Lost in translation – polecam film

   Obejrzałem dobry film o miłości. Ostatni dobry film o miłości oglądałem dawno, dawno. Koniec wakacji Stanisława Jędryki, polski film o uczuciu śląskiego nastolatka do stołecznej dziewczyny. 
   
Chyba jest ciężko zrobić film o takiej tematyce, ale udało się to Sofii Coppoli w Między słowami. Ale kopnęło mnie dopiero po trzecim obejrzeniu. Czułem, że w filmie jest coś świeżego, ważnego, prostego, co mnie ciągnęło do kolejnej projekcji. No i Bill Murray, stoik, Sokrates, sfinks, totalny śmiech pod kamienną maską. Bill Murray ma zagrać w filmie o miłości.
   
A jednak. Akcja dzieje się w Japonii. Gdzieżby indziej mogła zakwitnąć ta stara europejska, burżuazyjna przypadłość jak nie w Tokio, mieście totalnej pustki i alienacji. On, amerykański, podstarzały aktor przyjeżdża, żeby zarobić dwie duże bańki za reklamę whisky. Sflaczały, dawno po conradowskiej smudze cienia. Bogaty i wypłukany w środku do cna. Wydrążony, pusty instrument, na którym nicość jak w walącym się kominie pogrywa już sobie swoje proste wprawki. Zamieszkuje w hotelu, ściślej w hotelowym knajpie. Siedzi przy końcu baru: żeby było widać, jak spadnę. Murray swoją perfekcyjna mimiką tworzy bohatera pod tytułem: nic mnie właściwie na świecie nie interesuje, nie obchodzi naprawdę, ale wiele rzeczy budzi moje najwyższe zdziwienie, że może trwać napędzane inercyjną siłą absurdu. Życie zwisa Bobowi Harrisowi z ust jak nieprzeżute spaghetti, a ten zastanawia się, czy je połknąć, czy wypluć. Co może się zrodzić z takiej degrengolady?
   
Ona. Studentka filozofii w różowych majtkach. Wyszła niedawno za mąż, za wymoczkowatego fotografika. Nic ich nie łączy poza kilkoma kiedyś dobrymi numerkami po winie i dżoincie. Naprawdę nie wiem, kim chciałabym być ¾ skierowane do Boba brzmi w jej ustach jak wiosenne preludium i nieświadome zaproszenie do gry.
   
Do pustego naczynia wino wlewa się gwałtownie. Bob Harris albo doktor Faust odczuwa nagle znane wielu kosmiczne drżenie. Jej jeden uśmiech w windzie… złapana w locie złota ryba, która wyskoczyła nie wiadomo skąd. Nagle wszystko ożywa. Martwi zmartwychwstaną za życia. Dwie lewitujące pustki zderzają się ze sobą i powstaje wielki wybuch. 
   
Ale nie rzucają się na siebie, nie zrywają ubrań w miłosnym szale. Bob mówi: proponuję ucieczkę najpierw z tego baru, potem z hotelu, z miasta, z kraju… Spędzają ze sobą kilka dni albo całą wieczność. Co za różnica. Spędzają ze sobą nawet noc i zasypiają obok siebie jak Tristan i Izolda. Jego ręka na jej stopie. I tyle. Kiedy spaceruje przed tobą rzadki i ulotny, złotopióry ptak, to siedzisz jak zaczarowany, gapisz się i boisz się drgnąć.
   
Zdarzyło się, mówi nam film, chociaż było niemożliwe. Powstał wspaniały obraz, jak mówią krytycy: oszczędny w środkach wyrazu, sugestywny i przejmujący do głębi.
    
A pomyśleć, że nic by nie wypaliło, gdyby Scarlett Johansson nie udało się obrócić w ostatniej scenie i wyrazić bez słów  obcemu jeszcze kilka dni temu mężczyźnie, wracającemu za ocean: powiedz, co mam teraz zrobić ze swoim życiem. 

Kroniki miasta W.

