Cień i światło

Rembrandt malował portrety, jakby robił zdjęcia z lampą błyskową. Nie pociągało go światło dnia, ale stężone światło rozcinające ciemność, żeby na chwilę oświetlić portretowaną twarz. Tak jak na fotografii robionej fleszem. Nie interesowało go to, co było poza, z tyłu. Szukał metafizycznego oświetlenia, jakby chciał ponad wszelką wątpliwość stwierdzić i udokumentować fakt, że człowiek został stworzony na wzór i podobieństwo Pana. Przypatrywał się też swojej twarzy, malując całe życie wiele autoportretów, nie bynajmniej z narcystycznych pobudek, raczej dokonywał inwentarza, dokumentacji zmian, chcąc uchwycić sens duchowych batalii, których twarz była w jego mniemaniu mapą.
Dogasające światło na twarzy i złotym hełmie mężczyzny na obrazie: Mężczyzna w złoty hełmie każą się domyślać zbliżającego się kresu. Oblicze wsiąka w ciemność. Pełna rezygnacji twarz dogasa w splendorze kunsztownie inkrustowanej ozdoby głowy. Właściwie mógłby to być portret trumienny. Oblicze wyraża kwintesencję męskiego doświadczenia – nieokiełznaną dumę, stanowczość, brak pobłażania dla własnych słabości, szlachetną dziecięcą naiwność, ukrytą pod maską skrywanych uczuć. Plus poczucie nieugaszonego niespełnienia w reminiscencyjnie wbitym w ziemię wzroku.
Ruch światła jest wstępujący. Z twarzy wspina się na złoty hełm, nie spływa w dół w kierunku spojrzenia. Chce wydźwignąć te ciężkie, doświadczone przez życie rysy ku górze. Pnącze światła kiełkuje kamieniami na hełmie i misternymi wytłoczeniami. Kipi nad postacią osuwającą się w grób.
Jest ono zewnętrzne, naddane. Jego źródło znajduje się ponad głową. Zostało jakby opuszczone z góry i tam też wraca. Rozbłyska w nagłej iluminacji i dogasa wraz z twarzą. Zsuwa się z niej ku górze.
Paradoksalnie. Stąd też ten hełm, jego metafizyczna funkcja uchwytu światła.

Polecam film Lektor

Film Lektor mogę porównać, jeżeli chodzi o wagę tematu z Wyborem Zofii. Problem kata i ofiary, winy i kary w kontekście II wojny światowej. Piękna kobieta w średnim wieku, konduktorka tramwajowa, pomaga na ulicy chłopcu, który zasłabł. Akcja dzieje się w Niemczech pod koniec lat pięćdziesiątych. Szesnastoletni chłopak zakochuje się w kobiecie, nawiązuje się romans. Chłopak każdą wolną chwilę spędza z ukochaną, która w czasie randek każe sobie czytać książki. Okazuje się, że jest bardzo wrażliwa na sztukę. Odyseja Homera i romanse wzruszają ją do łez. Jednak Kochanka Lady Chatterley uznaje jako lekturę niestosowną. Kobieta w pewnym momencie znika z życia chłopca. Pakuje walizki i znika ze swojego mieszkania. Po latach oboje spotykaja się na sali sądowej. On jak młody student prawa, ona… na ławie oskarżonych jako była essesmanka z Oświęcimia. Jej wyrok skazujący jest spotęgowany faktem, że Hana była autorką specjalego raportu, który wzmagał winę. Jednak młody prawnik wie, że Hana jest analfabetką.
Kobieta dostaje dożywocie (wspaniała rola Kate Winslet). Ale mężczyzna o niej nie zapomina. Posyła jej kasety magnetofonowe z nagranymi przez siebie lekturami. Hana w więzieniu słucha i uczy się pisania i czytania. Ale na kilka dni przed przedterminowym zwolnieniem popełnia w celi samobójstwo. Wiesza się, stając na książkach.
Film uświadamia kilka spraw. Po pierwsze Niemcy też byli ludźmi, nie byli maszynami do zabijania. Hana jest katem, to nie ulega wątpliwości. Była strażniczką i jest nadal przekonana, że dobrze wypełniała obowiązki. Pytanie przychodzi samo: co ideologia i państwo zrobiły z tej czystej, pełnej miłości i empatii duszy? Co zrobiły z niej, kierujące się kłamstwem i manipulacją oraz żądzą władzy watachy polityków? Jakie w tym kontekście są granice posłuszeństwa ziemskiemu lawiatanowi? Miłość budzi w niej sumienie, zaczyna się proces oczyszczenia. Hana odchodzi od chłopca, przyjmuje nieproporcjonalnie wielka karę, w końcu staje na książkach, opiera się na sztuce, która ją uwzniośliła, a w konsekwencji ukazała jej bezmiar i nieskończoność winy i odbiera sobie życie.
Mimo że zakończenie mi się nie podoba, film jest znakomity. Nie znam książki, na podstawie której nakręcono film. Brakuje mi tu czegoś. Sumienie Hany jest doskonałe. Bez miar skrupulatne. Kropla po kropli ogląda ocean swojej winy. Skrupulatne sumienia są religijne. Być może to jest ten brak filmu, ale może tak być, że ta treść znajduje się w książce. Kto wie. Dopiszę, jak przeczytam.

