Echa

Echa 
·       Siedzę na Mszy Świętej i patrzę na ambonę zawieszoną wysoko nad ławkami wiernych. Pomyślałem, że wchodzi na nią ksiądz i daje płomienne kazanie o piekle. Zawieszenie ambony nad wiernymi byłoby restytucją hierarchii: ja ksiądz, nie mówię jak ksiądz, tylko jako narzędzie Ducha, więc musze stać wyżej. Ludzie powinni słuchać kazania na klęczkach. Kazanie powinno być metafizycznie jednoznaczne, nie powodujące w słabych umysłach prymitywnego, egalitarnego, obrazoburczego rezonerstwa. Kadzidła powinny dymić przez cały czas kazania. Trzeba demokrację wymieść poza drzwi kościoła.
Parę innych dziedzin per analogiam, np. sztuka

   Lekcja historii we współczesnej szkole (rok ok. 2020)
¾ Czy Lech Wałęsa był agentem Bolkiem, Janku?
¾
Nie, nie był.
¾
A z jakich źródeł korzystałeś?
¾
Polska nowoczesna i pozbawiona przesądów.
¾ Siadaj, szóstka. Teraz Staszek odpowie na to pytanie.
¾
Lech Wałęsa był agentem Bolkiem.
¾
Z jakich źródeł korzystałeś?
¾
Polska historia konserwatywna.
¾ Siadaj, szóstka. Widzicie dzieci, każdy może mieć rację. To wszystko są zdobycze demokracji.
 

Polecam film Okruchy życia

      

Film Okruchy życia Les choses de la vie zapamiętałem ze względu na realistyczną scenę wypadku drogowego, w wyniku którego ginie bohater filmu grany przez Michela Piccoli. Srebrny jaguar z dużą prędkością dojeżdża do zablokowanego przez inne auta skrzyżowania, zjeżdża z drogi, dachuje i leci w pole.

Czterdziestokilkuletni inżynier musi dokonać wyboru pomiędzy żoną i kochanką. Kiedy podejmuje decyzję, nogę między drzwi wstawia zły i perfidny los. Dochodzi do karambolu na drodze, podczas którego bohater dokonuje błyskawicznej retrospekcji.

Męskie czterdzieści kilka to wiek ostatniego pięknego skoku na trampolinie, kiedy świat na chwilę jeszcze zwraca wzrok na nasze popisy i chce zatrzymać swoje obojętne i kapryśne oko na naszej powoli wtapiającej się w szarość powierzchowności. Później jest już tylko krótki, samotny lot do wody i heroiczna droga w stronę takiego czy innego dna.

Bohater film Phillipa Sarde`a dociska gaz do dechy w pogoni za iluzją nowego życia. Conradowska smugę cienia chce wziąć na piątym biegu. Nie udaje mu się i tutaj można postawić pytanie, czy to dla niego dobrze, czy źle.

Piccoli gra silnego mężczyznę z zarośniętą klatą i złotym łańcuchem na szyi. Takie mamy wrażenie na początku filmu. Później coraz bardziej okazuje się, że to nie on jest panem losu, ale przedmiotem gry pomiędzy dwiema silnymi kobietami i ironicznie obojętnym losem. Lea Massari, żona i Romy Schneider spotykają się w szpitalu nad łóżkiem umierającego mężczyzny, obie - uosobienia silnej, niezwyciężonej kobiecości. Okazuje się nagle, że mocny mężczyzna jest  słabeuszem w bezlitosnej grze życia. Decyzje za ludzi słabych podejmują inni – mówi Turgieniew. Decyzje za spóźnionych z decyzją podejmuje śmierć – można dodać

Na czym polegała słabość bohatera? Gombrowicz powiedziałby, że na braku młodzieńczego uroku, braku młodzieńczej, ślepej, bezkompromisowej siły, która każe przed skokiem przerzucić serce za przeszkodę. Ja powiem, że na utracie sterowności spowodowanej upływem czasu. Pierre jest w tym wieku, kiedy zaczyna się wpadać w inercyjny dryf i nabiera się ochoty na wykonanie jakiegoś gwałtownego manewru. Decyzja dojrzałego mężczyzny okazała się imitacją decyzji dwudziestoletniego młodzieńca. Była to decyzja uderzenia młotem w głuchy dzwon, żeby się przekonać, czy wydaje jeszcze pełne soczystego dźwięku egzystencjalne dźwięki.

Młodość nie robi takich prób. Nie musi potwierdzać samej siebie. Helena i Katarzyna zawierają nad umierającym wymowny rozejm. Kobiety nie mają do siebie pretensji. Pierre nie należał tak naprawdę już do żadnej z nich.  Los ofiarowuje mu honorową, litościwą dezercję z pola walki. Porzucenie jednej kobiety dla drugiej ma być zastąpieniem  konkretnej, boleśnie realnej przeszłości mglistą przyszłością bez postawienia nogi w DZISIAJ, w tej czasoprzestrzeni, w której obie przebywają.

