Ewaluacja

        Zarządzanie oświatą i edukacją dostało się w ręce zimnych wariatów. Modne ostatnio w kręgach oświatowych stało się słowo ewaluacja. Dyrektorzy i nauczyciele przeżuwają to  słowo z magiczną czcią, jakby stanowiło ono desygnat jakieś prawdy niezmiennej i absolutnej, która niedawno została objawiona, i która doprowadzi nas do bram ziemskiego raju. Wymawiający to słowo natychmiast spowijają się w nimb niedostępnej, pożądanej przez maluczkich i niewtajemniczonych wyższości. Termin ma swoją definicję naukową: Ewaluacja w oświacie – ocena przydatności i skuteczności podejmowanych działań dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych w odniesieniu do założonych celów, służącą doskonaleniu tych działań.        
   
Czyli: nauczyciel uczy Jasia tabliczki mnożenia. Jasiu nie może zrozumieć, więc nauczyciel próbuje innego sposobu. W końcu Jasiu łapie, o co chodzi i idzie na państwowy egzamin. Coś nowego? Czy tak nie było zawsze w szkole, w procesie nauczania? Ano było. Ale jakiś wariat wymyślił sobie nową dyscyplinę naukową, która rozwinęła się na zachodnich uniwersytetach, gdzie jak wiadomo kasy w bród, wiec można mnożyć katedry i smalić duby na akord.
       
   
Co ma ta moja pisanina do życia? Ano to, że nauczyciel zamiast uczyć i całą energię ładować w uczenie dziecka, musi się zajmować monitorowaniem ewaluacji, czyli oprócz pracy dydaktycznej ma się zajmować pracą naukową na temat własnej pracy dydaktycznej. To tak, jakby koń pociągowy oprócz ciągnięcia wozu, musiał jeszcze prowadzić dziennik postępów stępa: przenoszę ciężar z lewej tylnej na prawą przednią, co ułatwia mi pokonywanie wzniesienia. 
       
   
Ewaluacja to samodzielna dyscyplina badań społecznych. Dlaczego znalazła się w szkołach publicznych, bo w prywatnych chyba nie? Ponieważ warstwa pasożytnicza urzędników musi mieć jakieś alibi, które uzasadni ich egzystencję. Stąd różne metody pomocowe płynące łaskawie z góry znad biurek parujących poranną herbatką, które są taką pomocą jak konewka w deszcz.
        
   
Nie ma hojniejszego mecenasa niż państwo. Na dworze księcia pięć minut nie utrzymałby się ewaluator postępowiec. Państwo natomiast chętnie sięga do kiesy ( oczywiście nikt nie sięga do kieski swojej ) i sypie grosz na bzdury. Test asymilacji bzdury jest testem stopnia poddaństwa niewolnika  w stosunku do państwa.
         

Krzyż raz jeszcze

   Ktoś może myśli, że sprawa Krzyża to coś nowego w historii Polski? Jakaś kulminacja, koniec religii, kościoła, nowa rewolucja francuska? Trafny cytat wleciał mi jakoś sam do głowy:

PRZECHRZTA
Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy karty Talmudu jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna.

CHÓR PRZECHRZTÓW
Jehowa pan nasz, a nikt inny. – On nas porozrzucał wszędzie, On nami, gdyby splotami niezmiernej gadziny, oplótł świat czcicielów Krzyża, panów naszych, dumnych, głupich, niepiśmiennych . – Po trzykroć pluńmy na zgubę im – po trzykroć przeklęstwo im.

PRZECHRZTA
Cieszmy się, bracia moi. – Krzyż, wróg nasz, podcięty, Zbutwiały, stoi dziś nad kałużą krwi, a jak raz się powali, nie powstanie więcej. – Dotąd pany go bronią.

CHÓR
Dopełnia się praca wieków, praca nasza markotna, bolesna; zawzięta. – Śmierć panom – po trzykroć pluńmy na zgubę im – po trzykroć przeklęstwo im!

