Kolęda

Kolęda 

Gdy ci do pierwszego nie starcza
A telewizja wodę leje,
Myśl o Betlejem.
Gdy bankier cię na sznurku wodzi,
A polityk w twarz ci się śmieje,
Myśl o Betlejem.
Gdy uczciwa praca robi z ciebie dziada,
A lekarz odbiera nadzieję,
Myśl o Betlejem.
Gdy świat klęka przed złotym bałwanem,
A celebryta na twej krwawicy pięknieje,
Myśl o Betlejem.
Gdy bieda cię bodzie w zadek,
A wrzód na żebraku ropieje,
Myśl o Betlejem.
Gdy ci powiedzą, że prawda umarła
I liczą się tylko kłamstwa odcienie,
Myśl o Betlejem.
Gdy oberdiler wciąga kokę,
A stare ćpunisko raczy się klejem,
Myśl o Betlejem.
Gdy w duchu ubogi w poduszkę płacze,
A ślub z mamoną biorą kaznodzieje,
Myśl o Betlejem.
Gdy kat na choinkę bombki wiesza,
A duch dziejów z ofiar się śmieje,
Myśl o Betlejem.
Gdy stwierdzisz w końcu, że sam mógłbyś być katem,
I na  tę myśl nieomal mdlejesz,
Idź do Betlejem  

Jeszcze o handlu autami

   Wiele rzeczy mnie w Polsce zdumiewa, ale na pewno wszelkie rekordy bije handel używanymi autami. Dziewięćdziesiąt procent sprzedających zaklina się, że ich auta są sprawne w stu procentach, i że nadają się one do jazdy. Wiedzą, że hamulce są do wymiany, że ABS nie działa, zawieszenie nie trzyma auta na drodze, opony są łyse, a mimo tego są skłonni pozwolić, żeby ich bliźni siadł za kierownicą tej puszki śmierci i zabił się na pierwszym drzewie, mimo że w innych warunkach nie sprzedaliby mu słoika przeterminowanych sardynek.
   Proponuję autohandlom i giełdom samochodowym takie pewne motto, które powinno wisieć nad bramą wjazdową. Są to słowa Muddego Watersa z filmu Cadillac records: Rzadko dostajesz od życia tego, czego oczekujesz; najczęściej musisz brać to, co pcha ci się samo do rąk – a jest to gówno.

Ford taunus

   Moja pierwsza motoryzacyjna miłość ford taunus M 20 miał lakier tak soczyście czarny i wypucowany, że przyklejały się do niego odbicia drzew, które mijał. Z czernią kontrastował drobny, siatkowany, chromowany grill; a po jego obu stronach dwa mleczne szkła reflektorów, w które gapiłem się jak w oczy ukochanej dziewczyny. 
   Były lata sześćdziesiąte tamtego wieku. Miałem osiem, może dziewięć lat. Ford taunus brzmiało jak baron von Hessen z miasta Essen, a syrenka brzmiało wtedy jak szczęście dla naiwnych, smród i udręka. My mieliśmy syrenkę i mimo że byłem platonicznie zabujany w taunusie tak ślepo i beznadziejnie, że dałbym mu przejechać po stopie jego dunlopami, to syrenkę kochałem do szaleństwa i każdemu mówiłem, że jest całkiem całkiem, i że się udoskonali. 
   Taunusem jeździł kuzyn mojego wujka. Był taki sam odpicowany jak jego auto. Zawsze w czarnym garniturze, białej koszuli i pod czarnym krawatem. Mówili, że pracował w Australii albo w Indonezji jako ktoś tam mniej lub więcej ważny, a może był tylko szefem kambuza na statku. W każdym razie wraz ze swoim autkiem tworzył jedną aurę – niedostępnej wyższości, która sama w końcu prosiła się o pogardę, a w najlepszym wypadku o obojętność. 
   Jedno trzeba powiedzieć uczciwie. Nie było wtedy takiego auta na naszych drogach. Było naprawdę olśniewające. Każdy gapił się na nie, jak przejeżdżało przez wioski i wpadało w stadko gęsi albo kur przechodzących na drugą stronę pokrytej kocimi łbami drogi. A ja pokazywałem na forda palcem i mówiłem: mój wujek. 
   Po latach ojciec opowiedział mi, że najpierw w taunusie wysiadło serce, dumny, dwulitrowy v-6 w benzynie, jak się dzisiaj mówi. W tamtych czasach w osobówkach były tylko benzynowe silniki, a diesle montowano w ciężarówkach. Motor wyjęto i transplantowano pod maskę półtoralitrowy silnik fiata, ale na tym też nie pojeździł za długo. Pewno dogorywał, patrząc na śmigające syrenki, zazdroszcząc im smrodzącej, dwusuwowej pikawki. Syrenka była nieskończenie brzydka, wyglądała jak bezzębny żółw, któremu ktoś przykleił po bokach parówki. Ale była na naszą miarę. Co to znaczy? Pozwoliła się pokochać. Jak dziewczyna urocza, ale nie za ładna. Nie to co czarna dama, zimna i niedotykalska.

