Pożegnanie z bronią

   Powieść Hemingwaya czytałem kilkanaście razy. Najlepiej czyta się ją pod koniec lata. To co, że znam treść. Proste, mocno destylowane zdania, nierezonerski tok opowieści pozwala działać wyobraźni czytelnika. Ciągnie mnie w tamte czasy. Jeżeli dusza jest nieśmiertelna to na pewno w obie strony czasu i być może ta moja hulała sobie gdzieś w przeszłości, skoro z takim sentymentem wyrywa się do tyłu i w czasie lektury dorysowuje sobie elementy świata, któego ja nie znam.
   Bohaterowi święto miłości przychodzi celebrować w piekle. Ale mimo tego nie traci pogody ducha. Zapach kochanej kobiety miesza się z zapachem prochu, ale w tej całej burzy świat nadal jest piękny, posiada swoją woń, smakuje.
Capri bianco, rum, koniak, wermuth, fisco chianti w oplecionej butelce fresa, barbera, margaux whiskey z sodą marsali, capri, kummel, St Estephe, zabaione. Alkohole, tytoń, aura Mediolanu, wyścigi konne na San Siro, powozy (to jeszcze XIX wiek wbrew pozorom). No i antybohater, dezerter. który ucieka z kobietą przez jezioro do Szwajcarii. Ucieczka z koszmaru świata i wojny jest końcem przygody amerykańskiego chłopca. Wojna jest absurdem, nad którym nikt nie panuje. Nawet nie widomo, kto wygrywa ją, czy kto ją w ostateczności wygra. 
   Ale nie to mnie jara. Smakuję pojedyncze zdania i spod powieściowej fikcji wydobywa się świat. Rzeczywisty, namacalny, piękny, bolesny.

Postawiliśmy na konia, który nazywał się Promień Światła, i przyszedł czwarty z pięciu biegnących. Staliśmy oparci o ogrodzenie, patrzyliśmy, jak konie przebiegały obok, dudniąc kopytami, w oddali widzieliśmy góry i Mediolan za drzewami i polem.
  
    
Doskonała sztuka tworzy u wrażliwych czytelników wspólnotę doznań. Wszyscy patrzeliśmy na ten świat, jaki by on nie był i kochaliśmy go tą trudną miłością na jaką sobie zasłużył. Miłością pierwotnego zachwytu, które przynoszą nam pierwsze promienie światła w młodości; nagłego rozczarowania, kiedy rzeczywistość brutalnie  przegalopuje nam przed oczami; pogodnej nostalgii, kiedy gwałt życia cichnie i stoimy oparci o ogrodzenie, patrząc na niedostępne, piękne i odległe góry w oddali. 
   W Pożegnaniu z bronią Hemingway pokazał mistrzostwo. Jaka jest jego tajemnica? Przecież tam byliście. Nie pamiętacie? A ten smak fisco chianti z oplecionej butelki, dłoń w jej włosach, kiedy śpi obrócona do ciebie plecami… Przecież to pamiętacie. I ten smak azylu w Szwajcarii, kiedy za ścianą słychać głuche dudnienie wojskowych butów i kopniaki w cienką, gipsową ścianę.

Mozart, Beethoven, wino i pies

   Muzyka Mozarta to muzyka teraźniejszości, muzyka Teraz, chwili zatrzymanej jak poncz w wazie, który kołysze się w promieniach słońca, próbując sie wylać z nadmiaru, ale tylko faluje, wspina się na szklane ściany i wraca. Beethoven cierpi już na tę chorobę znaną dobrze współczesnym – ucieczkę od siebie wprzód. Muzyka Mozarta jest muzyką psa idącego równo przy nodze, pies Beethovena ciągnie, szarpie się i jest wabiony przez wonie czegoś, co czeka za zakrętem.
   Romantyzm to urwanie się ze smyczy i gorączkowe, heroiczne próby zagospodarowania wolności. O ile u Bacha, Haydna, Mozarta jest wszystko, pasja religijna i polityczna, wzniosłość, hierarchia, akceptacja i afirmacja, uczucia (te jednak najmniej), to później pozostaje już tylko eksplatacja uczuć, jak stwierdza to Gombrowicz w Dziennikach, każdy jest zadowolony, że dostał swoje małe poletko i nie wytyka spoza niego nosa. 
   Sztuka przez ostatnie dwieście lat pastwi się nad formą, szukając nie spokoju i zgody ze światem, ale napięcia i emocji za wszelką cenę. Myślę, że bliski jest czas zwrotu heraklitejskiego wahadła: W świecie ducha wszystko dąży do swoich przeciwieństw. Ludzie już ziewają w kinach na filmach, gdzie kroi sie ludzi piłą mechaniczną i ile jeszcze można w literaturze jechać na coraz bardziej spranych kodach leonarda. 
   Już słyszę rozdzierający powietrze krzyk: dajcie mi jedną linijkę prawdziwego wiersza, która ukoi moje niepokojne serce, dajcie mi jedną nutę utraconej i pogrzebanej raz na zawsze tajemnicy.
   Jeszcze raz kłania się T. S. Eliot: Świat nie skończy się hukiem, ale skowytem.