PRZECHRZTA
Na wolności bez ładu, na rzezi bez końca, na zatargach i złościach, na ich głupstwie i dumie osadzim potęgę Izraela- tylko tych panów kilku – tych kilku jeszcze zepchnąć w dół- trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża. -

   Za grubo pojechałem? Co mi tam. Jak wojna to wojna.

Internetowe gnidy

   Efektem bezpłatnej i przymusowej edukacji jest pojawienie się osobnika, który dotychczas pasał krowy i strugał fujarki albo naciągał zębami gumę u szewca. Podstawowa umiejętność pisania i względna anonimowość stworzyła organizm pod tutułem gnida internetowa. Trudny do wytępienia gnojolokaj, ujawniający się na forum internetowym, którego jedyną rozrywką jest plucie na wszystko i na wszystkich. Niniejszym opowiadam się tutaj za koncepcją edukacji nieprzymusowej dla chętnych i ambitnych. Dla gnid kursy liczenia do dziesięciu, żeby wiedział, jak długo musi liczyć w pamięci, żeby uciec poza zasięg bata.

Jesień

   Już jest. Pierwsze przygnały jesienne psy z zimnymi nosami. Później z zachodu przybył władca atlantyckich baławanów. Czarnosine postrzępione chmury rwały się nad głową, a chude jarzębinki przy drodze przygięło do ziemi. Koniec lata. Kipienia zieleni, agresji zielska odrastającego jak łby dziesięciogłowego smoka. Głowa stygnie, myśli porządkują się, letni budyń pod czaszką tężeje. Przyszła, najbliższa człowiekowi pora roku. Obok zimy najbardziej nienaturalna, nie kwitnąca, ale wygasająca. Nie martw się, mówią liście, nasza zieloność i siła trwały krótko. Spadamy. Ale przedtem pokażemy najpiękniejsze widowisko, jakie zna natura. Śmiertelny negliż w technikolorze na samym środku sceny. Natura jest bezwstydna, ale przynajmniej wszystko jest na miejscu i widoczne: narodziny i śmierć. U człowieka jest ostatnio inaczej. Odchodzenie jest usuwane, chowane. Najlepiej przez internet: kliknij enter, załatwimy wszystko za ciebie bez wychodzenia z domu. Uroczystości pogrzebowe obejrzysz na you tube.

Echa

 

Wyjdą niezłożone organizmy spod gruzu i traw, a szympans za milion lat znów napisze Boską Komedię.

 

Wielkie Nic krążyło w pustce, aż zapragnęło zostać Wielkim Czymś. Niedorzeczność tego pragnienia spowodowała Wielki Wybuch.

 

Przyczyną wszelkich nieporozumień jest język.

 

Spierałem się z ateistą. W końcu pozwoliłem sobie udowodnić, że na chmurce rzeczywiście nie siedzi brodaty ssak w gazowym stanie skupienia. ( Zaczerpnięte z Myśli Alberta Einsteina)

 

Niczego nie napiszesz, jeśli będziesz chciał zawrzeć świat w jednym zdaniu.

 

Moja intelektualna użytkowa głupota jest agresywna i zaborcza. Kiedy się odzywa, idę z Morusem na spacer. ( Morus od sir Thomasa )

 

W przerażenie wpędziła mnie myśl, że przy takim upadku edukacji i kultury za dwadzieścia lat jakiś stary pedagog nie będzie umiał wytłumaczyć młodzieży, że nie jest poezją zdanie: Zaszyliśmy się oboje w leśnej głuszy i cieszyliśmy się swoimi narządami płciowymi.

Gostek

             W Kamieniu na poboczu stał gostek w z deską owiniętą srebrną folią. Decha dość spora. Większa od największej blachy do ciasta. Kiwnął łapką, więc się zatrzymałem.

¾ Jedzie pan do Chwaszczyna?

¾ Jadę.