Polski fiś motoryzacyjny

Polski autohandel, sobota przed południem

Klient: Ma pan golfy albo passaty?
Handlarz: Mam
Klient: A po ile?
Handlarz: Zależy od rocznika, wyposażenia i tak dalej. A ile pan chce wydać?
Syn klienta: No powiedzmy 8 tysięcy.
Handlarz: Niemieckie są tam przy ogrodzeniu.
Klient: Dużo tych autów.
Handlarz: A może chce pan auto młodsze, lepiej wyposażone, forda, peugeota, nissana. Są lepiej wyposażone, mają klimę.
Klient: A co to ta klima?
Handlarz: Latem może pan sobie ochłodzić wnętrze auta.
Klient: Panie, ja nawet latem chodzę w kalesonach. Po co mi ta klima?
Handlarz: Jak panowie uważają.
Syn Klienta: Japońskie, francuskie się psują. W ogóle francuzy. Francuzy umią robić ser i wino i minete (he, he), a nie samochody.A najlepsze niemieckie. Golfem tata do śmierci pojeździ.
Handlarz: Oczywiście.
Klient: Bierzem tego srebrnego golfa, nie będzie się brudził jak czarny. A ma TDI?
Handlarz: Ten akurat nie ma, To wolnossący.
Klient: Jeszcze lepiej. Wolniej ssie, mniej jeść chce.

Polecam film Oczy szeroko zamknięte

   Stanley Kubrick na finał zaskoczył. Jego ostatni film przed śmiercią był szumnie zapowiadany przez prasę, więc myślałem, że będą specjalne fety i fajerwerki. Ale nie. Kubrick okazał się uczciwy i jego ostatnie zdanie było i proste, i nieskomplikowane, i nieefektowne jak każda Prawda pisana z wielkiej litery. Pierwszy raz obejrzałem i nic nie zrozumiałem. To znaczy nie odkryłem czegoś głębokiego i tajemniczego jak w Mechanicznej pomarańczy, czegoś komicznego i przygnębiającego zarazem jak w Barrym Lyndonie, porażającego i profetycznego jak w Odysei kosmicznej 2001, szalonego i przerażającego jak w Lśnieniu. Taka na pozór historyjka, mąż czuje, że żona go zdradza i sam próbuje się rzucić w wir rozpusty, ale brak mu w tym wprawy i tylko na chwilę otwiera oczy (albo szeroko zamyka), murkując w szambie Nowego Jorku. Zamożny lekarz (Tom Cruise) dowiaduje się, że jego żona (Nicole Kidman) miała kiedyś zamiar go zdradzić. Sama opowiada mu o tym ze szczegółami i ta opowieść okazuje się sto razy gorsza od zdrady. Kochałam cię na drugi dzień tak czule i smutno. Opowieść żony ma siłę objawienia, jeśli to coś wyjaśni, to znaczy, jest gorsza od samej zdrady, bo jest odkryciem samej zdolności do zdrady, która czai się w duszy kochającej kobiety. Opowieść ma też siłę inicjacyjną. Drobny kamyczek porusza lawinę zdarzeń, to znaczy pcha męża do odysei po piekielnych nocnych ulicach NY. Dowiedziałem sie później z prasy, że Kubrick zbudował sobie pół miasta specjalnie do filmu. 
   Bill Harford chce się odegrać po samczemu na żonie, to znaczy zdradzić ją natychmiast, byle gdzie i z byle kim. Chodzi nocą po mieście i poznaje to ludzkie piekło. Nowy Jork jest ucharakteryzowany dosłownie na burdel – w każdym ujęciu, prawie w każdym kadrze krwista czerwień: lampy, dywany, stoły bilardowe, obrazy na ścianach. Prostytutki chore na AIDS, ojciec sprzedający nieletnia córkę transwestytom, wyższe sfery czerpiące podniety erotyczne tylko z kunsztownych, wyszukanych orgii, naćpane do nieprzytomności call girs. Wszystko to sprawia, że wypłoszony doktorek wraca do żony i wypłakuje się w jej ramiona. 
   Stanley Kubrick, nieustraszony i bezkompromisowy badacz ciemności w swojej ostatniej kwestii na scenie życia mówi: tylko miłość małżeńska ma jakąś wartość. Tylko tyle i aż tyle. Świat to chlew i możesz się szybko znaleźć na dnie jak ćpuny, prostytutki, alkoholicy – wystarczy jedna noc poza domem. Alice Harford czuwa nad swoim mężem. W momencie, kiedy ten ma się zbliżyć do chorej prostytutki, dzwoni do niego i przerywa fatumiczny ciąg. Doktorek pakuje się w kłopoty, ale  siła  penelope caritas ocala go na każdym kroku. 
   Film kończy się happy endem. Dochodzi do pojednania. Małżeństwo z córeczką udaje się na świąteczne, bożonarodzeniowe zakupy do działu z zabawkami w hipermarkecie.
   Nie będę zdradzał, co na koniec Alice proponuje Billowi…
   Dzięki, panie Kubrick. Da capo al fine.