Poeta z Wałowej 

Śmierdząca, dziurawa, żydowska uliczka.
Jedyną ozdobą wkopane do pół
Opony, na których siedziało się latem.
Poeta mieszkał na drugim piętrze,
Widział ceglane kominy,
Smołowane, papowe dachy,
Krzewy anten
Mawiał: mój zadupiasty Mąmart.
Wieczorem szlifował przenośnie,
Pogłębiał je, nadawał blasku.
Odklejał kawałki srebrnego światła
Znad Kolegiaty,
Łatał nimi brak myśli.
Kątem oka widział,
Na jeden z dachów
Wychodziła przez okno kobieta,
Wieszała na lince pościel,
Bieliznę, pieluchy.
Tkwił latami w jałowej doskonałości,
A mógłby przetasować
Ten śmietnik
Poetyckich atrybutów,
Jak robią lepsi,
Rzucić wieczorem na stół
Ze świeżej sosny,
Pod lampę z bursztynowym abażurem
Zmieniającym zwykłe światło
W płynny miód. 

Klamra

   Jaruzelski radzi nad naszym bezpieczeństwem narodowym. W końcu mogę iść spać spokojnie. Nic mi nie grozi. Obroża na szyi dopasowana, łańcuch w miarę długi.

Kroniki miasteczka W

Apteka zielona

Apteka zielona, gdzie była apteka zielona?
Na końcu deptaku. W środku
Pachniało miętową herbatą
I kroplami waleriana.
Drzwi były ciężkie z demobilu
Ubiegłego wieku,
Więc śnieg nim zapadła klamka
Nawiewał się do środka.

Mama mówiła: nie masz rozumu za grosz
Idź do apteki po rozum.
Więc nadal szukam zielonej apteki.

W dziecinnych  butach człapakach.
Brnę przez zaspy senne.
Poproszę odrobinę rozumu,
Drzwi nie masz, synu,
Nie masz rozumu, śniegu
Napada mi tu do środka.

Niech pani da za wszystko,
Za wszystko co mam.
O tego rozumu z górnej półki,
Żebym miał z czym do domu wrócić.
Ale wie pani co, po co
Mi rozum, po co.
Niech pani da szczyptę szaleństwa.
Miasto, którego nie ma
Z martwych powstaje,
Śnieg w sercu na chwilę taje.
To nie na mój rozum.
Niech pani sprzeda
Szczyptę szaleństwa.
Do domu nie trafię,
W śladach bucików
Odłożył się śnieg
I lód.    

Kroniki miasteczka W.

Czesiu Łapa nie pił pięć lat
Po latach abstynencji przejrzał,
Przetarł oczy:
Jeszcze większy chuj
Niż w gazie.
Potem chwycił za butelkę.
Jak ja się kochał w  winach.
Tanich truskawkowych,
Wzmacnianych przemysłowym spirytusem.
Resztę życia wiódł
Wśród mar starych przyzwyczajeń,
Posiadując
na betonowych schodkach
Kamienicy z czerwonej cegły.
Gdyby nie mętna ekstaza,
Przeplatana paranoicznym lekiem,
Skleciłby to zdanie:
Jest taki punkt w życiu,
Z którego nie ma się już
Dokąd spieszyć. 

Silny

Silny 

Poszedłem do kumpla.
Mówi, że wczoraj jadł chleb
Posypany cukrem,
Podlany kranówą.
Zbierało się na deszcz,
Jak to u nas.
Na północy.
Nie poprosiłby sam o drobne.
Stałby oparty o stół:
Jutro zrobię to,
Pojutrze tamto.
Wysypałem dziewięć pięćdziesiąt.
Od ciebie wezmę.
Kupię chleb, ziemniaki, jajka,
Jutro rozejrzę się za robotą.
Nie rozejrzy się.
Zje, kupi fajki, położy się.
Jedzie już z górki.
Nie doklei odartej tapety,
Zrobi antenę do radia z drutu.

Będzie czekał,
Oglądał wyścig kropel na szybie.
Jeden z najsilniejszych kiedyś
Na naszej ulicy.     