Jesień, droga, duch

   Wyszedłem z domu. Na drogę. W polu stała jesień, jak co roku. Chłop wrzucał widłami na wóz liście brukwi. Ziemia była cicha i spokojna. Ludzkie szaleństwo przetoczyło się przez nią i teraz będzie trochę spokoju. Ale do czasu. Najlepszym argumentem przeciw teorii ewolucji jest ten, że ludzki duch jest niezmienny – niespokojny, uwikłany w tę samą septymę grzechów. Jest tak samo silny, jak i bezbronny. W jego świecie – jak mówił Heraklit – wszystko dąży do przeciwieństw. Spokój pragnie w końcu wojny, pożoga łaknie ciszy. Mała jaszczurka pod nogami nauczyła się zmieniać barwy, a mój duch nagi i drżący na myśl przed listopadowym mrozem. Duch ludzki jest niezmienny. Wyprowadziliśmy się z jaskiń do domów ze szkła, a wciąż jesteśmy barbarzyńcami. Ludzki duch jest niezmienny, to oznacza wolność. Prawa tego świata nie spętały nas swoim wężowym wzrokiem. Królestwo jest nie z tego świata, więc duch jest tu tylko gościem. Duch jest wolny. Chłop macha widłami, jego sylwetka promienieje, bucha parą na tle maskujących barw jesieni.

Genesis

            Na koncercie w Rzymie podczas ostatniej trasy koncertowej Genesis, na początku Follow you, follow me Phil wszedł głosem o ćwierć taktu za ślamazarnie, czym zdenerwował i rozbawił Mike’a, który rzeźbił swoje misterne staccato na gitarze. Mike miał niewyraźną minę do końca piosenki, jak jastrząb, który odkrył, że nie wziął skrzydeł.. Na fuszerce nie poznały się czarne włoszki, które podczas tej superballady bujały się i jak kipiały, jak mokre śliwki w garnku, w którym warzą się konfitury.                               
                Pójdę za tobą
                             
                Ty pójdziesz za mną
                             
                Przez wszystkie dni i noce
                             
                Które nadejdą
                            
 
               Bedę z tobą
                             
                A ty ze mną
                             
                Nie spadnie więcej niż jedna
                            
 
               Łza na rok.
          

   Zauroczenie Genesis przyszło, jak każde zauroczenie, nagle, jesienią. Usłyszałem nocą w radio dziwne frazy, inne, jakieś nierockowe, miękkie, aksamitne, momentami dziwnie komiczne, ale przede wszystkim tajemnicze i uskrzydlające, niesamowicie uskrzydlające. Potem przez lata odkrywanie jednego nagrania za drugim. Najpierw White Mountain – muzyka z innego świata. Na wstępię tajemniczy  pomruk, jakby w moja stronę zbliżała się ogromna góra albo jakby na środku oceanu wyłonił się z mgły wielki statek i sunął prosto na mnie. Do dźwięków mellotronu dobijają dwie gitary, potem piano perkusja i zachrypnięty głos Gabriela jak postaci z Tolkiena, wróżbity, mędrca. Do mojego pokoju wlała się galareta żywego czasu i nie chciała zastygnąć. Plus flety i inne instrumenty jak z pochodu Pana. Później werble i marszowy rytm, jeszcze dalej muzyka zwalnia i prowadzi mnie do czarnego lasu pełnego ogromnych świerków. Czerń konarów wchłania w siebie zieleń, połyka ją. Nagle cały zwariowany, zracjonalizowany, agnostyczny świat przestaje istnieć. Ktoś przyszedł,kopnął w zakratowane okno i zobaczyłem zupełnie co innego. Wessało mnie do środka, to nie była rozrywka. Powstał jeden z moich pierwszych alternatywnych światów

Ojciec

Ojciec

Kiedyś na jego jeden,

Robiłem trzy kroki,

Ale on do dziś nie uznaje moich poglądów,

Uznając je za dziecinne.

