ma na nich nic, do czego mógłaby się przykleić kartka z kalendarza z napisem: dzisiaj. 
   Wieczność jest w przeszłości. Jesień królową pór roku. Nie wiosna i nie lato, przeżuwające swoją nudną zieleń.. Jesień jest jak flara, życie jest jak flara, ta piosenka jest jak rozbłyskująca na chwilę na niebie eksplozja barw. Piosenka roztańczona sama w sobie i sama dla siebie, raz jedyny i nigdy już nie postawi stopy w tym samym miejscu na piasku oceanicznej plaży.
   Polecam: Dan Fogelberg – The Reach.

Noc lipcowa za Rimbaudem

   Orgia świerszczy była jak głos samego Stwórcy. Ale za chwilę na niebie lampa księżyca oświetliła od tyłu, jak w chińskim teatrze, grafitowe chmury, ukazując niezmiennie oblicze Bestii. Morda wykrzywiona w grymasie, żądza nieustanna mamony, pakująca sobie do gęby dzieci, te które już są i te, których nie będzie.
A poza tym na jutro przewidywane opady, kurs złota w górę, w programie dnia powszechnego cyrku: ”Gwiazdy tańczą na głodzie”.
   Chaos, główny zarządca, jest przewidywalny, możliwy do pojęcia, ale niekomunikowalny. 
   Przez to bezkarny.
Jak księżyc.