Genova dokończenie

   Film kończy się dobrze. Ojciec znajduje z dorastającymi córkami wspólny język. Prowadzi we Włoszech wykłady z literatury. Omawia ze studentami piękny Sonet II Szekspira:

                         Gdy zim czterdzieści obejmie twe czoło, 
                        Brużdżącgłęboko łąkę twej piękności, 
                        Płaszcz twej urody, dziś ceniony wkoło
                        Zmieni się w nędzny łachman bez wartości: 
 
                        Wówczas spytany, gdzie twe piękno skryte, 
                        Gdzie wszystkich twoich dni szczęśliwych skarby, 
                        Nie mów, że w oczach zapadłych odbite,
                        ­Gdyż samochwalstwo takie godne wzgardy: ,  

                        Bardziej pochwalą piękna wizerunek,


                 Gdy rzekniesz: „Starość moja niech zaliczy

                        To dziecko śliczne na własny rachunek”,       
 
                       W dowód, że piękność po tobie dziedziczy.  
                       
                        
W nim się na starość twa młodość odrodzi,
                        W twej krwi gorącej, choć ją wiek ochłodzi. 

   W sumie Genova mądry film o rodzicach i dzieciach. Ciekawe, ilu jeszcze takie filmy ogląda, gdy z okranu nie cieknie krew, a na sali kinowej słuchać odgłosy przeżuwanej dmuchanej kukurydzy.

Genova

   Zacząłem oglądać film Genova, ale było późno, więc go zawiesiłem, do jutra. Amerykanin jedzie do Europy z dwiema córkami. Jego żona, a matka dziewczyn zginęła w wypadku. Córki ocalały i leczą traumę wraz  z ojcem. Film mnie do tego momentu nie porwał, ale zauroczyło mnie co innego. Stare miasto europejskie Genua jako tło wydarzeń, tło, które z każdą minutą zaczyna dominować nad pierwszym planem filmu. 
   Patrząc na stare mury i renesansowe freski, myślę sobie tak: dlaczego to wywołuje we mnie takie dreszcze? A potem stawiam tezę: dusza każdego człowieka jest starsza niż on sam i pamięta przeszłość obiektywną. Tłumaczę to jaśniej. Człowiek to telefon komórkowy, który na start dostaje nową, czystą kartę. Ale karty są nie do końca czyste, są wycięte z innej wielkiej karty i zawierają jakieś inne dane nie do końca czytelne i wyraźne, ale które się narzucają czasami jak przez mgłę. To nie reinkarnacja to prapamięć. Czy moja prapamięć sięga włoskiego renesansu? Może nie aż tak. Jednak w tym konekście wytłumaczalna jest mój smak do kobiet z włosami upiętymi wysoko pod kapeluszem, do Richarda Straussa do secesji, gorsetów. Umarli lubią patrzeć na świat oczami żyjących.

Kometa

   Niniejszym oświadczam, że do Ziemi zbliża się wielka kometa, która zahaczy nas swoim ogonem i pociągnie nasza planetę w otchłań ciemności. Gwarantuję, że posiadam odpowiednie środki, żeby trajektorię jej lotu zmienić o kilka stopni i zgaga przeleci obok w bezpiecznej odległości. Jednak koszt tej operacji jest wysoki, strasznie wysoki, bo będę oddziaływał siłą woli, więc potrzebuję naładować akumulator na Hawajach. W związku z tym będę sprzedawał rządom wszystkich państw abonament ochronny w cenie milion dolarków. Pamiętaj, sznowna ludzkości, Ziemia jest naszym wspólnym dobrem i ochrona Jej musi leżeć wszystkim na sercu. Kto nie zapłaci, będzie winny totalnej katastrofy. Nie pytajcie o szczegóły, bo obliczenia są zbyt skomplikowane. Musicie mi wierzyć, że armagedon jest nieuchronny. Tylko Ja, pamietajcie, tylko Ja mogę to uczynić!!! Oto mój numer konta 12 3456 7890 4321 9876 1928 7465.
  To niewinny żart w stylu płaćcie, bo zbliża się globalne ocieplenie, płaćcie i kupujcie szczepionki na świńską grypę. Nowoczesny marketing jest zdolny do wszystkiego.

Z Kochanowskiego kolęda

Wikary zaniechał mnie kolędować,
Bom wprzódy nie zgłosił do proboszcza,
co miał mnie mianować.
Takom został z zapalonym ogarkiem,
A dziecko z wiszącym smarkiem.
Lecz mniemam, że to nie sprawa promisy,
Lecz kleszka gnał do dymiącej misy,
Do mego zacnego sąsiada.
Co go wprzódy prosił do obiada. 