            Wgramolił się ze swoim pakunkiem na przednie siedzenie. Gostek po pięćdziesiątce, włosy długie do ramion, reszta w normie: koszula i dżinsy. Jedzie zadowolony i nic nie gada. W końcu rzuca parę słów jako zapłatę za drogę:

 ¾ Po dziesiątej jest dziura w pekaesach. Żona zabrała auto, a ja akurat muszę jechać do Gdyni. Obejmuje przedmiot kolanami i podtrzymuje rękami.

 ¾ To obraz? ¾ strzelam.

 ¾ Obraz ¾ gostek odpowiada z dumą. ¾ Jadę go pokazać, może sprzedam za półtorej stówy.

Za półtorej stówy ¾ myślę ¾ ale w jakiej walucie. A może sto pięćdziesiąt tysięcy? ¾ To pańskie dzieło? ¾ badam dalej.

 ¾ Nie, nie moje. Kiedyś nakupowałem po jarmarkach, ściany obwieszałem, a teraz nie mam gdzie swoich dać.

 ¾ Aha ¾ kiwam głową. ¾ Też kiedyś na studiach malowałem, miałem rękę do pędzla. Malowałem strzałki na ścianach – Droga ewakuacji i bilbordy: PZPR prowadzi donikąd.

 Gostek zaśmiał się. ¾ To pan plastyk.

 ¾ Pomocnik plastyka. Plastyk narysował ołówkiem kontur, a ja zamalowałem środek jak dziecko.

¾ Aha.

¾ A można z tego wyżyć? Z malowania ¾ pytam.

 ¾ Z samego malowania, nie bardzo. Trzeba jeszcze jakieś sprawy plastyczne. Przyozdobić jakąś salę weselną albo balową. Malowanie słabo schodzi. A jak się już coś namaluje, to stare baby się czepiają. Namalowałem taki obraz: Muza dekonstrukcji i deko……….(nie pamiętam słowa użytego przez malarza). Taka muza w welonie i parę innych dupereli na obrazie. Ale jakieś dwie baby się dopatrzyły, że moja muza ma twarz Matki Boskiej i w ryk.

¾ Nie spodobało się.

¾ Nie spodobało.

¾ Tak już jest ze sztuką, albo się podoba, albo nie.

Dojeżdżamy do Chwaszczyna. Gostek wysiada na rondzie. Podmuch wiatru chwyta jego grzywę i szeleści folią na obrazie. Zaraz złapie autobus i pojedzie opchnąć obrazek za sto pięćdziesiąt.

 

A teraz przemówi Lady Ga Ga


 

   Jestem ciekaw, w jakiej knajpie na Manhattanie, spod jakich barowych desek wyłazi ta triumfująca szmira, obleśna, rytmiczna papka, namolna, gwałcąca, prymitywna, perwersyjna taniocha, ale w ambicjach papieska, gotowa do objęcia rządu dusz. Narzucająca się codziennie i ustanawiająca swój sukces poprzez medialny gwałt, wciskanie się każdą szczeliną w ucho, roznoszona jak zaraza przez radio i telewizornię. Nad światem przelatuje zwycięska szantrapowalkiria w białej peruce i wymiętch szarych gaciach i porywa za sobą nasze dzieci. Radia w aucie nie da się słuchać i czasami mam chęć wyrwać je razem z kablami. Nic tylko Lady Ga Ga i wyślij smsa za 2.44.

   Witamy państwa, zaraz przemówi Lady Ga Ga. Przykazanie na dziś: lżyj ojca swego i matkę swą. Teraz robimy minę zygi – zygi i idziemy na miasto. Dzisiejsza akcja polega na znalezieniu przedmiotów w kształcie krzyża i usunięcie ich. Jeden krzyż będzie można wymienić na pięćdziesiąt pokemonów.

    A teraz mówi Lady Ga Ga: — Gu ga, gu ga, buga, buga, giga, giga, trala, la.