Post scriptum

   Jeszcze o tym samym, czyli o prowadzeniu pod wpływem alkoholu. Moim zdaniem nie decyduje tu zasada prawnej współmierności zabronionego czynu, tylko antyalkoholowa wścieklizna niektórych świętoszków. Bo jazda pod wpływem alkoholu jest przestępstwem, natomiast jazda bez uprawnień, więcej, bez umiejętności prowadzenia pojazdu, czyli defacto uczynienie z auta półtoratonowego pocisku w ręku jakiegoś durnia jest tylko wykroczeniem. Wykroczeniem będzie też na przykład jazda 170 na godzinę w terenie zabudowanym, na przykład koło wiejskiej szkoły, z której wybiegną dzieci na przerwę. No ale to nie są przestępstwa, ale po trzech piwach pałą i do lochu. Jeszcze jakieś przykłady? A co będzie, jak zawiążę sobie opaskę na oczy i pojadę. To będzie wykroczenie, czy przestępstwo? Albo jak będę prowadził nogami… Wykroczenie czy przestępstwo? Albo jak posadzę za kierownicą mojego owczarka?

Pijani kierowcy i trzeźwi

Niedługo nie będzie z kim pogadać jak z normalnym. Kiedy poruszam temat prowadzenia auta po pijanemu, zwykle dochodzi do poważnego sporu. Jeszcze raz twierdzę, że problem prowadzących po pijanemu to problem zastępczy. Nikt jakoś nie otwierał kopary, kiedy w styczniu i lutym prawie wszystkie drogi w  województwie pomorskim były w stanie katastrofy budowlanej z dziurami jak wiadro. Wszyscy jeździli slalomem, a urzędnicy i policja grzała się przy gruzińskiej herbatce pod piecem. Zagrożenie dla życia było niebotyczne, dziury, obok dziur lodowe garby. Kto musi pracować za kółkiem, zapamięta tę zimę dobrze. Ale porusz tylko temat pijanych kierowców, to od razu klangor pod niebiosa: zabierać auta, dożywocie, ciężkie roboty. A ja mówię, żeby była kara, musi być przestępstwo. Jeżeli spowodował wypadek i był pijany, to dorzucić mu dziesięć lat i gra. W Polszcze jest tak: zbiera się dziesięć bab i pięciu zdiagnozowanych  głupców. Rzuca się im temat – piłeczkę i sypią się pióra, taka jest bitwa.

Ofiarami medialno policyjnej padaczki są pijani rowerzyści, którzy siedzą w więzieniach, a tymczasem największe śmiertelne zagrożenie na drogach powodują auta z rejestracją W… na początku, golfiarze i passaciarze ze wsi, dziurawe jednopasmówki, a pijani kierowcy powodują 10% wypadków. Inna sprawa. Nikt nie reaguje na chodzących poboczami nieoświetlonych pieszych. Są niby użytkownikami drogi, ale nie mają żadnych ustawowych obowiązków, co do zaznaczenia swojej obecności na ulicy. Ani światłą, ani odblasku. Nic. To nikogo nie boli. Ale stukilowy chłop po dwóch piwach ma iść od razu do paki za nic.

Podobnie jest z posiadaniem broni. Argumenty przeciw są takie, że się pozabijamy w tydzień. Ale czy żeby zabić, potrzebna jest broń palna? Zrobiłem kiedyś taki eksperyment – w Castoramie podszedłem do półki z siekierami i zarzuciłem sobie największą na ramię. Później chodziłem z nią przez godzinę i jakoś nikt nie reagował, a przecież jakbym chciał, mógłbym zrobić taką jatkę, zanim ktoś by mnie obezwładnił, że nie dokonałbym tego żadnym pistoletem.

