Żart (Piosenka)

Przepraszam, żartowałem,
W twoje oczy spojrzałem.
Tak dla żartu. Zajrzałem
W twoje oczy. Żartowałem.

Chciałem się zabawić.
Twoim kosztem,
Ale maj, który śmiał
Się w twoich oczach

Złowił mnie na haczyk.
Tak dla żartu. Więc oderwać
Już nie mogłem oczu,
Kiedy na drugą ulicy

Stronę przeszłaś z uśmiechem.
Kasztan liść zielony
Obrysował żółtą dla żartu
Słońca obwódką.

I dla żartu oślepił mnie
Na chwilę. I nie było
Cię już tam pod drzewem,
Gdy otworzyłem oczy.

I gdy tamtędy przechodzę,
Po raz któryś z kolei.
Widzę, że spoważniał maj
Ale kasztan tam jest

I słońce skubie rdzawy liść
Jakby to miał być żart.
A cień drzewa długi
Coraz bardziej dosięga moich stóp.
 

Nad Bałtykiem

                                                            dla Kolesia

Najpierw usłyszeliśmy je z daleka.Skupiony na sobie szum.
Maj rozwieszał na małych sosnach kruche dekoracje nieśmiałego słońca.
Biegnijmy, biegnijmy po igłach, w cieniu piasek jeszcze zimny.
Północne morze, plaża bezludna, zimne niebo w żałobie lazuru.
Bryza popycha leniwym językiem plastikowy kubek.
Zanim rozłożymy pierwszy leżak, nie poznamy rozrytej wydmy,
Nie domyślimy się śniegu, zmrożonej fali, uderzeń szkwału.
Wpatrzonych same w siebie następstw dnia i nocy,
Srebrnych, płynnych  reliefów piasku na dnie.
Rozpaczy tak głębokiej, że tylko sama siebie może zrozumieć
Odejdziemy pod koniec lata zdziwieni swoim dzikim smutkiem,
Który da się tylko oswoić, tym, że to zdarzy się jeszcze raz,
Jeszcze raz, chociaż nikt nie odważy się o tym głośno mówić.

Erotyk

Miłość plącze się w swoich zielonych zeznaniach,
Jak młoda dębina boi się wypuścić liście.
Płynęliśmy przez miasto łódką Franka Sinatry:
Leć ze mną na Księżyc,
paliłem fajka za fajką,
Piłem mocną czystą.
Sen rozpuszczał wszystko.
Kochałem cię umiarkowanie,
Żebyś nie zwariowała.
Zresztą klomb bratków nie był mój,
Żebym rzucał ci kwieciem do stóp.
Wiek dwudziesty nie mógł nic
Powiedzieć ci o mnie.
Tkwiłem gdzieś jak porzucony hełm,
W jakimś odwrocie po jakiejś kampanii.
Nijak nie pasowały mi przysłówki
Ani stokrotki podlizujące się współczesnej trawie.
Chrzaniłem podpuszczalski maj,
Zabierał mi wszystkich.
Wolałem spokojny wrzos,
Staccato jesiennej kołysanki.
I zamiast kończyć wiersz,
Puentą, saldem, bilansem
Zysków i strat.
Przypalam od ostatniej zapałki
Fajkę. Małym palcem
Po mokrej od deszczu szybie
Kreślę twój inicjał.
Przecież zapomnę
W końcu i ja.   

Rozmowa zielona

Trawa jak okiem sięgnąć.
Powalone pnie brzóz  
Od zeszłego roku zniknęły
W zielonym futerale.
Zarósł szkielet psa,
Pręty zbrojenia, grzebień,
Piórko sójki i puszka coca coli
Tutaj kiedyś szła kolej.
Pochylamy się nad zielonym obrusem.
Dziś nie ma dokąd pojechać.
Słońce jak snop projektora
Omiata łąkę.
Pukamy w ziemię,
Nie odpowiada
Widelec, ani srebrna zastawa.
W umyśle zapuszcza się
Fraza jak chwast:
Kret składa usta w trąbkę,
Śpiewa niemą arię Demeter.
Kiełkuje mit użyźniony
W kadłubie dżdżownicy.
Dlaczego to akurat
Wyłazi spod ziemi?
Ale zawsze lepsze to niż nic –
Odpowiada trawa milczeniem.