Pieśń o bębnie

Odeszły pasterskie fletnie

złoto niedzielnych trąbek

zielone echa waltornie

i skrzypce także odeszły -

pozostał tylko bęben

i bęben gra nam dalej

odświętny marsz żałobny

marsz
proste uczucia idą w takt

na sztywnych nogach dobosz gra

i jedna myśl i słowo jedno

gdy bęben wzywa stromą przepaść

niesiemy kłosy lub nagrobek

co mądry nam wywróży bęben

gdy w skórę bruków bije krok

ten hardy krok
co świat przemieni
na pochód
i na okrzyk jeden

nareszcie idzie ludzkość cała
 nareszcie każdy trafił w krok

cielęca skóra pałki dwie

rozbiły wieże i samotność

i stratowane jest milczenie

i śmierć niestraszna
kiedy tłumna
kolumna prochu nad pochodem

rozstąpi się posłuszne morze

zejdziemy nisko do czeluści

do pustych piekieł
oraz wyżej
nieba sprawdzamy nieprawdziwość
 i wyzwolony od przestrachów

w piasek się zmieni cały pochód

niesiony przez szyderczy wiatr

i tak ostatnie echo przejdzie

po nieposłusznej pleśni ziemi

zostanie tylko bęben
bęben
dyktator muzyk rozgromionych

   Wiersz Herberta można czytać jako odtrutkę na Szymborską, bo nie jako polemikę, bo Herbert z Szymborską nie polemizował. Utwór jest bezlitośnie czysty, ostry i pozbawiony jakichkolwiek ozdobników – jak skalpel. Większa część jego twórczości jest taka: prawdziwa, bezkompromisowa aż do bólu. Herbert zapłacił za to cenę wysoką, bardzo wysoką. Po jego śmierci polski hienoland dziennikarski namówił żonę poety, żeby ta oświadczyła, że mąż był lekko niepoczytalny w ostatnim okresie życia. W pamiętnym roku 1996 było między innymi dwóch kandydatów do literackiego Nobla: Szymborska i Herbert. Oczywiście nagrodę dostała Szymborska.
   Sława Zbigniewa Herberta będzie się budowała z teraźniejszych przemilczeń i zajaśnieje z całą mocą, kiedy cały dzisiejszy kłamliwy pochód zamieni się w piasek i zaludni swoje oczekiewane puste piekła.

Szymborska a generał Fieldorf

   Niech będzie, niech to napiszę. Dzisiaj już wszyscy wiedzą, kim był generał Fieldorf – NIL, zamordowany bezprawnie w 1953 roku i zakopany gdzieś pod płotem jak pies. Bohater polskiego podziemia i walki z Niemcami. Można obejrzeć film w kinach i przerobić dodatkową lekcję historii. natomiast w roku 1954 nasz noblistka Szymborska pisze słynny wiersz, znany chyba każdemu. Cytuję go w całości i podkreślam te fragmenty, które kojarzą mi się ze śmiercią NIL-a:


Bez tej miłości można żyć,

mieć serce suche jak orzeszek,

malutki los naparstkiem pić

z dala od zgryzot i pocieszeń,
 na własną miarę znać nadzieję,

w mroku kryjówkę sobie uwić,

o blasku próchna mówić „dnieje”,

o blasku słońca nic nie mówić.

Jakiej miłości brakło im,

że są jak okno wypalone,

rozbite szkło, rozwiany dym,
 jak drzewo z nagła powalone,
 które za płytko wrosło w ziemię,

któremu wyrwał wiatr korzenie

i jeszcze żyje cząstkę czasu,

ale już traci swe zielenie

i już nie szumi w chórze lasu?

Ziemio ojczysta, ziemio jasna,
 nie będę powalonym drzewem.

Codziennie mocniej w ciebie wrastam

radością, smutkiem, dumą, gniewem.

Nie będę jak zerwana nić.

Odrzucam pusto brzmiące słowa.

Można nie kochać cię –
i żyć,
ale nie można owocować.