Jestem za tym, żeby jeździć na trzeźwo, ale niech w tym cholernym, skorumpowanym kraju jest jakaś sprawiedliwość. Znam wielu trzeźwych morderców drogowych, którzy nie siedzą, bo tatuś, bo wujek bogaty, radny, wójt, bo ciocia w urzędzie, bo stryjek w policji. Dlaczego tym się nikt nie zajmuje, dlaczego perfidni, służalczy  dziennikarze rzucają w tłum piłeczki tematów zastępczych. Dlaczego nie są odważni, dlaczego niektóre tematy ich gryzą?

Gdzieś na forum, ktoś mądry napisał, że pijani jeżdżą 50 na godzinę pomiędzy 21 a 6 rano, żeby ich nikt nie namierzył. Chcecie znaleźć prawdziwych drogowych morderców, to przejedźcie się w lipcu 7 na trasie Warszawa – Gdańsk. Tam to dopiero trzeba mieć Ojcze Nasz na ustach.

 

Prałat Jankowski

   

Co dzieje się z człowiekiem po śmierci? Wielu przypuszcza, ale nikt nie wie na pewno. Wiadomo natomiast, co dzieje się z opinią o nim. Mówię to w kontekście śmierci Prałata Jankowskiego, kapelana Solidarności. De mortus nihil nisi bene – o umarłych tylko dobrze mówi łacińska sentencja. Jasne. Normalni ludzie trzymają się tej zasady, ale nie dziennikarskie szczury. Chcecie zobaczyć, jak wygląda dziennikarska manipulacja?

W Dzienniku Bałtyckim pewien dziennikarzyna dokonuje takich oto sztuczek: 
   
   Nie pamiętam już niestety, jak to się stało, że w kręgu osób zakładających pierwsze niepubliczne szkoły w Gdańsku pojawił się ksiądz prałat Henryk Jankowski.
Nie było go jeszcze wśród tych, którzy w lipcu 1989 roku podpisywali statut Gdańskiej Fundacji Oświatowej (a w tym gronie znaleźli się m.in. były minister oświaty, nieżyjący już prof. Robert Głębocki i obecna minister edukacji Katarzyna Hall, a także marszałek Maciej Płażyński), ale zjawił się chyba niewiele później. I było to, trzeba powiedzieć, wydarzeniem dla nowo powstających szkół niezwykle szczęśliwym, wręcz opatrznościowym.

Polskie państwo tolerowało już wtedy niepubliczne szkoły, ale zostawiało je ich własnemu losowi. Czesne wystarczało może na pensje nauczycieli, ale już na pewno nie na pomoce naukowe, nie mówiąc o budynkach.  Szkoły gnieździły się więc w prowizorycznych odnajmowanych pomieszczeniach i póki nie zmieniła się polityka oświatowa, były na tę prowizoryczność skazane. Ksiądz prałat dołączył w takim właśnie momencie do grona twórców Gdańskiego Liceum Autonomicznego w roli niebywale skutecznego załatwiacza. Potrafił przekonać możnych protektorów, że warto zainwestować niemałe pieniądze w przedsięwzięcie, które było wtedy w ledwie zalążkowej postaci.

Księdzu prałatowi szkoła, obecnie jedno z wiodących gdańskich liceów, zawdzięcza swoją pełną szkła i marmurów siedzibę. Uczniowie, nauczyciele, rodzice zawdzięczają mu normalność. Potem wszystko zaczęło się sprawnie toczyć dzięki kredytom i subwencjom, jak być powinno w wolnorynkowej rzeczywistości, ale w tych pionierskich czasach rola księdza prałata była nie do przecenienia.

Ksiądz prałat znalazł się wśród członków Rady Fundacji, miałem więc przez wiele lat okazję spotykać się z nim i współpracować. To był zupełnie inny ksiądz prałat Henryk Jankowski niż ten, który utrwalił się w publicznym wizerunku. To było chyba w ogóle jego problemem. Był kimś innym prywatnie, a kimś innym próbował być w życiu oficjalnym.

Dobroduszny, dobrotliwy, wciąż tylko szukał okazji, co by tu dobrego zrobić. Wtedy zorientowałem się na przykład, ile zawdzięczali mu jego parafianie, jak łatwo było u niego o pomoc w praktycznych zmartwieniach, jak troszczył się o los dzieci z jego parafii. Nie było też nigdy obawy o to, żeby chciał się jakkolwiek wtrącać w funkcjonowanie szkoły. Nigdy z racji roli jaką odegrał w tym pionierskim okresie, nie uzurpował sobie niczego. Prowadzenie szkoły zostawiał innym. Sam zadowolił się rolą bezinteresownego mecenasa.

Prywatnie bardzo żałuję, że publiczny wizerunek całkiem przysłonił tego księdza prałata z sercem dla ludzi, jakiego poznałem w roli opiekuna szkół autonomicznych.  

