Czarny Piotruś, cz. I

   Czarny Piotruś miał generalnie podłe życie. Bieda z nędzą nie odstępowały go na krok i bodły swoimi dotkliwymi rogami. Czarny Piotruś myślał: bieda wcale nie uszlachetnia. bieda rodzi najgorsze instykty i cechy: zazdrość, chytrą uniżoną służalczość, użyteczne kłamstwo, podłe przemilczenie, radość z cudzego nieszczęścia. Nędzy towarzyszy zazwyczaj alkohol, a z nim w parze idzie gniew, furia, zazdrość i zabójcze nieumiarkowanie. Tak Czarny Piotruś taplał się przez lata w życiowym błotku i zataplałby się na śmierć. Gdyby nie….
   Gdyby nie gniew Pana Boga. Pan Bóg sie rozgniewał, widząc, że to onegdaj dziecię Boże, skromne, niewinne, piękne, prostolinijne, szczere, miłe et cetera, et cetera skacze z lubością na główkę prosto do szamba.
   Stanął pewnego dnia Pan Bóg przed Czarnym Piotrusiem i rzecze: – Słuchaj, synu. Nie potom cię stworzył, na swoje podobieństwo, żebyś łaził po świecie jak łajza jakaś wiecznie napita (Pan Bóg używa takiego języka, jakim posługuje się ten , do którego Pan przemawia). Masz mi się zaraz wziąć w garść, bo dłużej nie mogę na ciebie patrzeć. Kto to widział. Jakeś biedny, to weź się do solidnej roboty i zarób, żebyś nie musiał tańcować z czarną biedą. Nie tykaj mi się więcej gorzałki, a resztę się zobaczy. Jako, że nikt nie przerabiał życia dwa razy, dostaniesz drugą szansę, baranie jeden. I Pan Bóg zniknął.
   Czarnym Piotrusiem, jak to się mówi wstrząsnęło. Z dnia na dzień rzucił swoje podłe życie i zaczął egzystencję od nowa.