Tropy na śniegu

   Tropy na śniegu zaprowadziły mnie do pewnego wiersza Josepha von Eichendorffa, niemieckiego poety romantycznego rodem ze Śląska, który w roku 1821 jako pruski urzędnik pracował w Gdańsku. Oto ten wierszyk:

JOSEPH VON EICHENDORFF

Boże Narodzenie

Pusty rynek. Nad dachami
Gwiazda. Świeci każdy dom.
W zamyśleniu, uliczkami,
Idę, tuląc świętość świąt.

Wielobarwne w oknach błyski
I zabawek kusi czar.
Radość dzieci, śpiew kołyski,
Trwa kruchego szczęścia dar.

Więc opuszczam mury miasta,
Idę polom białym rad.
Zachwyt w drżeniu świętym wzrasta:
Jak jest wielki cichy świat!

Gwiazdy niby łyżwy krzeszą
Śnieżne iskry, cudów blask.
Kolęd dźwięki niech cię wskrzeszą —
Czasie pełen Bożych łask! 

   Wiersze Eichendorffa wykorzystał Richard Strauss do swoich Czterech ostatnich pieśni. Te najpiękniejsze moim zdaniem cuda wokalistyki, które stanowiły – jak mówią – łabędzi śpiew romantyzmu, to dzieło pośmiertne Straussa. Podobno nie słyszał ich prawykonania, oprócz oczywiście własnego, wewnętrznego ucha. Najlepiej te cztery pieśni zaśpiewała Jessye Norman – odpowiednio wolno jak na moje ucho, tak jak trzeba – largo. Majestatycznie, jak powolny ruch alpejskiego lodowca, metafory czasu i przemijania. Inne wykonania za szybkie, jakby bez wyczucia tych pieśni, które opowiadają o zbliżaniu się do kresu. Pieśń O zmierzchu wykorzystał David Lynch w Dzikości serca. Film rozpoczyna się od zapalenia zapałki i potężnej orkiestrowej inicjacji. Kto widział film, wie, jakie wrażenie robi ta wymyślona przez wybitnego reżysera czołówka.