Czas

   Obudziłem się o trzeciej nad ranem. Sen obudził się razem ze mną i siedział mi na klatce piersiowej. Chyba śpiewałem piosenkę przez sen, bo nuciłem ją dalej. Włoska pościelówa sprzed trzydziestu trzech lat: non sei piu accanto a me, ma io non ti scordero.  Wydarzenia sprzed lat toczą się dalej… Nie można tego wytłumaczyć. Co było, jest, trwa i będzie trwało. Ktoś chce patrzeć moimi oczami i popędza mnie, abym szedł w miejsca, które chce zobaczyć. Questa stanza cerca te quanto tempo che mi porto ormai ti aspettero… Tornerai qui da me.
   Był październik. Szliśmy przez las, liści było tyle, że nie mogliśmy wyciągnąć z nich stóp. Pachniało późną jesienią. Sono solo in questa stanza… Morskie powietrze było ciężkie i nasycone tak bardzo, że na ustach krystalizowała się nam sól. Senza te in questo silenzio, senza vita ce ancora il tuo profumo ritorna io ti aspettero…

Na przykład Turgieniew

   Literatura naszych czasów jest niestrawna. Powieści z kluczem, dążenie tropem tajemnic, harypotrologia stosowana, kody leonarda, kody do wstrzymywanego piarda. Księgarze chcą sprzedać szybko i z zyskiem, a pisarze klecą według schematów z excela, co im się nakaże. Pytam się, gdzie jest Turgieniew, pisarz nad pisarze, pochylony nad największą tajemnicą – człowiekiem, z miłością i empatią na jaką tylko stać twórcę? Nie dostaniesz jego książki w ksiegarni ani w antykwariacie. Znam ja metodę Danów Braunów. Pomieszać astrofizykę, freudyzm, biologię, matematykę, wątek chrześcijański - wszystko z Wikipedii i zręcznie wypitrasić, żeby zjadało się szybko, strawnie i bezrefleksyjnie. Popij coca colą i idź spać. Jutro nie będziesz niczego pamiętał. Druga sprawa, to nieliczenie się z żadnymi świętościami. Wykroić z religii, co potrzeba, przyprawić, wywołać skandal. Kaszka z mleczkiem. Potem skasować miliony i leżeć bykiem. Conrad pisał, że niektóre książki są nieuczciwe i powinny na półkach różowić się ze wstydu.
   Wracając do Turgieniewa. Pisał tak, jakby patrzał na świat oczyma umarłych, którzy chcą być oprowadzeni po miejscach, które kochali albo nienawidzili. Po to, żeby jeszcze raz przeżyć swój zachwyt albo odpokutować swoje winy. Pisarstwo największego skupienia i odwagi podporządkowania pióra głosowi sponad siebie. Pisarstwo pokory. No ale do tego trzeba było być olbrzymem jak rosyjski twórca, wolny i niezależny od lokajów koniunktury, sprzedawczyków swoich duszyczek za pięć złotych. 
   No i do tego pisarstwa potrzebna była Rosja. Wielka, dzika, nie do okiełznania. Natura i chaos. Jeśli pojawiał się na tej olbrzymiej scenie zwykły człowiek, pijak, zatraceniec lub jakis inny przeciętniak, to można go było kopnąć jak psa albo postawić przed sobą i uczynić podmiot sztuki najczystszej i największej. To potrafił Turgieniew jak nikt. 
   

Polecam film Misja

   Misję oglądałem naście razy i po każdym oglądaniu pozostawał rozpalony zachwyt plus dziwny dyskomfort, że nie do końca rozumiem, o co w tym filmie chodzi. Myślę, że obraz otwiera wiele pól dyskusji na kilka podstawowych dla kultury i religii tematów. Słyszałem, że film jest arcychrześcijański i także, że jest antychrześcijański. Jak mówił Larry Flynt w filmie Formana: opinie są jak dziury w tyłku, każdy ma własną. 
   Wiekszość opinii była taka: oficjalna religia jest be, oficjalny kościół be, najlepsze są spontaniczne inicjatywy religijne umocowane na odruchu serca, trafiające do każdego, nawet do prymitywnych dzikusów. Innymi słowy: Jezus nie jest własnością wiejskich wikarych, ale należy do wszystkich, czyli każda droga poszukiwanai Go jest dobra. Tak to też pojmowałem, ale… uważałem, że sprawa była niedomyślana przeze mnie do końca.
   Ogólnie nakreślając rzecz, Zakon Jezuitów był solą w oku wielu możnych tego świata, bo poprzez cywilizowanie dzikusów w tak zwanych misjach redukcyjnych wyłączał ich z grona niewolników i ludzi – zwierząt bez praw dokładnie tak jak przedstawione jest to w filmie.
   Cały czas myślałem o dwóch głównych bohaterach: Gabrielu i Mendozie. Bratobójca Mendoza przechodzi przemianę, wstępuje na drogę pokuty. Ciągnie sieć swoich win cierpliwie do końca, do momentu, który można opisać słowami poety: co było kamienne we mnie rozwiązało się. Gabriel pomaga mu w przemiane, jest akuszerką nowego życia. 
   Wszystko pięknie, aż do pewnego momentu, kiedy trzeba zamknąć misję, a Mendoza postanawia walczyć i zniweczyć wszystko to, co osiągnął pokornym i bogobojnym życiem. Ale czy aby na pewno zniweczyć.
   Gabriel idzie drogą ściśle Chrystusową. Nie odpowiada oporem na gwałt, poświęca życie, nadstawia drugi policzek. Ale tak jak Mendoza jest winny nieposłuszeństwa wobec Kościoła. Kardynał Altamirano podejmuje decyzję o zamknięciu misji, ale zakonnicy nie opuszczają swojego raju i dzikusów. Gabriel w kluczowym momencie przyjmuje postawę nieposłuszeństwa biernego, natomiast Mendoza – nieposłuszeństwa czynnego. 
   W istocie to co mnie podświadomie niepokoiło to właśnie to nieposłuszeństwo obu wobec Kościoła. Trzeba to zaakcentować, bo tu leży istota problemu. Założyciel Zakonu Jezuitów, Loyola, mówił, że jak widzi białe, a Kościół mówi, że to jest czarne, to on też powie, że to jest czarne. 
   Samowolki w Kościele Katolickim są niedopuszczalne i grożą anatemą. Gabriel wie o tym, dlatego nie potępia Mendozy, bo czuje, że sam jest winny występku. I tu podstawowa kwestia. Czy owa samowolka dwóch Jezuitów jest usprawiedliwiona czy nie? 
   Otóż kwestia pozostaje nierozstrzygnięta. Gdyby posługiwać się kategoriami ściśle religijnymi, to Gabriel i Mendoza są winni grzechu pychy. Nie posłuchali kardynała, uznali, że wiedzą, jaka jest prawidłowa droga do Prawdy, czyli nieposłuszeństwo, co przecież doprowadziło do rzezi. Idźmy dalej. Zła nie wolno prowokować. Altamirano przybywa z Rzymu z kompromisem. Ziemskiemu lewiatanowi, czyli władzy królów książąt, feudałów trzeba podrzucić daninę – ofiarę, czyli misję, wytwór miłości i najpiękniejszy klejnot Caritas. Kardynał zdaje sobie z tego sprawę, jego świadomośc problemu jest tutaj nadrzędna. Cierpi, zdając sobie sprawę, że kompromis jest zgniły, bo jest to tak zwany wybór mniejszego zła.