Conrad, Turgieniew…

   Dwóch wielkich prozaików dziewiętnastego wieku. Każdy inny w swoim pisarskim temperamencie. Ale nie chodzi mi o analizę ich twórczości. Chcę się przez chwilę zająć Turgieniewem i problemem jego obsuwania się w czytelniczą nicość, niebyt. Dlaczego się tak dzieje z wybitnym pisarzem, jednym z najlepszych w historii światowego pisarstwa? Joseph Conrad pisze tak w eseju z 1917 roku: Mody na potwory istotnie się zmieniają, ale prawda o ludziach trwa wiecznie, niezmienna i niewyczerpalna w różnorodności odsłanianych tajemnic. Moda na potwory… W naszych czasach moda na potwory osiąga swoje apogeum. Wystarczy przeanalizować stan umysłów twórców kina, szczególnie amerykańskiego i podłej literatury, która postępuje dzisiaj krok w krok za kinem, żeby się przypodobać i zarobić parę baksów. Miarą poziomu literatury i filmu jest ilość ziewnięć czytelnika albo widza na stronie książki, czy po iluś tam kadrach filmu. Dlatego musi się lać krew, a bohater podąża tropem jakieś kodu. Pisarze i twórcy eksploatują wszystko co się da. Nie wahają się dodać do swojej pasztetowej nawet religijnego sacrum. Zastanawia jednak, dlaczego jedne sacrum można szargać, na przykład chrześcijańskie: vide Dan Brown, Nieznalska, można wieszać na Krzyżu męskie genitalia i sąd nic na to; a gdy sprawa chodzi o sacrum żydowskie – napis na bramie w Oświęcimiu, to na świecie podnosi się taki jazgot, jakby nadchodził koniec świata.Sąd natychmiast wydaje wyroki bez zawieszenia, bez prowadzenia procesu…
   Tak na marginesie, mało kto uderza w Islam, bo te pieski pisarskie w tym wypadku się boją. I słusznie.
   Turgieniew. Jego klęska polegałą na tym, że był normalny. Conrad stwierdza, że normalność to dla pisarza śmierć za życia. Być tak wielkim bez cienia popisywania się swoją wielkością i tak subtelnym bez żadnych chytrych sztuczek – to musi okazać się dla każdego fatalne, jeśli chodzi o wpływ na współczesnych. Turgieniew doszedł do takiej maestrii, że nie musiał szukać tematu. Wystarczyło, że wyszedł z domu, spotkał pierwszego lepszego człowieka i potrafił uczynić z niego postac literacką z krwi i kości na miarę Hamleta. Albo inaczej. Potrafił z postaci drugiego planu uczynić bohatera godnego Oscara. Myślę, że każdy pisarz selekcjonuje rzeczywistość, to znaczy wybiera sobie taki czy inny materiał, takie czy inne postaci. Turgieniew nie. On brał rzeczywistość taką, jaka była. Nie kreował świata, był portrecistą, pejzażystą, jeśli użyć porównań malarskich. Czyż to nie jest największy objaw miłości do świat, brać go takim, jakim jest? Większość twóców nie lubi świata i ludzi. Takie dzieła jak Harry Potter są w gruncie rzeczy ahumanitarne. Sa skutkiem egzystencjalnej alienacji pisarza, zranienia światem. Dlatego ucieczka w czary mary i światy nierzeczywiste. Wszyscy dorośli to mugole, czyli generalnie wszyscy ludzie. Dla Turgieniewa nie było postaci godnej pogardy. Potrafił opisać ziemianina, prostaka, pijaka, brudnego, zawszonego chłopa, wiejską, ruska babę w nocnej koszuli i kapciach, popa, zakochaną dziewczynę. Z czułością opisuje wiejskich pastuszków, którzy nocują przy ognisku przy koniach i opowiadają sobie tajemnicze historie. Człowiek u niego rośnie, potęguje się kimkolwiek by nie był i jakikolwiek nie byłby jego los. Każde istnienie uzyskuje swój kosmiczny wymiar, a jego zwycięstwo, czy klęska godna jest kart książki i pisarskiego trudu.
   Conrad pisze dalej w eseju: Do jego kołyski posypały sie wszystkie możliwe dary – absolutne zdrowie psychiczne i najgłębsza wrażliwość, najwyraźniejsze widzenie i najszybsza reakcja, ostra wnikliwość i niezawodna wspaniałomyślność sądu, wyborne postrzeganie widzialnego świata i nieomylny instynkt tego, co znaczące, co najistotniejsze w życiu mężczyzn i kobiet, najjaśniejszy umysł, najgorętsze serce, najhojniejsze współczucie, wszystko to w doskonałym umiarze. Wystarczy tego, żeby przekreślić perspektywy każdego pisarza. Wiesz bowiem, drogi Edwardzie, że gdybyś miał w budzie na światowym jarmarku samego Antinousa i gdybyś trupem padł, głosząc wszem i wobec, że jego dusza jest tak samo nieskazitelnie piękna jak ciało, nie zwabiłbyś nawet jednej setnej tłumu szamocącego się przy sąsiedniej budzie, żeby zobaczyć słowika z dwiema głowami albo jakiegoś olbrzyma słabego w pęcianch, szczerzącego w uśmiechu końskie żeby przez otwór chomąta.

Polecam film Into the wild

   Gdyby nie wpadła mi przez przypadek w ręce piracka kopia, nigdy zapewne nie obejrzałbym tego filmu A film jest gruuuby, to znaczy wyjątkowy.
   Oparty na faktach obraz opowiada autentyczna historię Christophera Mc Candless’a, który po ukończeniu szkoły przekazał na cele charytatywne swoje oszczędności (24.000 baksów), spalił wszystkie dokumenty i po prostu wyszedł z domu, żeby podróżować w stronę tytułowej dziczy, na Alaskę. Tam też umiera z głodu po dwóch latach wędrówki przez całe Stany i Meksyk. Oto treść.
   A teraz głębiej. Ucieczka z domu jest posthippisowskim wyrazem buntu przeciwko konformistycznej Ameryce i rodzicom, którzy oddają się obłędnej pogoni za pieniędzmi i karierą. Aleks Supertramp – bo takie sobie przybrał pseudo – gardzi wyścigiem szczurów. Obiektem jego miłości jest Natura, w jego mniemaniu niewinna i nieskażona. Jego bunt przeciw społeczeństwu jest poważny, ekstremalny, nieprzemijający. Nic nie jest w stanie go zatrzymać w drodze do….. No właśnie, w drodze ku czemu… W rozmowie z parą hippisów przy ognisku parafrazuje słowa Henry’ego Thoreau: Zamiast miłości, pieniędzy, wiary, zamiast sławy, sprawiedliwości wolę prawdę.
  
