Nie ma

   Nie ma już mojego ojca. Wczoraj był, dzisiaj nie ma go. Jakaś dziwna trójca - partykuła, ułomny czasownik i zaimek: nie ma go wyrażają nieobecność. Trzy słowa, które mielę w ustach jak suchą trawę. Nie ma go.

Wysteria

     Nie ma już Dana Fogelberga. Ale jest Wysteria. Imię. Niedawno kapnąłem się, że to roślina, glicynia o kwiatach jasnofioletowych. Wysteria – piosenka, jedna z najpiękniejszych. Jakiś bardzo mollowy akord na piątym progu gitary, potem na czwartym. I jego głos, wydestylowany z krzyku mew i głosu jesiennego morza.
Wystyrio! Twoje usta są bladoróżowe.
Czy wciąż kwitną w nocy i obumierają bladym świtem?
   Nic nie sprawia mi większej satysfakcji, że Fogelberg jest tak mało znany. Ulubione pnącze, które chowa się przed słońcem pod okapem patio.

Kosmos

   Klinika Akademii Medycznej Gdańsk, czwartek rano. Pełno aut, ludziska pchają się przez rogatki na teren akademii. Chorzy, outsiderzy, postawieni nagle na marginesie. Gorsi. Na pokaz jakby dumni, ale kiedy nikt nie widzi, upokorzeni. Kobieta bez nogi na wózku, para, małżeństwo, na oko zdrowi, ale przyjmują się do szpitala. Nie wiem, kto pójdzie leżeć, chyba kobieta. Inna kobieta w plamistą wysypką na rękach. Życie niedaleko stąd szumi, za płotem. Auta, klaksony. Pędzą, gnają,aż ktoś nagle stanie,  złamie coś, sparaliżuje go ból. Wtedy nagle stop. Tutaj mekka chorych. Jedni stąd wychodzą, inni zapisują się na wieczność. Jak się stanie i zamknie oczy, słychać kosmos. Chóralny lament ciśnięty w eter. 
   Pomiędzy chorymi stadka białych. Profesorki i wierni. Łażą i oglądają chorych. Ułomni pokazują chude kolana. Patrz, panie profesorze, jak mnie pogięło. Studentki medycyny jak łanie, świeże, nienapczęte przez naturę. Pomagają starym babom, swoim siostrom. Empatia.
   Empatia?! Co to jest. Jak jedno ludzkie serce, może współczuć wszystkim na raz? Czy profesor kliniki to empatyk, czy zimny majster? Lepiej, że zimny majster. Więcej zdziała.
Teatr choroby. Tutaj słodko-kwaśny kwiat litości i miłosierdzia kwitnie ponad gniew i żal.

Co to jest poezja?

 

Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?

Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?


Nie, on siedzi o pięćset mil na swej stolicy,

Król wielki, samowładnik świata połowicy;


Zmarszczył brwi, – i tysiące kibitek wnet leci;


Podpisał, – tysiąc matek opłakuje dzieci;

Skinął, – padają knuty od Niemna do Chiwy.


Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy,


Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,


Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże, -


Warszawa jedna twojej mocy się urąga,


Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,


Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojej głowy,


Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!

1 maj

   Jeżeli chodzi o święto pracy, to jest ono wtedy, kiedy pracownik dostaje dobrą wypłatę i może wrócić do domu, do żony i dzieci z podniesionym czołem. Reszta, pochody, ulotki szturmówki to kit… jak mawiał Gamliet…

Pradolina

   Musiałem tę trasę przejechać kilka razy, żeby ją dobrze rozpoznać. Znałem ją z mapy, ale brakowało mi trzeciego wymiaru. To tak, jakbym chciał poznać ciało zgrabnej dziewczyny, dotykając tylko fotografii. 
   Kiedy wyjeżdżam z domu to ruszam z prawego brzegu pradoliny wielkiej kiedyś rzeki. Po pięciu kilkometrach zjeżdżam na samo jej dno i wspinam się na jej lewy brzeg. Razem ze mną wspinają się i schodzą w dół oddziały brzóz, sosen, świerków, rzadkie dęby. Chłopskie okolice. U chłopów cenniejsze gatunki sie nie ostoją. Jestem więc na lewym brzegu, jakby patrzeć z prądem prastarej  rzeki. Strzepcz, Miłoszewo, Mirachowo, Bącz. Auto wspina się i zjeżdża szybko w dół. Pięknie. Ciemnolazurowe jeziorka pochłaniają promienie słońca. Może dlatego światło kwietnia jest w tym roku takie słabe. Nie dość silne, klarowne, wyraziste, soczyste, przymiotnikowe.
   Teraz pytanie, komu brakuje czegoś, mnie, czy temu krajobrazowi? Coś jest niepełne niedowarzone. Pięknu brakuje mojego aplauzu. Oczy chciwe pragną, ale nie umiem zachwytu skonsumować. Brak zaufania? Na pewno. Nie ufam sobie, nie ufam niewinnej naturze, która wabi swoją piękną fasadą, a za zasłoną chuderlawych sosen, toleruje ucztę mrówek na małym lisie, który za daleko odszedł od swojej nory. Jest też kaszubski ludek strzegący tradycji i konserwatywny. Czy aby jednak na pewno? Może raczej pazerny, rozsprzedający ziemie na lewo i prawo komu popadnie, a który obudzi się za parę lat w szponach bankierów i będziemy musieli jak Grecy oddać pół państwa za lichwiarskie odsetki. 
   Sucha wybredność mojego umysłu zawstydza mnie. Gorszę sam siebie. Wewnętrzny kamień rodzi zgorszenie. Umysł precyzyjny jak skalpel tnie sam po sobie, po swojej skórze, ale i sam potrafi znaleźć balsam na ranę. W pofałdowanych magazynach jest wiele i zaraz przynoszą cytat zapamiętany, który mnie zawstydza:

O równiny. Błyskające pociągi mgliste.
Idą dzieci pustkowiem, szaro za wioską Czuchońców.
Royza rotmistrz umarły. Mowczan. Wichry gniewliwe.
A złorzeczeństwo niezbożnych bardzo gorzkie jest ukąszenie.
I nigdy już nie uklęknę nad rzeką w maleńkim kraju
Żeby co we mnie kamienne rozwiązało się,
Żeby już nic nie było prócz moich łez, łez.