   Wielu w tamtych czasach było nagle powalonymi drzewami Im wiatr historii nagle powyrywał korzenie. Wielu było takich, co nie chciało szumieć w chórze lasu. Patrzcie państwo, jaki język jest sprawiedliwy. Po latach zaczyna sam demaskować twórcę i trwa w swojej sprawiedliwej skardze.
   Dlaczego w tym grzebię? Bo chcę pokazać, jak w przeszłości wyglądało owocowanie w naszym kraju – wydawane książki, zaszczyty, wygodne życie bez problemów, nagrody literackie i to te z najwyższej półki. I co, że dostała Nobla. Kicham na to. Co z tego, jak takie wiersze rosły na grobach skrytobójczo mordowanych patriotów.

Wiosna

   Wracałem autem do domu. Noc, mgła, dziury w ulicy jak wiadro, co pięć kilometrów jeden napruty idzie środkiem. Amortyzator skarży się: przechlapane być w Polsce amortyzatorem. A ja mu na to: przechalapane być w Polsce nauczycielem. On stuka i puka, a we mnie w środku dusza polska niemyta chrobocze bez przerwy:
Tak to to tak to to tak,
żyjesz dziadzie
z dnia na dzień,
choć chciałbyś być wolny jak ptak.
Tak to to tak to to tak.

Bracia Grimm

   Nie ma nic lepszego na długie zimowe wieczory niż bracia Grimm. Na przykład mój ulubiony Król Drozdobrody. Baśnie Grimmów, w odróżnieniu do płaskich opowiastek płaksy Andersena posiadają tak zwany nadsens. Nadsensem Króla Drozdobrodego jest wędrówka duszy dotkniętej grzechem pychy przez piekła oczyszczających upokorzeń, aż do ostatecznych zaślubin z Królem. Gdyby Księżniczka, czyli dusza nie cierpiała na bolesną i zgubną w skutkach pychę, dostąpiłaby królestwa od razu, ale nie spodobał jej się Król Drozdobrody, bo nie umiała dostrzec innego piękna, niż cielesne. Wyrzucona z domu Ojca, zaczyna dostrzegać, co straciła:
- Czyje są te lasy, czyje piękne lasy?
- To Drozdobrodego króla, gdybyś wzięła go za męża,
byłabyś je miała!
- O, ja nieszczęśliwa,
Czemum go nie chciała!

  
Księżniczka rozpacza, ale idzie w niewolę. Dostaje drugą szansę. Musi poślubić brzydotę wcieloną, czyli żebraka. Zamieszkuje w nędznej chatce i zostaje zapędzona do najpospolitszych robót, które niszczą jej królewskie dłonie. Czyli dusza ludzka, królewska z urodzenia, nie umie rozpoznać swojego powołania do prawdy i wielkości. Za karę zostaje rzucona w świat, gdzie musi się zbrukać pospolitością: kłamstwem, oszustwem, zbrodnią. Wszystkie efekty jej działalności są podłe i do niczego się nie nadają. Dlatego huzar roznosi kopytami swojego konia  gliniane garnki księżniczki na rynku. Podeprę tutaj Grimmów Miłoszem: co ze mnie samego, to złe. Czyli, co ze mnie samego jest skażone piętnem grzechu. Dusza nie umie się sama wydźwignąć ze stanu swojego upadku. Ma jej pomóc właśnie żebrak, czyli Król Drozdobrody w przebraniu. Ergo: dusza ludzka nie zostaje sama bez pomocy, musi unać swoją słabość i stan upadku i poddać się oczyszczającej pokucie. Podczas swojego zesłania Księżniczka trafia do zamku swojego ojca ( dusza wie i rozumie, czym jest piękno i co straciła) i patrzy na bal, ale nikt jej nie prosi do tańca. Teraz już pragnie Drozdobrodego, którego kiedyś wyśmiała. Dusza dokonuje wolty i potrafi w końcu rozpoznawać dobro i zło. Finałem są ostateczne zaślubiny: szkoda, że ja i ty nie mogliśmy na niej być… Miłej lektury.