Tak więc los okazuje się litościwy, nie każąc grać Pierrowi długiej nudnej i niesmacznej repety z życia. Tak myślę. Polecam ten film, ale sam diabeł wie, gdzie go można obejrzeć.

Drabina

              

Kochać kogoś naprawdę, to dopuścić do swoich myśli tę możliwość, że ta istota jest śmiertelna, że może jej się coś stać, że może jej nie być.

Potem dopuszczenie do świadomości to, że życie z taką myślą jest niemożliwe, absurdalne, bezgranicznie bolesne dla człowieka.

Po trzecie przyjęcie za normalny odruch poszukiwanie na tę pętlę lekarstwa nadprzyrodzonego, skierowanie głowy ku górze. (Ściana, której nie da się przeskoczyć domaga się drabiny).

Następnie przyjęcie do wiadomości, że żadna z ziemskich obietnic: sława, bogactwo, medycyna, policja, prawo, młodość, operacje plastyczne, szpitale ideologie nie są w stanie zapewnić temu komuś ostatecznego bezpieczeństwa. Miłość chce przenieść krew poza ostrze noża.

Niewątpliwie kobiety są bardziej wtajemniczone w ten pierwotny lęk, bliżej ich krwi jest kosmiczne poczucie odpowiedzialności za życie

Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą.

 

    

Raport

 Arcyszef: Co jest, do pały, minęło wieków bez liku, a ta religia rodem ze stajni nie chce przyschnąć. Dawno powinna stać się mitem, zabobonem, historią, przesądem, pamiątką przydymioną, fotografią w sepii. Co się robi w tej sprawie?

Wicek lokajski: Robim, panie, co możem. Deprawujem, obśmiewamy, symbole wycinamy, kpimy, bagatelizujemy, deprecjonujemy, żartujemy. Większych kolegów opentalim. Nitzschego na przykład. Kąsał zdrowo, aż go zmogło. Służą nam najwięksi, ale to, to jakoś samo się pleni. Na placach, skwerach. Ludzie biorą dwa patyki na krzyż…

Arcyszef: Nie wymawiaj mi tego, tfu, tfu wyrazu, tu przy mnie… Kogo opętaliście? Niczego. Niczego nie można opętać. Macie opętać Czego, a nie Niczego.

Wicek lokajski: Niedawno usunęlim to, to. Ciężko szło, ale usunęlim. Po tamtej stronie dużo mocnych… Do nas lgną same barany tępe. Dużo ich, ale to pośledni płaz.

Arcyszef: Dymać ich figury, łapać. Figury, mówię. Płaz raz jest, raz nie ma. Płaz przelewa się jak zdechłe ryby w sieci. Mogą i nas przydusić jakby coś nie tego poszło.

Wicek lokajski: zrobim, panie, co się da.

 

Pij Jasiu, nie pij

Pij, nie pij Jasiu

                                         Dla Jasia B. Chociaż on o tym nie wie.
Jasiu, nie pij. Albo pij.  
Niebo przyciągnij jak gałąź jabłoni.
W końcu w kieszeni ma się tę parę drobnych,
Żeby jak wytrychem otworzyć raj. 

Jasiu, bądź poetą, to proste.
Wewnętrzne oko potrzyj rękawem
Nagły
 poranek wytoczy ci sprawę
Światłem ostrym jak brzytew. 

Wers się kładzie na chodniku
I jest taki długi jak w południe cień
To co, że bez sensu ten
Słów ciąg podlany martini. 

Ulica ma początek i koniec.
Stań więc w drogi pół.
Nie idź w górę ani w dół.
I nie pij, Jasiu albo pij 

Kij tam z życiem
Kij tam ze śmiercią.
Schodząc schodami drżysz nad poręczą.
Więc nie pij, Jasiu albo Jasiu pij.             

Jaskinia

Jaskinia

 
Śniła mi się jaskinia lisa, psa i lwa.
Bezimienna, pełna roziskrzonych oczu.
Styczeń marzł za oknem ciemnym.
Nikogo wokoło, choćby oko wykol.

 Śniła mi się bezimienna rozpacz.
Skowyt dusz przesypanych łopatą w próżnię.
 Siny las i drzewo
Przerzucone na drugą stronę. 

Szedłem przez ten las kiedyś,
Ale ślady zatarte gałązką.
Świerki wyrosły ponad miarę
I nie poznaję drogi.

 Chuchnimy razem na szybę,
Jest gwiazdka Roku Pańskiego byłego.
Pójdziemy w las po tropach snu,
Okrążymy polanę i ujrzymy gwiazdę. 

