Po co poezja?

   Listonosz przyniósł mi książkę. Tom poezji. W białej, dużej kopercie. Poszedłem z nią do ogrodu. Zaszyłem się, żeby nikt nie widział. Uważają mnie za dziwaka, po co maja uważać za jeszcze większego. ― Czytasz wiersze? A Po co?

Taki jest dzisiaj świat. Poezja i poeci są spychani do rezerwatów jak Indianie. Razem z nimi ci, którzy czytają. Jest taki obraz Zdzisława Beksińskiego. Grupki ludzi na kolumnowych wyniesionych w powietrze, oddalonych od siebie izolowanych skałach palą ogniska. Ogrzewają się i komunikują, niedobitki zaginionych cywilizacji.

Nigdy, moim zdaniem poezja nie miała się tak źle jak dzisiaj. Jeśli ktoś kupuje, to okazjonalne zbiory: Wiersze o miłości albo Wiersze z okazji Dnia Matki.

Sąsiad, który patrzy nam mnie zza płotu zadałby mi pytanie: czy to się opłaca? Czy opłaca się pisać? Najgorsze, że nie umiałbym mu tego wytłumaczyć.

Więc teraz pytanie: Po co pisać wiersze?

Trzeba zdać sobie sprawę, że sytuacja świata i ludzkiego ducha w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat zmieniła się diametralnie. Język i mowa zawsze były najwyższym stopniem ekspresji ducha. Etyka, estetyka i religia szły w jednym szeregu i zawsze w historii znalazło się paru obrońców najwyższych ludzkich wartości wyrażonych właśnie w języku.

Natomiast wraz z rozwojem mediów, prasy, telewizji, internetu język w nieznanym dotąd stopniu stał się własnością polityków, różnej maści magów, demagogów, ludzi po prostu perfidnych, którzy z manipulacji mową czerpią korzyści, nazywając to pragmatyzmem. Władza języka jest władzą potężną i w tym kontekście rząd dusz nie może stać się domeną głupca, czy człowieka z natury dążącego świadomie do zła, a tak się w tej półsetce wieku ostatnio działo.

Tak więc poezją nie jest, jakby chcieli niektórzy domeną pensjonarek, ale zajęciem jak najbardziej heroicznie męskim, bo obroną prawie beznadziejną przegranej sprawy. Poeta w kilkudziesięciu, czy kilkuset linijkach, prostego języka broni małego poletka mowy przed butami medialnych bandziorów, po prostu poezja bierze na siebie jarzmo wstydu za cały język. Funkcja poezji w tych czasach staje się ekspiacyjna, pokutna w treści i postna w formie.

 Poeta pisze: Gdzie dwoi się język, tam odleć jak jeżyk. Komunikat jest prosty, dzieciny prawie, bo tak trzeba. Trzeba na nowo zasiać i wyhodować szczep zdania, zaczynając oczywiście od form najprostszych, czystych, wyraźnych, bo tylko tak można łgarstwo zawstydzić i obnażyć.

   Ze słów, tak jak z ładnych, młodych dziewczyn można uczynić albo piękne, mądre kobiety, które będą służyć życiu i prawdzie, albo dziwki przeznaczone do zmielenia w młynach nicości. Poeta jest tym, który podąża w górę rzeki mowy, aby podejrzeć miłosne tarło słów. Zostaje dopuszczony do tajemnicy, której musi strzec. Jest podglądaczem, czyli kimś z istoty rzeczy wyłączonym z obrzędu, czyli nieszczęśliwym. Ilekroć dopływa pod prąd do źródeł, tyle razy dryfuje z powrotem porwany przez nurt, poobijany i o skały i denne korzenie. Potem wychodzi na brzeg i trzyma w garściach, to, co udało mu się unieść ze sobą: Wygnanemu z wieczności, malutkiemu jak ziarenko/ Wystawię kościółek z łupiny bukowej przy korzeniu buku./ Był, gdy się obudziłem, miałem go pod ręka.

Poezja szuka dziś form prostych, oszczędnych i postnych, a przecież zawsze była miejscem narodzin czegoś wyrafinowanego i wykwintnego w języku. Jakiej trzeba poetyckiej konstatacji i samowiedzy, żeby pisać takie zwykłe, pozbawione ozdobników frazy: Drzewa zakwitają i porzucają liście/ Zza węgła pośród nich przedziera się czyściec. Czyżby poezja XXI wieku postanowiła wziąć na siebie winy rozbuchanego i nadymanego relatywizmem języka medialnej rzeczywistości i wstąpić do czyśćca? Możliwe.

