Jeszcz raz Black swan

   No tak, ktoś mi zwrócił uwagę za to że tak obcesowo (obcasowo) zjechałem Czarnego łabędzia, ale naprawdę nie chciało mi się pisać o tak słabym filmie. Dlaczego w ogóle otwierałem więc papę? Ano dlatego, że atakowano mnie tym filmem oscarowym, że głęboki, że aktorka zagrała jak z nut. Wiec ciekaw byłem, czy rzeczywiście. I okazało się, że zupełnie nie.Dlaczego? 
   Kiedyś pisałem, że z dziełem sztuki jest tak jak z ciastem. Trzeba najpierw upiec babkę, co ponoć każdemu wyjdzie ( jak w piosence dziecka: najłatwiejsze ciasto w świeci, nic a nic się go nie gniecie), a dopiero później brać się za tort wielowarstwowy, przekładany biszkoptami, lukrowany i oświecowany na ostatniej kondygnacji.
   
Autorzy Czarnego łabędzia chcieli zrobić taki wielki tort. Założyli sobie kilka perspektyw: stosunek nadopiekuńczej matki, która swoje niespełnione ambicje lokuje w córce i niniejszym czyni z domu więzienie. Po drugie aspekt zazdrości pomiędzy artystami, pojemny semantycznie, jak mówią humaniści mądrze i naukowo, ale trudny do konsekwentnego wyłożenia w dziele sztuki na najwyższym poziomie. Dalej perspektywa demoniczności w sztuce, czy obłędu, w który można popaść w trakcie artystycznej ekspresji, to już wyższa szkoła jazdy, jak nie najwyższa. 
   
Dużo jak na komercyjny film i przedobrzono. Wyszedł kicz, czyli tort z zakalcem na każdym piętrze. Żadna perspektywa nie przedstawiona wyczerpująco, dokładnie, rzetelnie, według prawideł rzemiosła filmowego. A wystarczyło ograniczyć się tylko do wątku zaborcza matka i zamknięte w klatce dziecko. A tu wszystkiego pełno. Jakieś tanie demoniczne przebitki,  pseudofilozoficzne napomknienia, jednym słowem chaos. Po prostu śmieszne. To tak jak ktoś zapowiada, że  przewiezie cię na pięknym ogierze a podprowadza kulawego muła. 
   
Jeżeli chodzi o Natalie Portman to zdolna aktorka, która niepotrzebnie się odchudzała na ości, a dużo lepiej zagrała na przykład w Duchach Goi Formana. No i te pióra wyrastające spod skóry… No tak, kino jest przecież sztuką jarmarczną. A propos demoniczności w sztuce w kontekście produkcji made in Hollywood. Mniemam, że diabeł o niektórych artystach myśli: ty nawet nie jesteś zły, ty jesteś tylko po prostu głupi.

Czarny łabądź – nie polecam filmu

   W ciągu ostatnich trzech lat dwa razy wyszedłem z kina przed czasem. Raz z Mr. Brooksa, drugi raz z Pokuty, trzeci raz nie wyszedłem, bo nie byłem w kinie. A był to film Czarny łabądź z Natalie Portman, której ktoś powiedział, że to rewelacyjny scenariusz i ona uwierzyła. Obejrzałem knota po piracku, w pozycji horyzontalnej, a za cenę biletu zjadłem pizzę też do niczego. Jeśli Natalie Portman dostanie oscara, to chyba za palenie franka, jak mówią w grypsie = udawać głupiego. 
   P.S. Jeśli ktoś wam wmawia, że zna się na poezji, nie słuchajcie go. Idzie za poezją pięć kroków z tyłu.

Sen I


Przeszedłem ulicę tam
I z powrotem.
Domy stały otworem,
Owoce skrzętnego starania,
Otwarte, ale nieograbione.
Jak brzuch nacięty skalpelem,
Ciepłe dymiące wnętrzności.
Ani psów, ani ludzi.
Spokojnie już nic nie zginie.
Wszystko twoje Adamie,
Przecież tego chciałeś,
Po to stając na palcach,
Sięgałeś, więc bierz.

Ale ja już nie chcę,
Żartowałem, wygłupiałem się,
Brakuje tu groźnego psa,
I mieszczucha w szlafroku,
Ukrytego za firanką,
Z miśnieńską w dłoni filiżanką,
Policjanta w dobrze skrojonym mundurze,
Praw i zasad, jakiejś hierarchii,
Choćby drabiny opartej o bielony mur.
Lazur nad domami lśni jak tani ornament,
A nam trzeba
Barokowego nieba,
Chmur ciężkich jak owcze runo,
Baby wylewającej nocnik na gumno.
Ekonomskiego bata, zgrzebnego kojca,
Sumy na dziesiątą i Boga Ojca.

Ale tego już nie ma.
Wchłonęła wszystko
Jak deszcz ziemia.
Wszystko na sprzedaż,
Na malutkiej, odpustowej karuzeli,
Zeus z Jezusem,
Kręcą się pchnięci sprężynką,
Jak wrzucisz złotówkę,
Przekręcą główkę.
Mit z wiarą,
Straceńczą parą.
A i to przeminie
I tego też już nie ma.
Wchłonęła wszystko
Jak deszcz ziemia.