Esteci

   W Bazylice Mariackiej postawiono pomnik upamiętniający ofiary katastrofy smoleńskiej. Zauważona od razu chybiona artystyczna powierzchowność dzieła, estetyczna nietrafność, niezgodność z kanonami piękna wzbudziły niepokój znawców i strażników piękna.   Zebrano podpisy pod apelem do arcybiskupa i napisano list. W liście same smaczki, napełaniające serca otuchą, iż są ludzie, którzy stoją niezachwianie na straży Piękna i Tradycji: Nie kwestionujemy głębokiej społecznej potrzeby upamiętnienia Ofiar tej katastrofy. Nie możemy natomiast wyrazić zgody na formę plastyczną i wielką skalę, w jakich owa idea komemoracji ma być zmaterializowana i wyeksponowana. Wystawienie proponowanego pomnika-epitafium w zabytkowym wnętrzu Bazyliki Mariackiej to działanie w najwyższym stopniu destrukcyjne, nie tylko wobec tego wybitnej klasy obiektu sztuki sakralnej. W świadomości wielu tutejszych środowisk, skupiających ludzi dążących do poprawy jakości naszego życia duchowego, kulturalnego i społecznego, zaproponowana forma jest także destrukcyjna dla zamierzonego celu, jakim jest godne utrwalenie pamięci o zmarłych Ofiarach.
   
 Pod listem podpisane same znakomitości życia kulturalnego i artystycznego, kustosze, dyrektorzy muzeów, doktorzy sztuki. Same znakomitości obdarzone pierwszorzędnym smakiem, znajomością tradycji, czujące sztukę i jej zamysły estetyczne oraz moralne azymuty.Niejaki doktor Bielak stwierdza, że: Trudno to powiedzieć w kilku zdaniach, o tym się nie mówi, to się wyczuwa „włóknami duszy i chrząstkami sumienia.
   
A ja w tym miejscu pytam doktora Bielaka i profesorów biegłych w interpretacji kanonów sztuki, gdzie byli, jak Nieznalska wzorem rozkapryszonego dziecka profanowała symbole religii chrześcijańskiej? Czyż nie siedzieli w swoich gabinetach i nie rozciągali swoich ust w lokajskich głupawych półuśmiechach, ukontentowani i rozbawieni słuszną złością i pretensją tłustych wiejskich proboszczów oraz tłuszczy parafialnej niewtajemniczonej w trudne i niezrozumiałe dla profanów  arkana sztuki podłego intelektualnego kompromisu, tchórzliwej dwuznaczności, koniunkturalnego tchórzostwa?   
   Gdzie były włókna ich duszy i chrząstki sumienia, kiedy krzyczeli o wolności dla sztuki, która w swojej podłej i bluźnierczej prowokacji pozwalała domalować do Krzyża męskie genitalia? 
   Gdzie byli odważni, którzy poświęciliby wtedy w imię moralnej prostoty i w imię niegorszenia maluczkich estetyczną wulgarną i tandentną wolność do wyrażania czegokolwiek, jakkolwiek i przeciw komukolwiek.

Linia sporu

        Sam Pipol rzekł troszku zbulwersowany do Pancosia:      
 
¾ O co się tak żrecie w Polszcze? Czy warto się gryźć bez opamiętania, przecież tak naprawdę nic was nie różni. 
       
¾ Chwileczkę, chwileczkę ¾ przerwał Pancoś swojemu koleżce. Linia sporu jest poważna i subtelna, ale jest zasypywana rzeczami nieważnymi,  duperelami.
       
¾ No więc wytłumacz mi, o co idzie, Pancosiu ¾ tym razem przerwał Sam Pipol, ale z zachowaniem zasad elementarnych dialogu społeczno – politycznego.
      
 
¾ Słuchaj. Ja uważam tak, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Jak coś podpierdolę, to jestem złodziej i już. Nawet jak ukradnę dla dziecka, bo dziecko mówi: tata, daj am, a ja pójdę i ukradnę w sklepie chleba, to nie ma dla mnie usprawiedliwienia. A oni mówią: nic nie jest czarne albo białe, czasami trzeba podpierdolić i już i chcą cię włączyć do całej szajki szuj i podpierdalaczy, żebyś już nigdy nie mógł powiedzieć: chcę być dobry, chcę być lepszy, chcę się poprawić. Jak się do nich przyłączysz, to zawsze ci wytkną: ej, koleś, a ty sam nie brałeś? I to jest rodzaj tego niewolnictwa.
        Jak będę kradł chleb dla dziecka, nie będę nigdy z siebie zadowolony, będę złodziejem, a nie wykonawcą konieczności; jak zdradzę żonę, to będę wiarołomcą, a nie egzekutorem popędów. Jestem grzesznik, to znaczy ten, który wie, co jest dobre, a mimo to, czyni źle. Ekspiacja to emancypacja od niewolnictwa, czyli tak czy inaczej wolność. Bycie grzesznikiem żałującym, to wolność.       
   