Licytujemy się więc nerwowo,

Wykładając przy kawie atuty

Jak wyświechtane karty

Ze starej talii.

Cieszy mnie, że nie został stoickim lwem

Z siwa grzywą,

Który swoją najwyższą mądrość:

Jest mi wszystko jedno

Obwieszcza wymownym pomrukiem.

Jest żywotny, bo nie pogodził się.

Jak szczeniak zawsze znajdzie coś do obszczekania.

Świat wciąż stoi krzywo

Na swoich podagrycznych nogach

W źle dopasowanych spodniach

I sam się prosi,

Żeby go poszarpać za nogawkę.

Najbardziej łączy nas to udawanie,

Że jesteśmy do siebie niepodobni

I kiedy kolejny Lipiec

Gości się w ogrodzie,

Przegrywamy do siebie,

Chowając asy po rękawach.

Słońce zanurza swój pysk

W pustych szklankach.

Dopijamy wszystko do kropli,

Jakbyśmy chcieli zlizać czas.

Muzyka

         O muzyce można bez końca. Muzyka jest jak wiadomo asemantyczna, to znaczy, że nie nosi żadnego znaczenia. Słowo koń wskazuje na zwierzę o czterech nogach, natomiast dźwięk A o częstotliwości 110 HZ nie wskazuje na nic, tak samo jak akord D – dur.

         Muzyka Johanna Sebastiana Bacha i Mozarta jest doskonale asemantyczna. Sama w sobie, w swojej tak zwanej warstwie muzycznej nie wskazuje na nic konkretnego oprócz (według zamysłu samego Stwórcy), nienachalnie, dyskretnie podanego pragnienia nieskończoności. Jeżeli ma ukazywać Wszechmogącego, to tylko jako potencjalność, nie – jak na przykład u Michała Anioła – (alegoryczny) konkret. Ta potencjalność to inaczej rodzaj napomknienia. Zawarte w muzyce ma ukierunkowywać nasze myśli na ruch wznoszący, gdzie przewodnikiem mają być wspinające się na siebie dźwięki, których ruch wstępujący ma nie mieć końca.

         Takie są Fugi i Preludia Bacha.  Potrafią poskromić czas i przestrzeń. Słuchając ich ma się wrażenie, że w ich strukturę nie jest wpisane żadne ograniczenie, że tak naprawdę mogą się nie kończyć, a zakończone, trwają dalej.

         Dźwięki Preludium C – dur, nr 1, (846) z nieskończoną łatwością potrafią przenieść wzrok o wiele dalej niż soczewki największych kosmicznych teleskopów. Ruch wznoszący tych dźwięków jest oparty na pełnej wiary, tęsknocie do Boga. Można powiedzieć, że trapi je metafizyczna niecierpliwość, niezaspokojony pęd, który swoje ukojenie może znaleźć tylko w kadencjach zagranych przez samego Pana.

         Do muzyki Mozarta bardzo pasuje określenie, jakiego użył Seamus Heaney, kiedy pisał o poezji T.S. Eliota: architektura próżni. Muszę zaznaczyć, że nie chodzi tu bynajmniej o deprecjonujący kontekst słowa próżnia, chodzi raczej o tworzywo, strukturę muzycznego fresku Mozarta, jego lotność, przestrzenność, lekkość i nieograniczoność. Symfonia Jowiszowa stanowi konstrukcję, która muzykę doprowadziła do estetycznego spełnienia. Więcej już się nie da wydmuchać z obojów, fletów, tub, klarnetów; więcej nie zniosą rozpalone struny skrzypiec, altówek, kontrabasów i wiolonczel. Po 41 symfonii muzyka mogła się rozwijać już tylko jako dekonstrukcja, która w swoich patologicznych formach przyjmowała formy diabolicznego układu, co pokazał w Doktorze Faustusie Thomas Mann: zapewnię ci sławę i wielkość, o ile będziesz ze swojej muzyki usuwał Boga.