Genesis ciąg dalszy opowieści

   Jedno z nagrań Genesis nosi tytuł Firth of Fifth. Jest tam nota bene najpiękniejsza rockowa solówka wszechczasów, gdzie gitara Hacketa łka jak młoda dziewczyna, która na zawsze rozstała się z chłopakiem. Firth of Fifth nie znaczy po angielsku dosłownie nic. Ale. W Szkocji istnieje Zatoka Czwartej Rzeki – Fifth of Forth, stąd wyimaginowana Zatoka Piątej Rzeki – Firth of Fifth, czyli według mojej interpretacji: pięć rzek, pięć indywidualności Genesis: Hacket, Banks, Rutherford, Gabriel i Collins zasila jedną zatokę, czyniąc ją pięknym muzycznym stawem.
   Ale pewnego dnia jedna z rzek płynie w inną stronę swoim korytem. Peter Gabriel. Muzyczny ekstremista, który chciał wycisnąć z Melpomene tyle, ile się tylko da. Długo szukał, łączył różne nurty, inspirował się muzyką wschodu i zachodu, aż osiągnął swój cel. Nie interesowała go droga dalszej komercji z Genesis, który brnął powoli w pop- rock jak dziecko buzią w kremowe ciastko, z wokalem Collinsa, głosem sprzedawcy biletów albo kioskarza w Londynie (oczywiście też spełniającym w swoim czasie swoją rolę)
   Gabriel uwieńczył swoje muzyczne poszukiwania fantastycznymi i porywającymi płytami Ovo i Passion, przy słuchaniu których przechodzą ciarki po plecach, dlatego, że słychać w nich inspirację wyższego rzędu.

Johoseph

Johoseph obudził się w środku nocy. W izbie było gorąco, a przez okno dostawał się do pomieszczenia oddech pustyni. Mężczyzna starał się zasnąć, ale sen odchodził szybko. Johoseph usiadł na posłaniu i sięgnął po stojący obok łóżka dzban z wodą. Woda była ciepła i miała smak ziemi. Mężczyzna przełknął kilka łyków i odstawił dzban. Wstał, podszedł do okna i popatrzył w mrok. Starał się przebić wzrokiem ciemnoszarą ścianę, która napierała na niego, jakby chciała wcisnąć się do wnętrza jego domu. Poczuł się przez chwilę tak, jakby był jedynym człowiekiem na całym świecie. Jestem ja sam i Bóg ― pomyślał. Teraz Pan widzi wszystko na wylot. Nie ma innych ludzi i nie można sypnąć swoich grzechów im pod nogi jak ziarna soczewicy, żeby ukryć je przed wzrokiem Najwyższego. Taka jest noc. Jest ciemno, ale wszystko widać jak na dłoni. Oblał go nagle zimny pot. Tak musiało się w końcu stać. Nie czyściłem dzbana i w końcu woda zaczęła cuchnąć. Spojrzał na miasto, które świeciło się kilkoma punkcikami pochodni i małych ognisk palonych przy bramach. Poczuł ulgę. Tam ktoś też nie śpi ― myśl przyfrunęła do niego jak powiew chłodnego wiatru. Wyobraził sobie strażników, którzy siedzą wokół ognia i zabawiają się wesołą rozmową. ― Dziesięciu grzeszników nie śpi i już raźniej. Poczuł, jakby wycelowany w niego w środku nocy palec złożył się i zamknął w dłoni. Usiadł na kamiennej ławie przy oknie. Słyszał niecierpliwe bicie własnego serca i głos pustyni: niby żadnych konkretnych dźwięków, ale kiedy udało się wstrzymać oddech, słychać było coś jakby wibrowanie, lament piasku i oddech nagrzanego powietrza. Mam za słabe uszy — myślał Johoseph — żeby usłyszeć pustynię i jej szepty. Piasek ma swoją mowę i woda ma swoją mowę, ptaki mówią po swojemu, jaszczurki pod kamieniem, żaby i węże. Rośliny też mają swój język. Muszą się te wszystkie elementy jakoś porozumiewać, skoro żyją w zgodzie. A może właśnie dlatego, że nie mają mowy, żyją zgodnie? — Medytował. Nie, nie. Mowa jest święta i musi służyć pojednaniu i zgodzie. Rośliny, zwierzęta i pustynia muszą mieć jakiś wspólny język, skoro nie ma między nimi zwady. Na pewno słychać te głosy w nocy, głosy pustyni, ale ja mam za słabe uszy, Pan dał mi za słabe uszy, żebym mógł się wsłuchać. Jestem za mały śmiertelnik, żebym mógł słyszeć takie cuda. Nie jestem prorokiem, żebym miał mieć prawo do dodatkowych uszu. Moje zadanie, to brać piasek do jednej ręki i przesypywać go do drugiej, żeby jak najmniej ziarenek porwał wiatr. To moje zadanie i tyle. Nic więcej. Codziennie z lewej ręki garść piasku do prawej i od nowa. Od nowa.