         To był inny ksiądz, niż ten w publicznym wizerunku? Co to znaczy? Kto ustala kanon publicznego wizerunku? Jarosław Zalesiński i Dziennik Bałtycki? Ksiądz Jankowski miał problem. Jako mecenas szkół był ok., ale jako osoba publiczna, polityczna był już be, bo poza kanonem wizerunku. Pytam, kto więc stworzył mu taki wizerunek? Czy nie czasami dziennikarskie żołdactwo pod kontrolą… no właśnie, pod czyja kontrolą? Prywatnie był dobroduszny i dobrotliwy i szukał okazji, by zrobić coś dobrego. Ale Publicznie był już nieortodoksyjny. Zalesiński nie mówi niczego wprost, tylko puszcza oczko. My dobrze wiemy, kim naprawdę był Jankowski. Nie wypada przecież po śmierci skoczyć mu do gardła oficjalnie, więc trzeba wysmarować taki zgnity słowny pasztet. Najważniejsze dla mnie są te przystawki, które wytłuściłem w artykule. Tak właśnie wygląda obszycie tekstu prasowego według nadrzędnej tendencji.

Był dobrym człowiekiem, dobrodusznym i dobrotliwym, ale wiecie, drodzy czytelnicy, co innego życie prywatne, co innego publiczne.

Takimi przypisami można człowieka szczuć całe lata. I być może dlatego ksiądz Jankowski, kapelan Solidarności ostatnie chwile musiał spędzić w hospicjum. O umarłych albo dobrze, albo wcale, albo cwanie. Można też tak.

  

                      

Jeszcze o muzyce

   

         Lato w tym roku jak ta lala, więc jeszcze kilka słów o Mozarcie i Beethovenie.  Beethovena wprowadzono do pięknego i doskonałego pałacu Muzyki opuszczonego przez Mozarta i kazano komponować. Beethoven nie miał z czego strugać swojej wielkości, bo wszystko było wystrugane. Kolejną kopią Wolfganga Amadeusza nie chciał zostać, więc jak każdy geniusz  onieśmielony  majestatem Piękna, rozpoczął wpierw od stłuczenia czegoś ładnego.

         Pierwsze dwa koncerty fortepianowe Beethovena były niczego sobie, ale były to co najwyżej dwa najgorsze koncerty Mozarta. Nic więcej. Beethoven był tego typu dzieckiem, które musiało w pewnym momencie dokonać dekonstrukcji doskonałej materii, żeby móc zacząć naprawdę tworzyć. Kto za młodu nie włożył kija w szprychy roweru, nie będzie wiedział, o co chodzi.

         Najłatwiej można to wytłumaczyć na podstawie koncertów fortepianowych. Kompozycja klasycznego koncertu fortepianowego wyglądała tak, że rozpoczynała orkiestra szeroką ekspozycją, żeby słuchacz wiedział, co będzie grane, a solista miał czas na rozgrzanie dłoni. Beethoven zaczął w ten sam sposób, według reguł, ale szybko się zorientował, że w klasycznej harmonii nie ma z Mozartem szans, więc zaczął po swojemu. Już w trzecim koncercie słychać beethovenowskie pomruki, a czwarty zaczyna się już nie od orkiestry, ale od nieśmiałego plim, plim, plum podanego od solisty. To była nowość i obrazoburstwo. No jak tak można, przecież wszystkie reguły zostały ustalone. Ale Ludwig to ten typ, który gra według reguł: ja z tej strony, reszta świata z drugiej.

         Jego oryginalność została ustanowiona na dobre w V koncercie, Imperatorze, gdzie zaczyna na dobre solista kaskadami fantastycznych  dźwięków w typowych beethovenowskich kadencjach, a dopiero po nim potężnie wchodzi orkiestra z nigdy dotąd nie słyszanym przez nikogo muzycznym ogniem. To oczywiście nie wszystkie innowacje, które uczyniły autora Dziewiątej wielkim. Do tłumaczenia fachowo muzyki z braku specjalistycznego wykształcenia się oczywiście nie nadaję. Nie mam tu wiele do gadki, bo jestem w smarkach za rzadki – jak mówił mój tata. Ale polecam Imperatora na sierpniowe wieczory, szczególnie adagio: http://www.youtube.com/watch?v=cd9rg9v25bo

Wybory

   Za pięć ósma do lokalu wyborczego wpada facet  plażowych gatkach z palemkami: – Jezu, zdążyłem. Z Dębek same korki, jechałem lasem, myślałem, że urwę zawieszenie. Przecież nie mogę pozwolić, żeby wygrał ten mały kartofel.  Ot, panie, demokracja.
  