                  Bóg Bacha i Mozarta to pascalowski Deus Absconditus – Bóg Ukryty. Ich muzyka ma pokazywać kierunek, w którym ma podążać dusza. Nie jest ona ani portretem, ani namiastką Stwórcy. Myślę, że kolanopokłonny Bach i Mozart – rozkapryszone dziecko myśleli o sobie nie w kategorii artystów, lecz bardziej rzemieślników, wykonujących dzień po dniu swoją pańską robotę: układali muzykę na Święto Stworzenia, a nie skrobali się w łysiny nad stertą wypocin jak wielu współczesnych twórców.

        

Mewa

   Jechaliśmy na południe. Mała w foteliku za moimi plecami i Aga obok na siedzeniu. W niedzielę. Ruch mały, więc można było jechać i rozmyślać. Przed Świeciem na poboczu leżało coś białego. Potrącona mewa, a obok niej dreptała druga, partner, partnerka; bezradna, zdezorientowana – jeżeli mogą coś wyjaśnić przymiotniki odnoszące się do ludzkiej psychiki. Ta pilnująca nie wiedziała, co się stało. Może popiskiwała: – lećmy już, no lećmy. Ogarnął mnie smutek, smutek bezradnej bezsilności. Parka na pewno była zżyta ze sobą, nierozłączna. Stanowili jedność, całość nierozerwalną i jak tu dalej lecieć samemu.
   Za Dąbrową Górniczą policja, motocykliści, gapie. Jeden z motocyklistów w niebieskim worku leżał na trawniku. Reszta wymachiwała rękami, coś pokazywała policjantom. Poczułem gniew na tego chłopaczka. Rzucił młode życie na szalę chwilowej ekscytacji fascynacji prędkością. Co teraz jego bliscy, dziewczyna, z którą miał iść być może na 19.15 do kina? Ale co z moją Caritas? Odgrodziłem się od tej śmierci, jakbym odwrócił głowę. Na widok rozjechanej mewy prawie sie rozpłakałem, a tu nic. Gniew. Kto nie szanuje siebie, nie zasługuję na szacunek, litość i empatię? Być może. A może wkurzyło mnie co innego? Ten młody bóg pięć minut wcześniej był bohaterem, pięknym młodzieńcem godnym miłości i pożądania, a teraz leży sponiewierany, jak jakaś półtusza. Bezsensowna jest śmierć za młodu. Bezsensowna. Ale tu gorsze dla mnie było to zrównanie, upadek, przycięcie równo z trawą. Roztrwonione życie za dwadzieścia złotych, za cenę pięciu litrów paliwa motocyklowego. Ciało kiedyś całowane, pieszczone przez matkę, czesane, podrzucane przez ojca do góry. Jadąc tak jeszcze przez pół godziny kopałem w sobie, jak w warstwach zleżałej gleby. Co jest grane? Nie powinno być odwrotnie? Na widok ptaszyska powinienem warknąć: – gdzieżeś się pchała mewo? A przy motocykliście miałem stanąć i zapłakać? Jestem więc jakimś zobojętniałym potworem? Bynajmniej. Reszta też grzała do domów na popołudniową kawę i ciastko z wisienką. Większość nawet nie zerknęła. Każdy oczywiście powie: jak bardzo mi przykro, ale prawie wszyscy świadkowie dzisiaj już nie pamiętają. Ilu z nich biczuje się słowami, żeby wycisnąć z siebie kapkę litości? Dlaczego wszyscy nie zatrzymali się i nie odprawili obrzędu lamentacyjnego jak po śmierci pradawnego wojownika?
   Bo potaniało.Nie ma odwagi – nie ma żalu i litości. Nie ma prawdy – nie ma empatii. Prawdziwych monet ze złota i platyny nie da się zastąpić plastikiem. Ot co. Potrafimy sie maskować, kłamać i manipulować, żeby przetrwać. Zamiast żalu, rzuciłem więc gniew… Na odczepne.