Zaiste jego pożądanie prawdy jest mordercze. Jest bezwzględny wobec swoich słabości, odrzuca wszystko, co nosi znamiona zepsutego świata: pieniądze, samochody, karierę, wygodne życie. Nawet miłość. Tak, nawet miłość. Wszyscy ludzie, z którymi spotyka sie po drodze ofiarowują mu swoje uczucie. Trudno go nie kochać. Jest czysty, bezkompromisowy, szlachetnie naiwny, niedojrzale prostolinijny. Takich ludzi się kocha od razu, ale… oni nie kochają nas. Aleks Supertramp odrzuca każdy objaw uczucia. Czy to jest para hippisów, czy Tracy – piękna nastolatka, czy samotny starzec, który chciał chłopaka nawet adoptować. Aleks ślepo podąża w kierunku Natury, której potężny zew słyszy nawet w snach jak Jack London. Zatruwające mu serce słowa Thoreau pchają go w stronę zagłady. Nie wolno rozłupywać ziarna, żeby zobaczyć, co jest w środku – mówi inna mądrość. Pragnienie prawdy nie pozwoliło Aleksowi żyć i pchnęło go w objęcia Natury – zimnej kochanki, która uczucia chłopca potraktowała z tą samą obojętnością, jak traktuje chorego lisa, orła ze złamanym skrzydłem, rannego łosia.
   Aleks dociera na Alaskę i kona powoli z głodu w porzuconym przez myśliwych autobusie. Próbuje żywić się jagodami, ale myli te jadalne z trującymi, tak samo jak pomylił się kiedyś, łykając mądrości Thoreau. Wcześniej miał moment iluminacji. Nie chcę prawdy, chcę miłości… Bierze plecak i chce wrócić, ale Natura rozlała na jego drodze wielką rzekę, która na zawsze odcięła go od życia.
   Ludzie, nie idźcie na Avatara, poszukajcie Into the wild.
   

Facet w stanie masy przedupadłościowej

   Po chodniku sunie facecik w stanie masy przedupadłościowej. Jego kompas jest nastawiony na wiejską spółdzielnię. Gość ma niebieski mundurek roboczy, filcaki. Na razie ma w głowie szum, załzawione oczy. W głowie ze skulonym uszami czai się cwana myśl: przecież nikt mnie nie widzi. Według niego: nikt mnie nie zauważa, to to samo, co, nikt mnie nie widzi. Nie chce być widziany, jego choroba mówi, nie patrz na mnie. Chorzy przeważnie mówią: zobacz, boli mnie, a on nie. Gardzi spojrzeniami, bo wzrok innych jest pełen pogardy. Piekło? Ano piekło. Ale zanim znów znajdzie się na dnie otchłani, wypije jedno najtańsze i wzbije się do gwiazd. Na chwilkę. Per aspera ad astra. Przez pół godziny będzie miał jasny umysł. Przypomni sobie wszystko: co to jest dobro i zło, jak się nazywa stolica Hondurasu, że kocha swoje dzieci. A potem padnie. Przewróci się gdzieś pod płotem z myślą, że dobrze byłoby się nie obudzić.Upadek będzie proporcjonalny do wysokości uniesienia. W sam rynsztok. Ale wstanie. Dźwignie go litościwy Duch, który nie ma prawa go opuścić. Przyrośnięty swoimi boskimi ścięgnami do kręgosłupa. Kiedy ten człowiek budzi się pod płotem, jest południe, świeci mocne wiosenne słońce. Czuje ból, jakby skalpel światła odcinał ścięgna łączące go z Duchem.
   Przechodnie odwracają głowy. Normalne. Każdy z nich ma w kieszeni czystą, wyprasowaną chusteczkę z wyhaftowanym napisem: Empatia.