Lament

Kwidziński, Kwidziński, czemu żeś dłużej nie gadał ze mną
Na pogrzebie ojca. Twoja w szpic bródka, szczere oczy
I dusza ateisty, o czym nie wiedziałem.
Ojciec opowiadał o tobie jak o rodzinnym klejnocie.
Sam Pan. Sławny za granicą. A nade wszystko kolega.
Ciotki były przygnębione twoim pogrzebem.
Jak kota, jak kota w małej skrzynce,
Bez księdza, bez śpiewania.
Ojciec zawsze mówił:
Naukowiec, ichtiolog,
Wszystko wie.
Wszystko wie,
A mnie ubożeje fraza,
Lament nie chce się donieść
Wyżej cierpliwego lazuru.
Zdanie kleci się jak płot
Z kawałków rozrzuconego
Przez przybój drewna.
A na szczycie fali samodzierżawny
Morski konik, Hippocampus Syngnathidae,
Tak jak go widziałeś.
Sklecony z niczego,
Co mowa nazwała: Przypadek.
Znaczek twojego buntu,
Czy rezygnacji.
Ale śpij spokojnie, Kwidziński.
Niech będzie dla ciebie ten lament.

Dach

Dach zapadł się pod własnym ciężarem,
Nie stanowił już przytulnej ochrony.
Przez dziurę jak lej po bombie wlewał się kosmos
Równie nietrwały, śniegiem drobnym grudnia
I ciężkimi kroplami kwietniowego deszczu.
Uczepiłem się tego widoku, stojąc na schodach.
Wspominaliśmy umarłych.
Brat pojechał po resztę rzeczy
I już nie wrócił.
A przywieźli mi go w takiej szkatułce.
Pokazała, jakby chciała ścisnąć przestrzeń
I wydusić z niej krzyk.
Włożyłem ręce do kieszeni,
Jakbym tam szukał słów.
Patrzałem na żółte okienka
W witrażach tłustych plam.
Tyle to wszystko warte.
Wystękałem w końcu jak uczeń
Wyrwany do tablicy.
Ale myślałem, jak z tamtego mieszkania
Wyprowadzało się życie.
Drewnianymi krętymi schodami w dół
Znoszone skrzętnie jak cenny kredens.
Z dumną wyuczoną obojętnością.
Opróżnione z balastu szuflad,
Żeby lżej było znieść.