   Z książki, którą przeczytałem bije silna rozpacz. Męska, mocna rozpacz człowieka osaczonego w ciemnym lesie, który wystrugał kij i walczy z dzikimi bestiami o życie. O życie, ale i o odkupienie  tego, co bezcenne, nawet jeśli ceną miałaby być śmierć. Ale nawet wtedy byłaby to la mort sans phrase, śmierć bez frazesów: Leć sójko, leć, leć/ Pal sześć śmierć.
   
Wszystko to wyczytałem w książce Wojtka Kassa – 41.   

Polecam film Amadeusz

   Po raz pierwszy obejrzałem Amadeusza w 1987 w jakimś kinie, nie mulltipleksie oczywiście, bo takich kin w tamtych czasach nie było.  Chciałem gdzieś przeczekać jesiennego kaca, więc schowałem się do kina. Na sali była jakaś parka i może ze trzy osoby jeszcze, z czego do końca dotrwałem sam. Parka wymigdaliła się doszczętnie, więc kochankowie zmyli się i rozpłynęli w półmroku, a ja drżałem, żeby kinooperator nie wyłączył seansu z racji jednego widza. Ale nie. Siedziałem jak zauroczony, a wiązki moich nerwów podrażnione C2H5OH drżały w jakimś predelirycznej estetycznej rokoszy. 
   Film oczywiście niegdy nie zrobił kariery, bo to nie romans, nie western, ani film wojenny, nie thriller ani horror, ani komedia, chociaż śmiałem się w kinie na głos. Ale od tamtego dnia zastanawiam się tylko na jednym: czy Amadeusz, czy Barry Lyndon Kubricka zasługują na numer jeden w historii kina. 
   Amadeusz to wielkie widowisko, rzemieślnicza robota do ostatniego detalu. Siedziałem do ostatniego napisu i słuchałem koncertu d-moll Mozarta, który wysiąkał spod czarnego tła i białych liter sunących w górę ekranu i nie chciało mi się wychodzić z kina. Film jako dzieło sztuki filmowej, wiem to dzisiaj, zamykał i finalizował pewien okres w historii kina. Tak samo jak twórczość Mozarta, która uwieńczała i zamykała określony etap w rozwoju muzyki. 
   Ale dość drewnianego ględzenia. Co mnie urzekło w tym dziele sztuki? Ano jego prawdziwość. Filmów naoglądałem się w życiu na morgi. Francuskich sensacyjnych bajek, radzieckich wojennych kłamstw, amerykańskich wojennych pierdół, polskich pseudopsychologicznych nudziarstw. Jako student filologii o specjalizacji filmoznawstwo, jako pomocnik w kinie objazdowym obejrzałem prawie wszystko i taniochę filmową rozpoznawałem po pięciu minutach. Co znaczy jednak prawdziwość filmu jako dzieła sztuki? Prawdziwość dzieła sztuki w ogóle. Cz.I
 