Kurs literatury

 

   Nauczyciel w szkole średniej, w pierwszej klasie powinien wejść na lekcję z jedną książką pod pachą ( niech to będzie na przykład Stary człowiek i morze, ale może też być każda inna o jakiejś ustalonej wartości literackiej ) i, zaczynając od niej, winien rozpocząć kurs literatury przygotowujący do matury. W którą stronę by poszedł po Hemingwayu, to już sprawa jego i uczniów. Dozwolone byłyby różne kierunki – kurs na poezję, na Pismo Święte, na mitologie, baśnie. Nauczyciel miałby zadanie pokazać związki literatury z życiem, wskazać nici łączące poszczególne książki. Przecież największe księgi nawiązują do siebie parabolicznie, a nie z epoki na epokę.

   Uczniowie wciągnęliby się w grę zwiedzania pałacu sztuki. Można by trzy latka spędzić pożytecznie, a potem sprawdzić na maturze, nie kto co wie, ale kto jak się nauczył myśleć. Bo przecież o to chodzi.

   Na bazie jednego opowiadania można by zbudować drzewo odniesień w pionie i poziomie, np.: od Hemingwaya do bibijnego Jonasza, przy historii Biblii można pokazać równoległą miotologię, potem od Prometeusza do Dżumy Camusa… itd.

   Takie pchle skoki.

   Zresztą, chyba dam spokój. Kto to zrobi? I dla kogo taka granda? Nauczyciele z licencjatem, którzy mylą Prusa z Proustem? I ci uczniowie, którzy oganiają naukę streszczeniami.

   Jak mówi Henio Smaczek: daj pokój, Student.

Krzyż

 

   Po pierwsze należy spojrzeć na mapę świata i zobaczyć, jak wygląda Polska wciśnięta pomiędzy Bolszewię i Germanię, które tylko czekają, żeby kłapnąć szczęką i połknąć to małe państewko. Dlaczego jeszcze istniejemy w tym żelaznym uścisku pomiędzy tysiącletnią drapieżną niechęcią Niemców i około pięćsetletnią agresywną pogardą Rosji?

   To co nas trzyma, to siła i braterstwo Krzyża. Niech kto mądry powie, że to nieprawda. Głupich nie pytam.

Jeżeli chodzi o Krzyż przed Pałacem Prezydenckim, to ludzie, którzy go bronią postępują intuicyjnie dobrze. Manipulacja ludzi prezydenta polegała na tym, żeby doprowadzić do takiej sytuacji, że księża będą musieli odstąpić i wrócić do siebie. Co powinni zrobić? Ano zostać i stać przy krzyżu, bo Energia wiary będzie się zawsze koncentrować wokół Krzyża, a nie wokół kościoła jako budowli z kamienia. Historia pokazywała, że oddolne i indywidualne inicjatywy wiary ożywiały Kościół i często purpuraci w swoich pluszowych fotelach na plebaniach nie umieli oceniać wagi wydarzeń albo tracili czujność i dawali się wmanipulować jak w powyższym przypadku. W tym wypadku kościół powinien spalić się ze wstydu

   Co do Komorowskiego nie mam złudzeń. Spod owczego runa wyłazi wilcza sierść i niech nie czaruje słodkim gadkami o przeniesieniu Krzyża, skoro jest to po prostu usunięcie.

   Wyobrażam sobie sytuację, że trzydzieści lat temu biorę na lekcji portret Marksa albo Lenina i mówię, że idę go przenieść do domu partii, bo tam jest jego miejsce, bo szkoła ma być miejscem wolnym ideologicznie.

   Pewnego dnia zdjęto obrazy mistrzów próchna i nicości i na ścianie zostało obramowane ramką kurzu jasne miejsce i zwisająca pajęczyna.

Dzisiaj mamy odwet na Krzyżu gadającego próchna. Na świecką krucjatę ostatnio wyruszył pan Napieralski. Powodzenia.