Jak ziemia deszcz.

         

Jacha pieśń ostatnia

Odwalono kamień nocy
O czwartej osiemnaście.
Wstawaj Łazarzu.
Wstaję.
Uderzył we mnie młot światła,
Cofnąłem się w siebie.
W
kieszeni miałem dwa dwadzieścia.
Dwa całe, dziesięć
I dwa razy po pięć groszy.
Panie, czy dostąpię dnia?
Od czego mam zacząć,
Od małego jasnego?
Raz już dzisiaj umarłem,
Mam umrzeć drugi raz?
O ósmej trzydzieści,
Kwadrans na dziewiątą?

Moje serce jak kamień,
Dusza moja jak czerstwy chleb.
Żeby żyć, namaczam je w winie,
Przystępuję już tylko do wina,
Każdy łyk jest
Ostatnią wieczerzą. 

Wskrzeszony wracam do dziury,
W barłóg snu.
W całunie ubrania i brudu,
Czekam na światło.
Kto mógłby o mnie pomyśleć
Jak nie Ty?     

Echa


   Przyczyną katastrofy smoleńskiej było uderzenie statku powietrznego w ziemię. Do takiego wniosku zmierzają prace wszystkich komisji.
   
   
 Niektórzy głowią się nad problemem, czy ważniejsze jest Boże miłosierdzie, czy Boża surowość. Moim zdaniem będzie tak. Bóg powie: wybaczam im, a teraz powiesić ich za jaja. 

   Czytam przed snem Czarodziejską Górę Tomasza Manna. Myślę, że będzie fucha dla współczesnych literatów. Zrobienie do takiej powieści glosariusza dla czytelników XXI wieku. 

   Za kilkanaście lat każdy wszyje sobie czipa za nadgarstkiem, który będzie wysyłał do mózgu potrzebne informacje. Taka wikipedia mobilna w skórze. Powstanie inteligencja niewolnicza, asyntetyczna i nieanalityczna.  

Kpina to mało powiedziane

   Rosjanie powiedzieli 13 stycznia w raporcie, że generał Błasik miał 0,6 promila w organiźmie, chociaż jeszcze 18 kwietnia, 8 dni po katastrofie nie było identyfikacji zwłok generała. 14 stycznia wszyscy się zreflektowali, że coś nie gra i nastapiło dementi. Wystąpił prokurator Rzepa: Z treści tych ekspertyz – jak wskazał w komunikacie rzecznik prasowy NPW płk Zbigniew Rzepa – wynika, że „zwłoki mężczyzny poddanego badaniu nie były wówczas zidentyfikowane”. – Korelacja wymienionych ekspertyz wraz z wynikami badań genetycznych, przeprowadzonych przez stronę rosyjską, wskazują na to, że dotyczą one osoby gen. Błasika – dodał prok. Rzepa w komunikacie.
   
Wniosek taki, że Rosjanie nie kwapili się bynajmniej zaraz po katastrofie z ratowaniem ewentualnych rannych, stwierdzili oglądowo totalny zgon i zaczęli pobierać krew od przypadkowych denatów, a później skorelowali to po identyfikacji z konkretnymi osobami.
   Mają nas za totalnych głupów albo czują się już tak bezczelnie silni, że nie obchodzi ich zupełnie nasza reakcja.

Ta karczma Rzym się nazywa

   Dwa wydarzenia w najnowszej historii połączyła twarda klamra. Obalenie rządu Olszewskiego w roku 92 było aktem podpisania cyrografu. Katastrofa Smoleńska niektórych beneficjentów wolności zagnała do karczmy Rzym. Trzeba płacić, panowie… Prędzej czy później.

Czas

Czas.
    Jeżeli czas to rzeka, wszystko, co było, ucieka od źródła. No ale przecież nie my. My siedzimy w nieustającej teraźniejszości na łące nad rzeczką i kontemplujemy jego upływ.    
   Woda zmywa z nas tożsamość, wszystkie nasze twarze są już daleko. Nasz liryczny skowyt przypomina płacz dziecka, któremu rzeka uniosła łódeczkę z papieru.
    
Powinniśmy się raczej posuwać w górę jej biegu do źródła. To sekret siły. Płynąć pod prąd. W przeszłości nie ma już czego szukać. Wydarzenia dopłynęły do morza i rozpuściły się jak papierowe wydanie codziennej gazety.
    
Szukać źródła czasu. Być może tam znajdziemy prędzej klucz do tego co było. Właśnie tam, u źródła, czyli w przyszłości.Bo przecież czas jest jak rzeka i płynie od przyszłości w stronę przeszłości. Czyż nie?
    
Ha, ha. No zaiste nie w drugą stronę!
   A jeszcze kilka chwil przedtem wydawało mi się, że wszystko rozumiem…