Język nas wyprowadzi z niewoli.
Chudy, słaboświetliwy jak księżyc.
Trzaśnie iskra pchniętego na blat fajerka
I rozejdzie się po kuchni zapach świąt.

 Zapomniałem, zapomniałem.
Zmarzły mi stopy w mokrych butach.
Trącona ramieniem gałązka nie drga
Jak spojrzę za siebie, zawali się złoty most

Objąłem cię przez sen.
Ręka złamała się w pryzmacie
Nierzeczywistego światła.
Ale nie mogę cię wyrwać stamtąd.

 Ani ty mnie wciągnąć tam.
Ale patrz moimi oczami.
Pójdę po śladach dokąd chcesz.

A ty tylko patrz.

   

To czego nam brak

   Czego brakuje we współczesnym świecie, w nowoczesnych społeczeństwach, w Polsce szczególnie? Szacunku dla układu hierarchicznego. Nie ma już: jako w niebie, tak i na ziemi, jest: jeśli jest Bóg, to powinien nam służyć jak miejski ośrodek pomocy społecznej. Układ pionowy zostaje zastapiony układem poziomym społecznym i realizują to wszyscy. Wierzący także, często nieświadomie. Demokracja jest w istocie układem diabelskim. Punktem odniesienia jestem ja. Jeżeli ja rządzę, to jest ok, jeżeli rządzi kto inny, to jest padlina. Pewien prosty, ale wygadany człowiek powiedział tak ostatnio: Jeżeli jest Bóg, to powinno być tak i tak…. Czyli nie ma już dawnego układu lennik – wasal, gdzie panowała, jak mówi Nietzsche: dumna postawa w posłuszeństwie. Punkt odniesienia tych czasów to punkt odniesienia chama, który jest w stanie skopać wszystko, jeżeli coś nie poddaje się jego woli.  Prosta kucharka wraca w niedzielę z kościoła i wskakuje w przygotowany gorset „własnych” pogladów. Dla niej układ hierarchiczny jest zachwianiem rónowagi, więc po wyjściu księdza z kolędy musi go zaraz obsmarować, żeby tę równowagę utrzymać.

kroniki

   Przeglądam kroniki szkoły. Trzydzieści lat. Zastanawiam się, czym jest szkoła i kim są ludzie, którzy w niej pracują, czyli nauczyciele. W ciągu trzydziestu lat był Lenin, Marks, Bóg, ewolucjonizm, kreacjonizm, taki pasztet, że można dostać schizofrenii ad hoc. I co? I nic. Co przyjdzie z centrali, to się wykłada. Nikt nie wierzgnie, nie tupnie nóżką. Robimy kiełbasę z tego, co jest wytyczone.  Historia jeszcze nie przyklepana, a juz wykładana. Teoria nie sprawdzona, a już do głów włożona. Sztandar wystąp, sztandar wstąp. Katecheta wychodzi z klasy, za nim wchodzi pani od przyrody. Kto stworzył człowieka? Bóg przecież. Jak powstał człowiek? Z przypadku. Taki przypadek, ktoś komuś włożył coś pod zadek. Ha, ha.

Kasa

   Kasa, kasa. Od rana do wieczora. Jeden na drugiego patrzy przez pryzmat kasy:  ile on ma, ile można z niego wyciągnąć, ile ma do pierwszego, czy starczy mu na opłaty, ile za godzinę? Jedno oko „i”, nos „l”, drugie oko „e”. Chce mieć to i tamto, ale kiedy chata napełniona przedmiotami, one martwieją wypuszczone z dłoni Midasa.
    
Co innego dziecko. Pudełko zapałek jest dla niego czymś cudownym, płyta dvd, rakietka do tenisa, pusta butelka po wodzie mineralnej i małe ręce, którym poddaje się świat. 
   
Pieniądze, duże nie są miarą pracowitości. Duża kasa, to diabelski kanał, w jaki wpuszcza nas świat, szaleńcze niewolnictwo do kwadratu.Wielkie, zadbane domy, równe trawniki, psy, przycięty żywopłot, a w środku przeważnie stare trupy, które siedzą w kuchni i pija kawę zbożową. Bezradne pchły wożone z złotej sierści ogromnego głodnego, nienasyconego  psa, niezdolne do życia gdziekolwiek indziej. Podłączone ze swoim kontem w banku krwawą pępowiną.
   
Jesteś w pracy. Obok nie siedzi kolega, koleżanka, ale hiena, gotowa wskoczyć na twoje miejsce przy biurku, szaleniec, który ma ambicję wspiąć się wyżej niż ty po szklanej górze.
   
Zapuśćmy brody, zapuśćmy trawę na podwórku, niech mech porośnie nasze dachy. Może odżyjemy.