Mój syn pisze

   Mój syn pisze. Pisze bloga. Jak był mały, pisał cyfrę pięć tak jak ja, od dołu jednym ciągiem do góry. Czyli duch przekory jest w nas taki sam. Potrzeba pisania bierze się chęci uporządkowania świata po swojemu. Tak ma być i koniec. Pisanie jest rzeczą arbitralną, niedemokratyczną i królewską. Nie pytamy nikogo o zdanie, tylko dodajemy słowo do słowa jak dziecko, które stawia klocki na swój sposób i nie pozwoli sobie przeszkadzać. Jaki jest cel pisania? Dążenie do Prawdy. Można być w życiu zwykłym zjadaczem chleba, który zwija się pod naporem kompromisów, ale język musi żądać od nas Testamentowego: tak-tak, nie-nie. Nie ma w pisaniu miejsca na uniki, szczerość jest największym wyzwaniem. Przede wszystkim szczerość wobec siebie, no i oczywiście wobec innych. 
   Z pisania małych rzeczy powstaje później literatura. Ktoś powiedział, że jest ona sztuką manipulacji, ale można przy odrobinie wysiłku pokazać te dzieła, które w swojej szczerości zmierzały ku Prawdzie i te, które bezczelnie kłamały. Miłosz mówił, że kiedy pisze, chce być instrumentem dobrych duchów, a wszystko, co złe pochodzi tylko z niego samego.
   Pisz, synku :)

Polecam film Antychryst.

Polecam film Larsa von Triera Antychryst z tego względu, żeby pokazać, jak wyglada artystyczny zakalec. Każde dzieło sztuki jest jak ciasto, albo wyjdzie, albo nie. Musi być tworzywo sztuki, materiał – czyli składniki potrzebne do upieczenia ciasta, praca nad materiałem, czyli dobre wymieszanie składników oraz proces twórczy, pisanie powieści, wiersza, czy finalne kręcenie scen filmu, co można porównać do pieczenia placka przy optymalnej temperaturze. 
   Von Trier zgromadził mnóstwo pierwszorzędnych składników i przypraw: problem cierpienia i rozpacz po stracie dziecka, psychologiczne i metafizyczne relacje pomiędzy kobietą i mężczyzną, manichejską niechęć do natury, genezę szaleństwa. Skrupulatny humanista zrobiłby na pewno porządny inwentarz tych tropów i archetypicznych aluzji, czyli spis produktów, których w filmie jest bardzo wiele. Mówiąc o tworzywie, trzeba wspomnieć o cudownej haendlowskiej arii: Lascia chio pianga… Niech płacz zerwie więzy mojego cierpienia, także o superaktorach – Dafoe i Gainsbourg oraz o wspaniałych zdjęciach.
   Ale nie wyszło. Poza pierwszymi sekwencjami, które naprawdę szokują, kiedy pokazana jest śmierć małego chłopca. Czyli wszystko co w filmie jest czarno-białe i pokazane w zwolnionym tempie. Reszta kolorowa (jakby kolor był znakiem kiczu) od pierwszego momentu, kiedy Dafoe kroczy za trumną synka nie chce nosić wagi podjętego tematu. Dobre tworzywo zostało źle wymieszane i zmiksowane. Trier krzyczy swoim filmem: boli, boli, boli i rzuca na szalę wszystkie możliwe kulturowe żetony, zapominając, że są one z tworzywa, i że przy żonglowaniu fałszywie brzęczą. Czasami odnosi się wrażenie, że jest to film dla studentów pierwszego roku filologii, którzy są po zajęciach z kulturoznawstwa. 
   W czasie seansu chciało mi się śmiać. Niektóre sceny wprawiały mnie w zakłopotanie. Może to i wszystko możliwe, na przykład wycinanie nożyczkami łechtaczki jako autodestrukcyjna reakcja na ból nie do zniesienia albo zemsta na całej naturze nie tylko kobiecej, która rodzi, cierpi i umiera. Coś takiego może zdarzyć się w życiu i się zdarza, ale umieszczenie takiej sceny musi być motywowane. Widz nie może reagować śmiechem, widz powinien zwymiotować albo wyjść z kina. I śmiech nie był tu bynajmniej reakcją obronną przed emocjami, które nie mogą znaleźć ujścia. Zaśmiałem się, bo zobaczyłem nadęty, artystowski kicz. Reżyser, żeby wzruszyć widza nie musi na scenie zarzynać tak, żeby tryskała krew. Wystarczy mimika.
   Film Triera cierpi na przerost formy nad treścią. Grzeszy dosłownością. Prawdziwa sztuka urzeka, przyciąga niedomówieniem, a tu kamera chce wszystko tłumaczyć. Natura jest kościołem szatana – mówi bohaterka. To razi, ta dosłowność. Razi i śmieszy. Pogląd taki nie jest bynajmniej nowy i odkrywczy, a konstruowanie na podstawie ilustrowanego elementarza tropów i archetypów kultury okazało się, moim zdaniem porażką. W cieście powstał zakalec.