Constans

   Rodzinka składa się z ojca, matki, trzech córek i jednego syna. Dom jest oddalony  od głównej drogi. Wokół wiele innych domów zbudowanych każdy na swoim wzgórzu. Ludzie prości, kochaja swoje dzieci. Pracują i pracę swoich rąk zostawią dzieciom. Syf lejący się z telewizji nie rozbije ich, a nawet umocni. Wiedzą, że to co pokazuje się w serialach to aberracja, odchylenie od normy, że postaci z mydlanych oper, to przykład wykolejonego życia rodem z wielkich miast. Są szczęśliwi, że tak zwany wielki świat kula się po innych torach. Ich brak zainteresowania dla rzeczywistości społeczno – politycznej to nie indyferentyzm, to raczej zdrowy odruch estetycznego niesmaku. Czują podświadomie, że polityka i handel to sztuka wkręcania; a treścią sztuki jest dekonstrukcja, bo media na kreowaniu pozytywnych wartości nic by nie zarobiły, gdyż pozytywne wartości to oni sami i tyle.
   Niech wam Bóg błogosławi.

Dzisiejsze powieści

   Dzisiejsze powieści zalegające kolorowymi stosami półki w księgarniach kokietują tajemnicą, chociaż żadnej tajemnicy nie zawierają. Potrafię w ciągu 10 minut przeczytać trzydzieści stron i nic. Ani jednego akapitu godnego uwagi, który trafiałby do serca czy do umysłu. Trafia natomiast do CCHWAiS, czyli Centrum CHwilowego Wydzielania Adrenaliny i Serotoniny, czyli książka działa tak jak alkohol albo fajki.
   Potwierdziła to nieświadomie moja znajoma, która powiedziała, że jej córka odkryła, że w EMPiK – ach można zwrócić książkę przed upływem miesiąca, więc czyta na gładko, bez zgnitek na stronach,  zwraca i bierze nową.
   Daję głowę, że po roku nie pamięta nic, z tego, co czytała. Posunę się dalej. Autorzy tych książek, prowadzeni przez magów PR też nie pamietają, o czym były ich książki. Piszą na zapotrzebowanie i według prognoz CCHWAiS, żeby był zysk. Powstają na przykład takie dzieła jak Zmierzch, wyciskacz łez o wampirach.
   To zaraza. Za trzydzieści lat będziemy chodzić po ulicach na czworakach i kwiczeć jak prosiaki. Chyba że – jak mówił Heraklit: w świecie ducha wszystko zmierza w stronę swoich przeciwieństw  – nastąpi powrót do sztuki wysokiej, oczywiście przy pomocy arcydzieł literatury, które na tym współczesnym literackim oborniku powstaną.

Pal pan tu

   Zapaliłem papierosa po kilku latach. Potem drugiego i trzeciego. Smakowały dobrze mi te fajki. Malborasy w czerwonym pudełku, sztywnym kartoniku. Najpierw wąchałem tytoń na sucho, pachniał przeszłością, jesienią, czerwonym winem. Czyli dodatkami. Potem zapaliłem zapałkę, błysnął płomyk, przypaliłem i wciągnąłem dym. Smakował mi. Bardzo. Kiedyś paliłem, głowę miałem opartą o twoje uda, za oknem padał deszcz. Phil śpiewał: Bluegirls come in every size, Some are wise and some otherwise, They got pretty blue eyes. Tak proszę państwa, czas minął, niedługo zamykamy. Sztachnijcie się jeszcze parę razy. Teraz po latach wszystko smakuje kilka razy mocniej. Niewiarygodne, ile człowiek może zapamiętać, ile szczegółów dobrych i złych. Dziewczęta przychodzą ubrane w szkolne mundurki, na niebiesko, są różne, duże, małe, mają niebieskie oczy, są mądre, inne trochę mniej. Ale fale się już rozeszły, przeszły na druga stronę. Sail away, away
Ripples never come back.
Gone to the other side.
Sail away, away.
Ostatni sztach. Powiedziałem sztych? Czy sztach?