  

Tu Nietzsche się mylił

   W Ludzkie Arcyludzkie Nietzsche pisze o artystach. Ale w jednym z jego mini esejów znalazłem coś, z czym się nie mogę zgodzić. Pisze on coś takiego: Wiara w natchnienie… Artyści mają interes, żeby wierzono w nagłe objawienia, tak  zwane natchnienia; jak gdyby pomysł dzieła sztuki, utworu poetyckiego, myśl zasadnicza systemu filozoficznego, spływały, niby promienie łaski z nieba. W rzeczywistości wyobraźnia dobrego artysty lub myśliciela stwarza ustawicznie rzeczy dobre, średnie i złe, lecz sąd jego, nadzwyczaj zaostrzony i wyćwiczony, odrzuca, wybiera, kombinuje, jak to widzimy z notatników Beethovena, układał on swoje najwspanialsze melodie stopniowo i w pewien sposób wybierał je z wielu prób. Kto oddziela mniej surowo i niechętnie może stać się wielkim improwizatorem; ale improwizacja artystyczna stoi nisko w porównaniu z pomysłami artystycznymi wybranymi poważnie i z mozołem. Wszyscy ludzie wielcy byli wielkimi pracownikami, nie tylko niezmordowanymi przy wynajdywaniu, lecz także przy odrzucaniu, przesiewaniu, przekształcaniu, porządkowaniu.

Może bym i przełknął taką tezę, gdyby Nietzsche nie powołał się na muzykę i na Beethovena, który miał szczęście i nieszczęście żyć i komponować po Mozarcie, największym improwizatorze, jak chce niemiecki myśliciel. Będę tak samo arbitralny jak filozof  i powiem, że nie ulega wątpliwości, iż Mozart był równie genialnym kompozytorem jak Beethoven, a w płodności i doskonałości każdego dzieła muzycznego Mozart bił Beethovena na głowę, mimo, że Bóg pozwolił mu żyć o dwadzieścia lat krócej od mistrza z Boon.

Nie będę szczegółowo wyliczał, kto ile skomponował, ale Mozart gdzieś około pięć razy więcej, mimo że miał znacznie mniej życia. Wolfgang Amadeusz nie miał więc czasu na kreślenie i wybieranie z wielu rzeczy, kto nie wierzy, niech sprawdzi. Podejrzewam, że niejednemu śmiertelnikowi nie starczyłoby trzydziestu pięciu lat, żeby przepisać ręką wszystkie Mozartowskie partytury.

W czym myli się Nietzsche? Otóż w tym, że istnieją co najmniej dwa rodzaje twórców, a efekty ich twórczości są równie genialne i tutaj przykład Mozarta i Beethovena się sprawdza doskonale. Mozart był twórcą intuicyjnym, instrumentalnym. Kimś takim jak gąbka, która napełnia się wodą z zewnątrz i z tego ilościowego i jakościowego nadmiaru rodziła się u Mozarta sztuka. Chłonął w siebie świat, piękno, dźwięki i natychmiast przetwarzał je w pierwszorzędną sztukę. Mozart był geniuszem o proweniencji dziecięcej, afirmacyjnej. Widział, jak dziecko tylko ruch wstępujący rzeczywistości. Sztuką bawił się jak klockami.

Beethoven natomiast to geniusz innego typu. Nie boski, ale prometejski. Nie instrumentalny, ale podmiotowy. To gąbka, która musiała najpierw z siebie wszystko wycisnąć, żeby później napełniać się po trochu tymi resztkami muzycznej esencji, która pozostała po Mozarcie. Widać to po jego twórczości, gdzie jedna trzecia początkowych dzieł jest napisana tak, jakby Beethoven chodził do Mozarta na lekcje. Geniusz autora dziewiątej symfonii (chciałbym wiedzieć, co sądził o niej Mozart J) objawił się później w niewielu utworach i był – jak chce Nietzsche efektem przesiewania, odrzucania i selekcji.

   

Bryza

   Rozjechali mojego owczarka, wrzucili do rowu i odjechali. Stali na drodze i debatowali, a ja nie wiedziałem o czym.  Myślałem, że złapali gumę. Zanim ją znalazłem, minęło kilkanaście minut. Serce biło jeszcze kwadrans. Wziąłem ją na ręce. Pies spojrzał mi w oczy, jakby chciał powiedzieć: to nic, pańcio, zaraz pobiegnę dalej. Pędziłam i zderzyłam się z czymś większym ode mnie.
   Śpij, piesku.