   Film Formana osiąga taki stopień manipulacji widzem, że ten jest uznać intrygę sztuki Petera Schaefera za prawdziwą. Reżyser nie próbuje spinać się, że pokaże nam jakąś prawdę. Zaprasza na sztukę, czyli na coś sztucznego i tę konwencję doprowadza do perfekcji. Mógłbym zapytać: co z tego, że to na niby, skoro tak bardzo przypomina życie? Zazdrość, nienawiść, geniusz – opera, fety i fajerwerki jak mówi w filmie cesarz. Formann pozostaje w konwencji opery, widowiska, nie chce naśladować rzeczywistości, dodając, że opowieść oparta jest na faktach. Forman wie, że rzeczywistość często napina się, by stać sie widowiskiem, i że pompa i sztuczność jest wybaczana, natomiast fałszywie odtwarzana rzeczywistość jest łatwa dla widza do zdemaskowania, bo przecież my dobrze wiemy, jak wygląda świat i nikt nas tu nie oszuka.
   Wiek dwudziesty, to wiek fałszu, propagandy i kłamstwa. Twórcy napinali się, żeby udowodnić swoją służalczość takiej czy innej doktrynie, deklarując – teraz to ja wam pokaże, jaka jest prawda. Pękałem ze śmiechu na przykład z takiego wynalazku jak kino moralnego niepokoju. Nakręcone miliony kilometrów taśmy filmowej z różnymi knotami, z których nic nie wynikało, a artyści brali grubą kasę i odpoczywali na południu Francji. 
   Forman jest niemoralny, pokazuje niemoralnego i wyuzdanego Mozarta i moralnego karła Salieriego. Patrzcie ludziska, z jakiego gówna rodzi się sztuka – zdaje się mówić czeski reżyser. Zobaczcie, kim jest Mozart: alkoholikiem, dziwkarzem, półgłówkiem i jego Bóg obrał sobie za narzędzie i instrument.Spiritus flat ubi vult – Duch opada tam, gdzie chce i taka jest wola Pana. Na genialność nie można zasłużyć, geniusz to przekleństwo, mordęga i śmierć. Cz. II
 
   I szaleństwo. Mozart, to dla nikogo nie jest tajemnicą, spędził życie na huśtawce. Ten mały, sensualny człowieczek często w życiu błaznował, ale wobec swojej sztuki był śmiertelnie poważny, gdyż poważne i wielkie było źródło jego boskiej inspiracji. Salieri to rozumiał, bo posiadał dar oceniania wagi wydarzeń. Jego duch uwikłany w szaleńczą Invidię świadomie wybrał negację, zaprzeczenie i zniszczenie. Forman stawia pytanie, czy są tylko te dwie drogi? Droga Pokory i droga Negacji? Wobec całego stworzenia, bo przecież nie tylko o sztukę i muzykę w tym  chodzi. Czeski reżyser mówi, że są tylko te dwie i co ważniejsze, stwierdza, że bardziej twórcza jest akceptacja i afirmacja, a zaprzeczenie i zawiść są najczęściej jałowe oraz że mają strukturę i konsystencję świecącego próchna. Być może to jest ta prawda tego filmu, która mnie urzekła i kazała obraz  uznać za wielki.
   Każdy dźwięk muzyki Mozarta potwierdza i potęguje istnienie. Afirmatio mundi mówi nam, że nie wiemy wiele o Bogu, że jest on dla nas Deus Absconditus, jednak mówi nam także, że radość z patrzenia na jego dzieła, daje nam okólną wiedzę na temat Jego natury.

Nick Cave

   Wystarczy głos i pianino, żeby stworzyć coś, co ma moc burzy. W czasach muzycznej popeliny rodzą się też perły.