¾ Ble, ble. Nie rozumiem, o czym mówisz. E, to już niemodne ¾ sam Pipol rzekł zdegustowany. To co mówisz jest niezrozumiałe. Są w naszych czasach takie subtelne sposoby podpierdalania i zdradzania, że ho ho. Kto by tam się chciał wwiercać za grzechem. Nie, nie. Jesteś staromodny.
        
   
¾ Ale pamiętaj, Samie Pipolu. Jak ci ułowią duszę, to już po tobie. Obroża na szyi to nic w porównaniu z duszą bez powietrza. 
       
   
¾ Hm, Pancosiu. Może i coś w tym jest.

Pancoś

Pancoś, czyli resztki filozoficzne, czyli literacki odpowiednik języka polityki. 

   Pancoś najpierw się zbudził, później otrzymał imię. Jego angielski kuzyn nazywa się: Sam Pipol, ma ryżo – rude włosy. Sam Pipol zapytał kiedyś Pancosia: ¾ Kto ci dał taką ksywkę? Pancoś odpowiedział: ¾ Lekarz na ulicy, jak zasłabłem, zapytał, jadł pan coś dzisiaj? I tak zostało, jako że zupełnie zapomniałem, jak się nazywam. Sam Pipol jak zwykle musiał pokazać swoją wyższość i westchnął: ¾ Oh, wy Polacy, nigdy nie potraficie znaleźć leguminy w trawie. 
   
Wtem zabrał głos kolejny akapit, ale zaczął przemawiać językiem polskim, a nie językiem polski programisty, co w repecie brzmiało tak:
    
Wtem yabra gos kolejnz akapit, ale yacy pryemawia jyzkiem polskim, a nie jyzkiem polski programiastz, co w repecie brymiao tak, jak brymi.
   
Sam Pipol odparł na to: mowa musi coś wyrażać, a nie służyć tylko do maskowania lisich intencji, mój Pancosiu.
   
¾ Zgoda, mój Samie, ale prawdą jest, że prawda została nabita w roku 1678 na targu w Głupkowicach przez rabina Cymesa ¾ wtrącił Pancoś.
   
¾ Nabyta ¾ dorzucił Sam i zamknął zdanie hymknięciem ¾ hmm.
   
¾ Com rzekł?
   
¾ Nie pamiętam już przyjacielu. To taki nużące, rażące, przerażające, ciamkate.
   
¾ Masz rację, Samie Pipolu, przedstawicielu wielkiego narodu Brytańskiego.
   
Pancoś rzucił na koniec się w paszczę niedźwiedzia, żeby nie mógł powstać następny odcinek, co było honorowe i nienużące.
   
„Był wielki” ¾ pomyślał Sam Pipol. Szkoda, że skończy jako niedźwiedzi kał. Kałmisia. 

Pieśń pijana

Pieśń pijana 

Lubimy, lubimy ten klimat.
Niemiecki od Renu w prawo
Dąb, jemiołę, siedemnasty wiek.
Fosforyzujące trociny przy wydrążonym pniu.
No i oczywiście księżyc, księżyc,
Białą smugę na ukos drogi,
Drżące kolana, jakby ktoś za nami szedł.
Potem winko w karczmie,
Kołeczki strojone gitary hiszpańskiej,
Śpiew, głęboki z gardła,
Zapach potu, usta blisko szyi.
Po dniu ciężkim pracy,
Z karkiem nisko przy ziemi,
Otwierają się okna w nas.
Okna ziemi, ciemne wilgotne
I
 podróżujemy niosąc kogoś na plecach
Siedzącego okrakiem.
Czerń nocy strąca nam za kołnierz
Swoje zimne krople.
Nie nasza wiedza nas prowadzi,
Nie nasze oczy patrzą,
Żupan rznie nas w kark.
Śniegiem zamiata pod płaszcz.
Fratres: Ecce mysterium vobis dico
Dudni w głowie, nuta, nuta
Basem, obcasem, końskim włosiem.
Omnes quidem resurgemus,sed non omnes immutabimur.
Pod cholewką zapada się śnieg,
Krok stawiamy za krokiem,
W podpitej winem głowie
Wiatr układa swoją bezładną pieśń,
Ale ją nuć w drodze do domu.
Chociaż nie wiesz, sobie, czy komu.