Dywanowi pełzacze

   Dywanowi pełzacze z piosenki Genesis są na każdym kroku Carpet crowlers: Pchły trzymają się złotego runa, z nadzieją, że odnajda spokój. Chciwa kasy watacha niesie ze soba śmierć. Pobożni, niepobożni rzucają się w kierunku złotej misy. Dywanowi pełzacze. Milczą, skradają sie po cichu. Jak trzeba odwracaja głowę, żeby nie widzieć tego, co jest przykre i niewygodne. Chciwość wytrenowała w nich wszystkie cechy współczesnego mieszkańca miejskiej dżungli: empatię na pokaz, sztuczny, obrzydliwy uśmiech, miękki gardłowy głos, który się nie zająknie. Na twarzach, które widzę, maluje się jeden cel – iść w górę, gdzie muszą być pokoje, jak drzewa w lesie rosnące ku słońcu… Ich słowa są jak napalm, chociaż będa twierdzili, że słowa to tylko słowa. Ale złe słowo jest jak kornik, który rozryje wielkie  i piękne drzewo. The fleas cling to the golden fleece, hoping they’ll find peace.

Patagonia

   Patagonia… Koniec świata, królestwo wiatru. Za Ziemią Ognistą, najbardziej wysuniętym na południe skraju świata jest już tylko lód. Pustka, pustka, jak by powiedział Brodski pomnożona przez pustkę. Dobre miejsce do określenia się na przykład religijnego. Jeżeli nicość, to masz tu tego namiastkę: wiatr, lód, najbardziej przystosowane do chaosu gatunki zwierząt. Jeżeli wiara, to stajesz z Bogiem oko w oko, bez pasterzy, bez współwiernych, z pakietem ratunkowym zapamiętanych modlitw. Łatwo deklarować ateizm, czy agnostycyzm, jak się siedzi w ciepłym mieszkaniu, gacie wyprane przez mamę,  a w lodówce coś więcej niż tylko żarówka na ciepło… Łatwo deklarować głęboka wiarę na niedzielnej sumie w ciepłym kościele, kiedy ksiądz czyta Ewangelię. Ale tam…
   Z rozmyslań o Patagonii powstał taki tekst:

                                   Król Patagonii                                             

                                          Głos humbaka mówi:
                                          Minęliście, czas został.
                                          Zmatowiała toń.
                                          I Nic kołysze się
                                          Jak plankton
                                          W kąpieli rzadkiego światła.

 
                                         Spełniło się.
                                          Wedle życzenia.
                                          Teraz to co jest
                                          Patrzy na siebie
                                          Niczyim wzrokiem.

 
                                         
                                            Piana oceanu
                                           
Spryskuje piasek
                                            Pustej plaży
                                            Kto w tej ciszy znów zasieje słowo…

 
                                           Wiatr, król Patagonii
                                            Nie hamuje,
                                            Nie zawraca na skraju kontynentu.
                                            Nie boleje,                                          
                                            Że jest uboższy o myśl.
                                            Która by chciała
                                            Uczepić się go
                                            Jak ogon latawca.
  

Polecam Kawafis

Konstandinos Kawafis – Głosy

Utracone, ukochane głosy,
tych, co umarli, albo tych, co są dla nas
tak straceni, że nieżywi.
Czasem odezwą się w snach,
czasem słyszy je umysł
w chwili nagłej zadumy.
Wraz z nimi powraca na chwilę
nuta prawdziwej poezji naszego życia,
jak muzyka, która nocą gdzieś w dali dogasa
.

  Wielka poezja jest jak wieloryb na pustym oceanie. Samotna, dumna i wyrzuca wysoko w górę pióropusze wody. Zetknięcie się z nią jest objawienim strasznym z jednej strony i niesamowitym. Strasznym, bo objawia nam prawdę o życiu, wielką i prostą nagle, bez przygotowania, wynurzoną z odmętów bez zapowiedzi. Kto słyszał nawoływania wielorybów na oceanie, załapie, o co chodzi. To jest to niesamowite.