A Gabriel i Mendoza? Poszli  za głosem serca. Kardynał w głębi ducha podziwia ich i zazdrości. Bierze na siebie odpowiedzialność za ich nieposłuszeństwo. Jego problem, to problem pasterza, który musiał poświęcić kilka swoich najlepszych owieczek i podrzucić je wilkom. Dwaj Jezuici dają ofiarę z własnego życia i zostają bohaterami. Mendoza w dwójnasób odkupił grzech bratobójstwa. Ale Altamirano pozostaje żywy ze swoim niespokojnym sumieniem.

   Nie na darmo kardynał jest narratorem wydarzeń. W tym konflikcie sumień jego problem zostaje umieszczony na najwyższym stopniu. Sprawa Mendozy jest biblijną przypowieścią o Kainie i Ablu, ale sprawa Altamirano  to rozdarcie Abrahama, który prowadzi na ofiarę swojego syna Izaaka, nie rozumiejąc do końca intencji Boga, bo każda ofiara musi pozostać tajemnicą, niedostępną naszemu – dlaczego?

O zmierzchu

   Stary z synem szli leśną drogą. Dukt był szeroki, pełen ludzi, którzy przechadzali się w obie strony. Syn pozdrawiał wszystkich i uśmiechał się do życzliwych przechodniów. Ale stary był zgorzkniały. – Jestem stary i nic mi ta starość nie dała. Ne jestem mądry i spokojny, miły i uprzejmy dla innych. Gdy patrzę na ten świat, mam ochotę wymierzyć mu kopniaka, tak jak trzydzieści i pięćdziesiat lat temu, a teraz nawet bardziej. Czuję tylko strach i przerażenie. 
   Syn nie wiedział, co powiedzieć, jak pocieszyć starego. Poczuł smutek nie do zniesienia. Taka więc jest suma życia? Rozstrojona, kakofoniczna kadencja, groźne warknięcie zagrożonego istnienia. – Może zawrócimy, tato? – syn chciał odwrocić uwagę ojca od jego własnych myśli. – Co za różnica – odparł stary – przyszłość to przeszłość. Czy pójdziemy do przodu, czy do tyłu; czy skręcimy w boczne ścieżynki, zawsze trafimy w to samo miejsce. Od tego jest las, żeby nas mamić, że poruszamy się w jakimś kierunku, chcociaż kręcimy się w kółko i wracamy w to samo miejsce.
   Syn zrozumiał wtedy, jaka przepaść dzieli go od ojca.Te same oczy, uszy, ale widzi co innego i słyszy co innego. Czuł, że potrafi patrzeć ponad wierzchołkami drzew, ale zrozumiał też, że zawdzięcza to jemu, który ciągnąc ciężko nogi człapał obok niego. Powój oplatający i wspinający sie po pniu w stronę światła.
   Potem szli już w milczeniu. Obaj ze swoją pełną,skończoną i gorzką wiedzą. Ale gdy wieczorne słońce rozświetliło szeroką przecinkę, przypomnieli sobie obaj to, co pamiętali, co było w nich pamięcią, co nieśli w sobie kruche, pryzmatyczne, skupione, czekające. I obaj zadziwli się, że to jest.