Nie wierzę wcale we wszechmogącego Boga

Lecz wiem, kochanie, że ty w moc Jego wierzysz

Więc, gdybym swą do Boga znalazł drogę

Chciałbym nią pójść, by tak jak ty uwierzyć

Padłbym przed Nim na kolana

l błagał z całych sił

By uwięził cię, kochana

Do końca twoich dni

W ramionach mych

W ramionach mych, o Panie

W ramionach mych, o Panie

W ramionach mych, o Panie

W ramionach mych

Nie wierzę też w istnienie Aniołów

Choć w niewiarę wątpię patrząc w oczy twe

Chciałbym zasiąść z Nimi do wspólnego stołu

l błagać, by chronili cię

Abyś mogła, uśmiechnięta W blasku zapalonych świec

W aureoli iść, jak święta

Aby spokój znaleźć, gdzieś W ramionach mych

W ramionach mych…

Ja, wierzę w miłość

l wiem, że ty w nią wierzysz, też

Wierzę w jej cudowną siłę

Co drogę rozjaśni blaskiem świec

l niech płomień ten nie gaśnie

Abyś mogła, jak we śnie

W mroku trafić zawsze

Wprost w ramiona me

W ramiona me……



Bist du bei mir

   Polecam perłę nad perłami, pieśń Bacha Bist du bei mir. Jak się okazało jednak niedawno, autorem nie był Bach a Stolzel, natomiast Jan Sebastian dokonał swojej aranżacji i wsadził utworek do Notatnika Anny Magdaleny. Kiedyś nikt się na nikogo nie gniewał za takie rzeczy, bo wszyscy twórcy uważali się tylko za instrumenty Pana, a wszelkie inspiracje pochodziły od niego, więc nie kwękano o prawach autorskich jak współczesna klika artystów, która garściami czerpie z dawnych mistrzów i uważa wszystko za swoje. Współczesna sztuka nota bene jest taka chuda poprzez upodmiotowienie aktu twóczego i zamknięciu się na boską inspirację. 
   Dzieło traktujące o śmierci pochodzi z czasów, kiedy uważano ją, śmierć, za część życia i dawano jej należyty szacunek, co charakteryzuje kultury i cywilizacje w stanie rozkwitu i mocy. 
   Kapitalne jest wykonanie tej pieśni przez młodą, piękną dziewczynę o imieniu Lara, do której daję link:
http://www.youtube.com/watch?v=scAtkb3kE0U&feature=related

Bist du bei mir, geh’ ich mit Freuden
zum Sterben und zu meiner Ruh’.
Ach, wie vergnügt wär’ so mein Ende,
es drückten deine lieber Hände
mir die getreuen Augen zu!

Tren

Tren

 

Zagapiłem się tato,

Wypuściłem sznurek z dłoni,

Latawiec uleciał.

A mówiłem:

Trzymam cię mocno, tata,

 Ale gdzie tam.

Ciągle jestem mały chłopak.

Nieodpowiedzialny gapa.

 

Wypuściłem cię,

Sznurek wyślizgnął się z dłoni.

Cienki pergamin skóry

Na stelażu żeber.

Krystalizuje się w mały punkcik

Na głębokim niebie.

 

Stoimy teraz na łące

Ja i chudy maj.

Gapimy się w zimny błękit.

O wiele za blisko, niż  jest to Tam,

Gdzie sznurek na palec

Nawija Pan.

    

fragment

   Kryta brezentową plandeką niebieska półciężarówka szybko pokonywała dystans dzielący mnie od nowego życia. Po obu stronach asfaltowej drogi rosły stare lipy i kasztanowce. Liście powoli traciły zieloną barwę i zaczynały rudzieć. Niebo było bezchmurne i zimno błękitne, wiała delikatna bryza. Dalej za drzewami rozciągały się płaskie jak stół pola. Na polach stała kukurydza wielkości wysokiego mężczyzny, pasy kukurydzy  były przeplecione  żółtymi ścierniskami, po których dreptały kawki, gawrony i kruki.   
   
— Taka szkoła jest dobra — przed samym końcem drogi ojciec ożywił się — rolnictwo ma przyszłość. Spojrzał na mnie i zrobiło mu się przykro, bo na mnie ten gazetowy frazes nie zrobił żadnego wrażenia. Gapiłem się przez okno na migające drzewa i załzawiły mi oczy. Miałem wrażenie, że drzew przy drodze nie jest wiele, tylko cały czas jest jedno i to samo, i że tańczy specjalnie dla mnie. 
   
Na końcu długiej prostej stał znak informacyjny — Rzucewo. Po lewej stronie stał duży budynek szkoły, z tyłu za szkołą był wielki internat – cztery kondygnacje i mnóstwo okien. Na  parapetach siedziały dziewczyny z rozłożonymi na udach zeszytami i książkami, ale oczy miały zamknięte i raczej opalały się w resztkach letniego słońca, niż pilnie uczyły.Ojciec zahamował zaraz za przystankiem autobusowym. Wiedział, że nie lubię czułych pożegnań, więc wyciągnął z kieszeni papierową pięćdziesiątkę i wcisnął mi ja do ręki.
   
— Na sobotę i niedzielę przyjedziesz do domu?
   
— Jasne — odparłem i zsunąłem się z samochodowego fotela prosto na drogę. — Cześć tata.
   
— Na razie. Przyjedź w piątek wieczorem, będę miał kolacje dla ciebie.
   
— Przyjadę.

   Wziąłem z paki swój wielki, niebieski plecak i siatkę z kolacją na wieczór. Klepnąłem dłonią w burtę i ojciec odjechał wolno z powrotem drogą na zachód.

   Postawiłem plecak na chodniku i patrzałem na odjeżdżające auto, aż stało się kropką w kasztanowej alei. A później zniknęła nawet ta mała plamka. Długa ta prosta — pomyślałem.