Beka

   Miałem bekę – mówi dzisiaj młodzież. To znaczy, coś kogoś rozbawiło. Ja miałem też bekę dzisiaj w centrum handlowym. W salonie empiku przy stoisku z płytami stał chłopak może dwudziestoletni i rozmawiał ze sprzedawczynią.
Chłopak:  Wiesz, że dziewięćdziesiąt procent głosu wokalisty w studio to obróbki?
Dziewczyna: O!
Chłopak: Wiem, bo w tym siedzę w Warszawie. Nikt na na żywo nie zaśpiewa tak jak w studio.
Dziewczyna: Też mi się tak wydaje.
Chłopak: No może Jopkowa. Poznałem ją, jak byłem w Szansie na sukces. Ale jest to wredna baba, chyba najwredniejsza w szołbiznesie.
Dziewczyna: Tak? Wredna?
Chłopak: Wredna jak cholera, bo pochodzi z Krakowa, a tam wszyscy są wredni.
Dziewczyna: Jopkowa nie pochodzi z Krakowa, tylko z Warszawy. Wiem to na pewno.
Chłopak: Z Krakowa, na bank.
Dziewczyna: Zaraz pójdę i sprawdzę w internecie…
Chłopak: … Z Warszawy? I taka wredna? Ale głos ma najlepszy… No ale nie jest komercyjna.
Dziewczyna: Nie jest komercyjna.

Elegia

   Polecam film Isabel Coixet – Elegia.
   Film zrealizowany na podstawie powieści Philipa Rotha Konające zwierzę. Ten fakt zachęcił mnie do obejrzenia obrazu, bo filmów z Penelope Cruz zazwyczaj nie oglądam. Historia starego akademickiego wykładowcy (Ben Kingsley), który zakochuje sie w młodszej o trzydzieści lat studentce. W tej roli Penelope Cruz. No i muszę przeprosić Hiszpankę w tym momencie. Zagrała wspaniale mądrą, szczerą i oddaną mężczyźnie kobietę. Miałem ją dotychczas za piękną, czarnooka laleczkę, która mruga do kamery doklejonymi rzęsami, a tu niespodzianka. Reżyserka pod koniec filmu prawie zupełnie pozbawią ja makijażu, obcina włosy. Twarz aktorki zaczyna grać naprawdę. Widać zmarszczkę, podkrążone oczy. W pewnym momencie jej twarz wyraża zwyczajność i pospolitość. Gra chorą na raka piersi bohaterkę. Jest naprawdę piękna w tym momencie, jak każdy człowiek, który heroicznie przeciwstawia się mocy przemijania. W filmie słychać Bacha i pada deszcz. Bohaterowie rozmawiają o sztuce. Z cienkiego pomysłu – wykładowca podrywa studentkę – Roth i Coixet stworzyli dzieło sztuki.
   Z tego wszystkiego konkluzja, że każdy temat jest dobry, nawet ten tysiąckroć wywałkowany. Ważne jest to, kto się bierze za robotę, czy fachowiec, czy ciura.

Październikowy dzień

   Witam na moim blogu. Będę tutaj pisał w taki sposób, jak się pisze na marginesie, na brudno. Fiszki, które rozkładam luźno po mieszkaniu, gubią się i nie mogę ich później znaleźć. Prawdopodobnie poczytują je sobie myszy. A tutaj nic nie zginie i każdy będzie mógł pobawić się lektura tych zapisków, o ile oczywiście taki czytelnik sie znajdzie. Nie oznacza to, że będę pisał tutaj byle co i byle jak.  Szlachectwo oficjalnego druku obliguje do pewnego poziomu i nie zamierzam się tutaj bynajmniej demokratyzować, czyli bylejaczyć, czyli schodzić na psy. Zamierzam stawiać kropki i przecinki oraz używać wielkich liter wbrew oficjalnej modzie. Uważam bowiem, że zdaniom przypisane są znaki interpunkcyjne, tak jak spodniom guziki. Przynajmniej te w okolicy rozporka.
   Jestem człowiekiem raczej małomównym, ale czasami muszę coś powiedzieć, bo chyba bym pękł. Moja towarzyszka życia moich mądrości chyba już nie może słuchać, bo powiedziała: nie chcesz założyć bloga? Więc teraz tak się mówi, żeby ktoś przestał ględzić. Dobra, zakładam bloga.
   Jako, że będą to marginalia, z góry przepraszam za błędy wszelkiej maści.